50 stopni Celsjusza

Niepokoi mnie to, co się dzieje z klimatem. Niepokoi mnie to, że jest październik i pogoda na działkowego grilla. Niepokoi mnie to, że w zeszłym roku w moim mieście po raz pierwszy odkąd pamiętam nie było prawie w ogóle śniegu. Niepokoi mnie to wszystko.

Parne powietrze kłębiące się nad przemierzanymi przez Iman mokradłami zdawało się skraplać na skórze. Nogi, plecy, ręce, twarzy i włosy – wszystko lepiło się od wilgoci, przyciągając komary i inne owady. Iman już jakiś czas temu przestała z nimi walczyć, odganiała je tylko od Gaziego, który całą podróż spędzał w nosidle wykonanym ze starych, podartych szmat. Od wielu dni niesienie małego było udręką. Ból w plecach był niewyobrażalny, dodatkowo Iman coraz częściej nawiedzały bóle głowy. Wiedziała, że to od słońca.
Sahir czasami jej pomagał i niósł chłopczyka, ale na jego plecach spoczywał ciężar jedzenia i bukłaków z wodą, które przecież były im potrzebne w tak długiej podróży. Jego też bolały plecy i kark, ale wolał nie mówić o tym na głos. Zamiast tego, w czasie modlitwy za każdym razem zwracał się do Allaha z prośbą o więcej siły i wytrwałości dla siebie i małżonki.
Najtrudniejsze były dni, gdy słońce nie chowało się za chmurami. Upał był wtedy nie do zniesienia – spalał skórę, a temperatura, sięgająca w godzinach południowych 50 stopniu Celsjusza, utrudniała nie tylko ruch, ale także skupienie. Gazi wówczas płakał, głośno i długo. Mimo starań Iman na skórze malucha pojawiały się plamy od poparzenia.
Gdy nastawał wieczór i bijąca morderczym żarem kula chowała się za horyzontem, można było trochę odpocząć. Powietrze było znośniejsze dla płuc, a temperatura umożliwiała spożywanie pokarmu. W jeden z takich wieczorów, gdy dawno minęli już Surmę, Sahir odłożył swoją skromną porcję ryżu i objął Iman, która odwróciła się do niego plecami. Wiedział, że płacze, i że było jej jeszcze ciężej niż jemu – ta wyprawa była w końcu jego pomysłem.
– Iman – wyszeptał cicho, nie chcąc obudzić śpiącego dziecka – pamiętasz ostatnią kolację w  Kanaighat?
Wciąż odwrócona plecami, dziewczyna pokiwała głową. Gęste włosy splecione w misterny warkocz zalśniły w księżycu jak czarny diament. Noc wydobywała z nich zimny, niebieski blask.
– A pamiętasz – Sahir zbliżył usta do ucha Iman – naszą ostatnią noc w domu?
Dziewczyna otarła twarz z łez i po chwili wahania pozwoliła się objąć. Jej spojrzenie spotkało oczy mężczyzny. Uśmiechnęła się do niego lekko.
– Pamiętam – odpowiedziała cichym, aksamitnym głosem.
Sam jej głos był dla Sahira afrodyzjakiem. Trudno powiedzieć, co go w niej bardziej oczarowało – to, że była cicha, jej niecodzienna uroda czy może tajemnicza, trochę mroczna aura, jaka ją spowijała.
– Nadal się gniewasz? – zapytał z niepokojem.
– Nie. Wiem, że miałeś rację – westchnęła – ale zanim zdołamy wrócić po naszych rodziców…i moją siostrę… – głos dziewczyny zadrżał niepokojąco.
Sahir objął ją jeszcze mocniej, ale po chwili poczuł, że żona wyślizguje mu się z uścisku. Sam przed sobą musiał przyznać, że poczuł ulgę – bliskość była wyzwaniem w tak dusznym i gorącym klimacie.
Duszno i gorąco było także o świcie, gdy wyruszyli dalej, zbliżając się z każdą godziną do Dhaki, skąd najłatwiej było znaleźć osobowy transport morski.
Na początku piątego dnia swojej wyprawy znaleźli się w końcu w Dhace. Iman nigdy nie była w tak dużym mieście, ale Sahir, który studiował w stolicy kraju, bez problemu znalazł drogę do portu. Dziewczyna bała się, że miastowi będą na nich krzywo patrzeć – jak na parweniuszy albo wieśniaków, którzy szczęśliwym trafem uciekli ze wsi – ale tak się nie stało. Miasto było przeludnione, a ludzie w nim byli tak różni, że nikt na nich nie zwracał uwagi.
W porcie było mnóstwo statków, ale żaden z nich nie wydawał się płynąć dalej niż do Indii. Ludzie w turbanach i kolorowych strojach kłębili się na nieogrodzonych brzegach rzeki, do których przybijały statki różnej wielkości. Tłumy zbijały się w cieniu rzucanym przez metalowe zadaszenia; pechowcom, którym nie udało się tam wcisnąć, pozostawało smażenie się w 50-stopniowym upale, na samym środku gorącego od słońca betonu.
Taki los przypadł także w udziale Sahirowi, Iman i Gaziemu. Dziewczynie coraz trudniej było osłonić dziecko – jej własne wątłe ciało nie dawało dużego cienia i również było bardzo nagrzane. Sahir zniknął gdzieś, w poszukiwaniu informacji, zostawiając ją samą z wielkim plecakiem. Nie mogła nic zrobić, gdy szajka zbirów zabrała plecak i uciekła z ich dobytkiem. Krzyczała za nimi, zaczęła płakać, ale nic to nie dało. Zirytowała tylko pozostałych oczekujących na statek, coraz więcej osób łypało na nią spod zmarszczonych brwi.
Nagle ujrzała wyłaniającego się z tłumu Sahira. W dłoni trzymał świstek papieru.
– A gdzie są nasze bagaże?
Iman wyjaśniła mu, co się wydarzyło, z trudem powstrzymując łzy.
– Nie mogłam nic zrobić – wyszeptała na koniec.
Sahir wyglądał na załamanego.
– Przecież nie mogli daleko uciec w tym upale – warknął – w którą stronę pobiegli?
Iman wskazała palcem w kierunku miasta, a Sahir bez słowa odwrócił się i zaczął się przeciskać w tłumie. Szybko jednak wrócił, przeklinając dzikie hordy ludzi tłoczących się w cieniu.
Iman zaczęła się zastanawiać, czy nadal jest sens płynąć. Nie mieli już ubrań na zmianę, pieluszek dla Gaziego i zapasów żywności.
– Sahir – wymamrotała niepewnie – możemy jeszcze wrócić…
– Nie! – odrzekł ostro – do czego chcesz wracać? Do wioski, po raz czwarty zalanej w tym roku? Do 50 stopni Celsjusza? Do śmieci wypływających z rzeki?
– Nie, ja…
– Iman – powiedział, chwytając ją za ramiona – posłuchaj, jeśli już teraz musieliśmy iść kilka mil po czystą wodę do picia, to co będzie za kilka lat, kiedy Gazi dorośnie? Czy chcesz, żeby wychowywał się w takim miejscu?
Dziewczyna przez chwilę milczała, wpatrując się w śpiącego malucha.
– Nie. Masz rację – odpowiedziała.
Statek, na który czekali, pojawił się w porcie dopiero długo po zmierzchu. Wątłe światło, rzucane przez zniszczone latarnie, zalśniło na metalowym łańcuchu i kotwicy cumującego okrętu. Był stary i zaniedbany, ale wyglądał w miarę porządnie. Inni pasażerowie zaczęli ustawiać się w kolejce, a Sahir i Iman poszli ich śladem. Nie było łatwo wyjechać bez wizy, ale dało się to obejść – jednym z tych sposobów było dostanie się na statek przewożący różne towary, a pod pokładem – nielegalnych imigrantów.
– Stop – powiedział nagle do Sahira mężczyzna, który wpuszczał pasażerów na statek – pan zostaje.
– Ależ nie, proszę zobaczyć…
– Widziałem pana kartkę – warknął mężczyzna – zapłacił pan za dwie osoby.
Wskazał palcem na Iman, która trzymała w objęciach Gaziego.
– Ale dziecko się nie liczy jako osoba! On ma siedem miesięcy, ledwo sam siedzi!
– Zapłacił pan za dwie osoby – mężczyzna wzruszył ramionami.
– Moment – warknął Sahir – dopłacę za trzecią osobę wobec tego.
– Sprzedaliśmy wszystkie miejsca na tym statku. Pan zostaje – mężczyzna najwyraźniej stracił cierpliwość, bo chwycił Sahira za koszulkę i odepchnął.
– Ale tam jest moja żona z dzieckiem!
Iman trzymała tobołek z Gazim kurczowo, jakby był jej kołem ratunkowym. Czuła się coraz bardziej przerażona. Nie mówiła zbyt dobrze po angielsku. Nie da sobie rady bez Sahira.
– Sahir, ty popłyń z małym – powiedziała łagodnie, ale wystarczająco głośno, żeby ją usłyszał – ja zostanę. Nie mówię po angielsku. Nie dam sobie rady.
– Nie ma mowy! Nie zostawię cię w tym miejscu!
– Musisz – powiedziała, już ostrzejszym tonem – to dla Gaziego.
Pozostali pasażerowie pokazywali przepustkę i wchodzili na statek, Sahir zaś wpatrywał się rozpaczliwym wzrokiem w Iman. W końcu podszedł do przewoźnika i poprosił o możliwość zamienienia się z nią miejscami. Gdy ją mijał, obiecał jej szeptem, że wróci po nią, jak tylko będzie mógł.
Trzymając Gaziego w objęciach, widział jak Iman macha mu z uśmiechem. Chwilę później, gdy zaczęto podnosić kotwicę, Sahir zobaczył, jak grupka mężczyzn zaczepia jego żonę.
– Uciekaj! – krzyknął do niej, ale było już za późno, o wiele za późno.
Ostatnim, co usłyszał były jej wrzaski i szloch, i śmiechy tamtych mężczyzn. Chciał do niej pobiec, ale statek już odpływał.
– Stójcie! To moja żona, napadli ją!
Nikt nie przejął się jego wrzaskami. Gdy wreszcie przestał słyszeć krzyki Iman, a port stawał się jedynie majaczącym w odległości marazmem, ktoś znienacka wyrwał mu dziecko z rąk. Gazi przebudził się i zaczął głośno płakać, a Sahir odruchowo wyciągnął ręce, żeby go odebrać.
– Przekażę go kobietom – powiedział jeden z członków załogi. Cuchnęło od niego tytoniem i alkoholem, a ręce miał tak brudne, jakby nigdy nie spotkały się z mydłem.
– Oddaj mi go!
– I co, nakarmisz go piersią? – zapytał mężczyzna napastliwie.
Ręce Sahira opadły, jakby zupełnie zdrętwiały.
Przez kilka nocy i dni miał nie widywał Gaziego tylko od czasu do czasu – dzieci miały swój własny kącik na statku, gdzie były pod okiem swoich matek i babek. Pozostały czas poświęcił na powracanie myślami do Iman, karmiąc się nadzieją, że mimo wszystko odnalazła w sobie siłę, aby wrócić do Kanaighat. Nie mógł wiedzieć, że rano jej ciało zostało znalezione przez marynarzy z Indii kawałek od portu. Była szczelnie opleciona łańcuchami, których używano do cumowania statków. Właściwie to nikt się o tym nie dowiedział. Rodzina Iman wierzyła, że dopłynęła bezpiecznie do Australii, a Sahir do końca życia liczył na to, że wróciła do rodzinnego miasta.
A i jego życie nie trwało zbyt długo – w połowie drogi do Australii przytrafił się uchodźcom atak piratów, którzy polowali na towary przewożone przez statek. Piraci oszczędzili jedynie dzieci i wysłali je szalupą do najbliższego lądu. Szalupa została przechwycona przez statek płynący do Bangladeszu, gdzie wszystkie dzieci, którym udało się przeżyć kilka dób bez jedzenia i picia, zostały oddane do sierocińca.
Pośród tych dzieci nie było Gaziego. Bangladesz tego dnia był upalny jak zwykle, a na niebie nie było nawet śladu chmury.

* * *
Paryż, rok 2019 – 90 lat wcześniej

Na niebie nad Paryżem nie było nawet śladu chmury. Shabib usiadła wygodnie w welurowym fotelu. Klimatyzowane pomieszczenie i Starbucks – czego chcieć więcej od życia? Uśmiechając się do siebie, wyciągnęła telefon i przejrzała szybko najnowsze relacje na Instagramie. Zerknęła też dla pewności na wiadomości w Messengerze, ale Jeanne jej nic nie wysłała.
W końcu jej przyjaciółka się pojawiła. Pomachała jej energicznie i zajęła miejsce w dość długiej kolejce. Po chwili jednak zjawiła się z mrożonym latte w dłoni, uśmiechając się pogodnie.
– Wybacz spóźnienie – westchnęła – ale uparłam się, że spalę dziś 500 kalorii na bieżni. Przynajmniej to się udało, zobacz – mówiąc to, wyświetliła spalone kalorie na swojej opasce od Xiaomi i podsunęła dziewczynie pod nos.
– Wow – odparła Shabib, zerkając zazdrośnie na przyjaciółkę – ja nigdy tyle nie wytrzymuję.
– Mniejsza o mnie – Jeanne uśmiechnęła się – pokaż pierścionek!
Shabib wyciągnęła przed siebie lewą dłoń. Na serdecznym palcu pobłyskiwał pierścionek z białego złota, a na jego środku widniały trzy spore diamenty w misterny sposób wplecione w krążek.
– Jest boski – Jeanne uśmiechnęła się jeszcze szerzej – ale nie rozumiem, dlaczego on się upiera przy tej zapadłej dziurze w Bangladeszu.
– Jest bardzo przywiązany do tradycji – Shabib zaczęła bawić się pierścionkiem – już mi zapowiedział, że pierwszego syna też nazwiemy Sahir, tak jak każdego pierworodnego w jego rodzinie.
– Od kiedy ty chcesz mieć dzieci?
Jeanne uniosła brwi, przypominając sobie, jak jeszcze pół roku temu Shabib wykrzykiwała do jakiegoś faceta w klubie: „spokojnie, ja nie chcę brać ślubu i mieć dzieci!”.
– Chyba nie mam wyboru, prawda?
– No, nie wiem – Jeanne zaplotła ramiona na piersiach – znacie się tak krótko, a tu już zaręczyny, za pół roku ślub i on już mówi o dzieciach. W dodatku chce cię wywieźć do jakiejś zawszonej wioski na końcu świata. Będziesz tam miała w ogóle internet?
– Wątpię – odparła Shabib markotnie.
– A praca? Jak zamierzasz dalej pisać artykuły i je wysyłać do gazet?
– Nie mam pojęcia, ale Sahir mnie zapewnił, że będę mogła dalej pracować – odrzekła Shabib, ale brzmiała tak, jakby bardziej starała się przekonać samą siebie niż Jeanne – co to jest?
Shabib wskazała na kolorowy kubek Jeanne. Na pewno nie dostała go w kasie Starbucksa, gdzie dawali tylko jednorazowe, przezroczyste kubki z plastiku.
– Wielorazowy kubek, z bambusa. No, wiesz – przyjaciółka wzruszyła ramionami – żeby nie produkować tyle śmieci.
– Według mnie to bzdura i spisek, ta cała katastrofa klimatyczna – Shabib uniosła brwi – Sahir mówił, że w jego wiosce jest bardzo czysto, a w rzece nie ma żadnych śmieci. A podobno właśnie tam je wywożą.
– A Ganges? Pływa tam więcej śmieci niż ryb – Jeanne zacisnęła szczękę – zresztą, jak tam pojedziesz, to się przekonasz. Coś czuję, że Sahir bardzo upiększa tą swoją wioskę.
Shabib pokręciła głową z powątpiewaniem, po czym dopiła swój napój i wyrzuciła kubek ze słomką do kosza.
Pół godziny później pracownik Starbucksa wyniósł worek ze śmieciami już czwarty raz tego dnia, jednocześnie ocierając czoło. W Paryżu było bardzo gorąco jak na kwiecień, aż miało się wrażenie, że temperatura wynosi 50 stopni Celsjusza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *