Arka

Kiedy człowiek spotyka kogoś po wielu latach rozłąki, spodziewa się jednocześnie uświadczyć w tej osobie zmiany i jej nie uświadczyć. W obu przypadkach jesteśmy podobnie zaskoczeni.
Sandra nie zdziwiła się jednak. Nadzieja, która tliła się w niej wątłym płomyczkiem, została po prostu zduszona, jakby jej tam nigdy nie było. Naprawdę wierzyła, tak jak Założycielka, że ludzie naprawią swoje błędy, że dotrzymają obietnic. Na zdjęciach z teleskopu widziała jednak dowód na to, że przez cały ten czas dalej robili wszystko źle.
– Widzicie to? – Phi, dowódczyni kosmicznej arki, którą lecieli, rzuciła jej spojrzenie.
Jej oczy były szeroko otwarte i Sandra widziała, jak bardzo Phi starała się ukryć zszokowanie.
– Niektóre góry śmieci są wyższe od wieży Eiffla. Tak się nazywa ta śmieszna budowla, tak?
Śmieszna budowla, powtórzyła w myślach Sandra. Zacisnęła powieki tak mocno, że zapiszczało jej w uszach. Sama jesteś śmieszna, parchata idiotko. Kiwnęła jednak głową.
– Nie wierzę! Mówiłaś, że jak ruszali, to mieli coś zrobić z tymi odpadami. Chyba im się to nie udało, nie? Nie chcę być niemiła, ale ta planeta to po prostu śmietnik. Po prostu – odezwała się Ilza, filozofka, która miała zapewniać „integralność moralną i myślową załogi”.
Sandra kompletnie nie rozumiała jej obecności na arce, bo przecież każdy tu był dorosły i umiał myśleć sam.
Wszyscy w osłupieniu gapili się na obrazy przesłane z teleskopu. Przez chwilę cisza, która zapadła, drżała od napięcia i niewybrzmiałych okrzyków. Każdy spodziewał się raju utraconego, ojczyzny mlekiem i miodem płynącej, a zamiast tego zastali… cóż, wysypisko.
– Na to wskazują wspomnienia Założycielki – mruknęła w końcu Sandra, gdy pozbierała myśli. – Przecież wiecie, że nie kłamią, bo w końcu to wszczepione autentyczne wspomnienia. – Bez wahania stanęła w obronie ludzi z Ziemi. W końcu tego ją uczono, miłość do nich poznała szybciej niż litery alfabetu. – Nie mogliśmy przewidzieć tego, co się wydarzy w międzyczasie na Ziemi, ale bez względu na wszystko, jesteśmy tym ludziom winni obiecany ratunek. Poza tym nam też nie wszystko się udaje.
– Nam? – oburzył się Mateo. – Czy oni i my to nie to samo? To sugerujesz?
Co za chamidło! Standardowy polityk, pomyślała Sandra. Jedyne co umie, to obracać cudze słowa na swoją korzyść.
– Oczywiście, że oni to my. Nasza Wspominaczka nie jest już taka młoda, dajcie jej spokój – westchnęła lekarka pokładowa, Freya.
Po tym komentarzu Sandra najchętniej by umarła, ale życie zdawało się jej mocno trzymać.
– Właśnie to, co widzimy, dowodzi, że oni to nie my. Czy my mamy góry śmieci? Nie. Czy nasza planeta jest przeludniona? Nie! – Phi uderzyła pięścią w stół. Był wielki, ale lekki, więc zadrżał.
Sandra odsunęła się zapobiegawczo.
– Wiem, że przylecieliśmy tu ratować ludzi z Ziemi i zabrać ich na nową planetę, ale zobaczcie, co zrobili ze swoją. Zrobili dokładnie to, czego mieli nie robić. To miała być ziemia obiecana, a nie jakieś zasrane bagno!
Nikt, nawet Sandra, nie odważył się zaprzeczyć, bo trudno było negować prawdę.
– Jeśli żyją na wysypisku, to chyba tym bardziej powinniśmy ich ratować. Poza tym, po co mielibyśmy w ogóle ich zabierać, gdyby wszystko było u nich w porządku? – Sandra dała upust irytacji. Nie podobało jej się, że pozostali tak łatwo tracili wiarę w ten projekt. – Przecież po to założyliśmy kolonię na innej planecie, bo na własnej nie mieliśmy już miejsca.
– Też tak uważam. Powinniśmy pamiętać o woli Założycielki – mruknęła Freya. – Zresztą, być może oni nie mogli już powstrzymać przeludnienia i zaśmiecania. Rosło i wciąż rośnie eksponencjalnie.
– Nie wiemy, czego by chciała Założycielka, gdyby zobaczyła te zdjęcia. Możemy tylko przypuszczać – wtrącił Kieran. – Z naukowego punktu widzenia…
– Nie potrzebujemy naukowego punktu widzenia w tej chwili, Kieran – mruknęła Phi. – Nie możemy dostosowywać naszych działań do kogoś, kto nie żyje od tysiąca lat, to absurdalne.
– O, z tym się zgadzam. Nie dziwi mnie wcale to, że ludzie na Ziemi dalej niszczą swoją planetę. Ich natura nie pozwala im działać inaczej, jak sądzę…
– Ich natura? – podchwycił znowu Mateo. – Chyba nasza natura.
Sandra zacisnęła pięści. Gdyby nie pomarszczone, patykowate ręce, z przyjemnością pozbawiłaby go części uzębienia. Już chciała go uciszyć, słownie oczywiście, ale ubiegł ją Kieran.
– To kolejne ciekawe zagadnienie. – Kieran zdobył się na dobrotliwy uśmiech.
Naukowcy są jeszcze gorsi niż politycy, uznała Sandra w myślach.
– Misja kosmiczna z naszą Założycielką na pokładzie – kontynuował Kieran – opuściła Ziemię jakieś dwieście lat temu, licząc ich czasem, natomiast licząc naszym, ponad tysiąc, jak wszyscy wiecie. Setki pokoleń na naszej planecie rozwijały cywilizację, podczas gdy w tym czasie na Ziemi tych pokoleń urodziło się zaledwie kilka. Myślę, że można poddać rozważaniu tezę, jakoby ludzie z naszej planety, to jest z Novomundus, byli trochę dalej w ewolucji niż ludzie z Ziemi.
– Czy ja dobrze rozumiem, że sugerujesz, że ludzie z Ziemi są od nas… gorsi? – Freya splotła ciasno dłonie, prostując się na krześle. Sandra robiła to samo, gdy nie panowała nad nerwami.
– Nic podobnego, ale możliwe, że się od nas różnią. Nie tyle możliwe, ile wręcz dość prawdopodobne – dodał Kieran. – A co ty o tym myślisz, Ivanie?
Wszyscy, włącznie z Sandrą, spojrzeli na Ivana. Podniósł oczy znad klawiatury i przetarł dłonią czoło. Sandra nie była w stanie pojąć, jak ktoś z równie nudną pracą mógł się tak pocić.
– Nic o tym nie myślę. Nadal chcę wierzyć, że lecimy do Eldorada, a nie do piekła – bąknął. Poprawił kołnierzyk koszuli, który wżynał mu się w podbródek. Znowu przetarł dłonią czoło. – Przecież ja tu jestem tylko po to, żeby zapisywać, co się dzieje. Nie mnie osądzać…
– Ale jesteś literatem prawda? Jesteśmy po prostu ciekawi, co o tym myśli artysta. Po prostu – wtrąciła Ilza.
– Myślę, że ludzie na Ziemi są nieszczęśliwi. Wystarczy sięgnąć do ich literatury, do książek, które przywiozła Założycielka ze swoją misją. Wybrzmiewa z nich strach, rozpacz i pogarda dla drugiego człowieka. Nasze społeczeństwo jest szczęśliwe i, krótko mówiąc, dobre. A ich? Ich jest złe, bez dwóch zdań. Oni wszystko niszczą. Myśleliśmy, że się zmienili, ale okazało się co innego…
– Skoro są tacy nieszczęśliwi, to może nic dziwnego, że wszystko niszczą – mruknęła Freya. – Czy trzeba wam przypominać, że lecimy ich uratować? Mamy im pomóc, a nie zaczerpnąć od nich inspiracji na to, jak dbać o planetę. Może nie oceniajmy ich zbyt pochopnie.
– Ale jak ocena nasuwa się sama! – westchnął Mateo, wyrzucając ręce do góry. – Oni to nie my, my to nie oni. Sama tak o nich mówisz, Freya. Kieran jako naukowiec wie najlepiej, czy oni i my to ci sami ludzie.
– A kim jest Freya, jak nie naukowczynią? – Dla Sandry to już było naprawdę zbyt wiele. – Polecimy tam i koniec. Obiecaliśmy im to. Nie byłoby was, waszych rodziców, rodzin, sąsiadów, gdyby nie Ziemianie! Jeśli zawrócimy, zaprzeczymy sensowi naszego istnienia. Bez nich nie byłoby nas, jesteśmy jednym, tym samym. Wszyscy zasługujemy na szacunek.
– O, a z tym to się nie zgadzam. Jest możliwe, że wyewoluowaliśmy w inny gatunek albo podgatunek, choć to tylko hipoteza – wtrącił Kieran. – Wszystko zależy od definicji gatunku. Jeśli oprzemy się na danych genetycznych, na metkowaniu chociażby, to z pewnością polegniemy. Ale, przykładowo, czy rozpoznalibyśmy w takim człowieku z Ziemi partnera do prokreacji?
Phi prychnęła głośno.
– Ja na pewno nie. Na pewno – syknęła Ilza.
– Otóż to. W tym wypadku moglibyśmy mówić o dwóch różnych gatunkach człowieka. My i oni, gdzie my bylibyśmy dalej w ewolucji, oczywiście. – Kieran usiadł, a na jego twarzy rozlał się uśmiech samozadowolenia.
– W życiu nie słyszałam równie głupiego argumentu! – Freya skrzyżowała ręce na piersi. – Ja bym nigdy w tobie, Kieran, nie widziała partnera do prokreacji, a jednak jesteśmy z tego samego gatunku.
Kieran poczerwieniał. Śmiech przetoczył się przez salę, ale usta Sandry pozostały niewykrzywione. Nie obchodziły ją uczone dysputy, argumenty za czy przeciw, bo przecież i tak nic nie zmieniłoby jej zdania. Celem jej życia było uratowanie ludzi z Ziemi.
Z pokolenia na pokolenie jednej osobie wszczepiano chip ze wspomnieniami Założycielki, która przyleciała z Ziemi na Novomundus i urodziła tam jako pierwsza. To Sandra rozumiała najlepiej, jak wielki mieli dług do spłacenia u ludzi z Ziemi. Nie spodziewała się jednak, że to okaże się takie trudne.
– To chyba nie ma znaczenia, czy ludzie z Ziemi są biologicznie innym gatunkiem, czy nie. My uważamy ich za innych, za obcych. To, w mojej opinii, wystarcza, żeby zostawić ich samym sobie.
Czy Mateo nie rozumiał, że podział „my i oni” zwykle był sztuczny? Przecież ludzie, ci z Ziemi również, od zawsze tworzyli takie podziały: ze względu na płeć, na kolor skóry, na wyznanie, na narodowość. Czym od tego różnił się podział przez wzgląd na planetę zamieszkania?
– To są dokładnie tacy sami ludzie jak my, po prostu dłużej eksploatują swoją planetę. Może my też doprowadzimy do tego za tysiąc lat – wycedziła Sandra przez zęby.
– Może tak, może nie, ale chyba lepiej nie podwyższać tego ryzyka, prawda? Lepiej po prostu dać sobie z tymi ludźmi spokój. Po prostu.
Sandra nawet nie odwróciła głowy w stronę Ilzy. Nie przypuszczała, że wciąż mogła się czegoś nauczyć w wieku sto dwóch lat, ale dzięki Ilzie zrozumiała, jak podstępna bywa głupota – pod pozorem nieszkodliwości potrafiła ukrywać największe zło.
– Przestańcie się nawzajem nakręcać! To jest jakieś szaleństwo. Przecież lepiej postąpić zgodnie z tym, co zakładano na początku misji. Musimy wylądować na Ziemi i zabrać stamtąd ludzi. Jesteśmy im to winni. Nie byłoby nas, gdyby nie misja założycielska! – Sandra nie
zamierzała się poddać. Prędzej umrze, niż ustąpi, a wszyscy wiedzieli, że śmierć się nią nie interesowała.
– Zobaczcie – odezwała się Phi.
Na ekranie w pokoju konferencyjnym, który pokrywał większość jednej ze ścian, pojawiły się obrazy. Sandra patrzyła na nie, ale prawda do niej nie docierała.
A może zawsze ją znała? Przecież we wspomnieniach Założycielki były jakieś mgliste przebłyski rozmów czy wydarzeń… jakieś wojny, wybuchy, okrucieństwo… Ale Sandra nigdy ich nie przywoływała w umyśle. Nie miała ochoty oglądać traum przeżytych przez Założycielkę, nawet jeśli wspomnienia z tamtych zdarzeń straciły swoje emocjonalne zabarwienie.
Na zdjęciach zrobionych przez pokładowy teleskop widniały tonące w śmieciach wioski, uliczne protesty brutalnie powstrzymywane przez siły porządkowe, zmasakrowane ludzkie ciała walające się po ulicach miast. Ostatni obrazek był trochę jak finalna nuta marszu żałobnego, po której już można tylko pochować zmarłego – widok na ocean i plażę, zamiast piękny, przypominał raczej wysypisko na bagnach.
– To ropa naftowa, a nie błoto, jak mogłoby się zdawać. Nasza załoga przechwyciła dane wysyłane do satelitów. Okazuje się, że na jednym z oceanów roztrzaskał się kontenerowiec z ropą. – Phi przedstawiała tylko fakty, i za to Sandra mogłaby ją szanować, gdyby nie to, że zwykle interpretowała te same fakty najgorzej, jak się dało. – Wciąż wydobywają ropę. Niczego się nie nauczyli przez dwieście lat. Gdy misja założycielska wyruszała z Ziemi, ludzie, którzy zostali, mieli ją ratować. Mieli przestać ją niszczyć, zadbać o nią. A tymczasem co zrobili? Masakrę. Pogrążyli się w destrukcji jeszcze bardziej.
– To bez znaczenia, co zrobili! Gdyby nie oni, nas by nigdy nie było, ile razy mam to powtarzać! – Sandra nie miała już sił na spokojną dyskusję. Coś, co wydawało jej się tylko chwilowym zwątpieniem pośród zespołu, przeobraziło się w zbyt poważne wątpliwości. – Jesteśmy im to winni, bez względu na wszystko. To nie podlega absolutnie żadnej dyskusji.
– Sandro, wszyscy wiemy, że zostałaś uwarunkowana, żeby tak myśleć, a w dodatku przez sędziwy wiek nie oceniasz sytuacji racjonalnie. Prawda jest taka, że powinniśmy dbać przede wszystkim o własny interes, własne dobro. I Kieran się ze mną zgadza, podobnie jak Phi i Ilza. – Mateo wyprostował się, posyłając Sandrze wyniosłe spojrzenie.
– Ja nie mam opinii. Ja się tylko zastanawiam. – Kieran wzruszył ramionami.
– No to miej opinię, jest nam potrzebna – odpowiedziała Phi. – Na poważnie rozważamy, czy nie wycofać się z misji, biorąc pod uwagę niebezpieczeństwo, jakim mogą być ludzie z Ziemi. To nie czas na bezstronność i naukową faktologię, Kieran.
Sandra wytrzeszczyła oczy.
– Chyba nie myślisz o tym na poważnie, Phi – wymamrotała.
Kiedy doszli do wniosku, że ludzie z Ziemi są niebezpieczni? Absurd. U nich, na Novomundus, też były dwie wojny. Dopóki ludzie będą ludźmi, wojny będą się zdarzać.
– Naprawdę sądzisz, że możemy wycofać się z tej misji? – zapytał z nadzieją w głosie Mateo.
Zapadła cisza, w której słychać było tylko miarowe stukanie w klawiaturę, ale i to po chwili ustało. Ivan podniósł na nich wzrok.
– Tak sobie myślę… – zaczął, marszcząc czoło – może oni wcale nie chcą być uratowani.
Najwyraźniej nie każdy powinien myśleć. Sandra zacisnęła powieki i wargi. Przecież nie mogła im pozwolić na odwołanie tej misji…
– Z tym się akurat nie zgodzę, na pewno chcą być uratowani. Przez nas. Ale my nie jesteśmy bogami, tylko ludźmi… Niech sobie szukają innego zbawiciela. – Mateo spojrzał po obecnych w sali, jakby się spodziewał, że ktoś zaprzeczy, ale nikt nie podjął tego wyzwania, nawet Sandra. Wiedziała zbyt dobrze, że jej argumenty do niego nie trafią. Wszystko i tak przypisałby jej starości i roli społecznej.
– Ivan może mieć rację – odezwała się Phi. – Postawmy się na ich miejscu. Gdyby jacyś ludzie z innej planety przylecieli nas zabrać do siebie, to chcielibyśmy lecieć? Nie, na pewno nie.
– Nie sądzisz, że to trochę inna sytuacja? – Freya wciąż patrzyła na katastroficzne zdjęcia z Ziemi. – My nie toniemy w śmieciach.
– Sądzę, że to dokładnie taka sama sytuacja. Gdyby ktoś leciał nas zabrać, mówiłby, że z pewnością będziemy chcieli się wynieść z Novomundus, bo to zimna planeta, gdzie dzień jest o wiele krótszy od nocy. Nasz punkt widzenia jest taki, jaki nam wpojono: ludzi z Ziemi trzeba uratować i koniec, kropka. Oni przecież są przyzwyczajeni do życia w tym śmietniku i mogą nie chcieć żyć inaczej.
W uszach Sandry zaszumiała cisza. Nie mogła już nazywać Phi parchatą idiotką. Nie umiała aż tak dobrze oszukiwać siebie samej i udawać, że nie trafiły do niej te słowa.
– Masz rację – wymamrotała Freya. Odchrząknęła. – I tak uważam, że powinniśmy dać im szansę. Pozwolić im podjąć tę decyzję, a nie decydować za nich. Zgadzam się z Sandrą, że trzeba wylądować na Ziemi.
– Mamy dużo argumentów przeciw a mało za… Tak tylko mówię – mruknął Ivan znad klawiatury.
Sandra nie mogła uwierzyć w to, co się działo, ale chyba nic innego nie mogła zrobić, jak tylko uwierzyć i zastanowić się, co zrobić w tej sytuacji. Czy mogła ich jeszcze jakoś przekonać do lądowania na Ziemi?
– Proponuję, żeby każdy z nas się zastanowił nad stanowiskiem w tej sprawie – powiedziała Phi. – Spotkamy się tu za pół godziny i zagłosujemy. Jest nas siódemka, więc któraś strona będzie miała większość.
– Nie możesz sama zadecydować o wycofaniu misji? – Mateo spojrzał na nią z nadzieją.
– Mogę, ale na Novomundus wierzymy w demokrację. Nie podejmę tej decyzji sama – odparła.
– To może zamiast pytać kilku osób na statku, zróbmy referendum i zapytajmy całą planetę? Niech ludzie zadecydują o losie tej misji! – wybuchła Sandra. Drżały jej ręce, więc przyłożyła je do skroni. – Nie możesz sama zadecydować! Nie wolno ci!
– Mogę i tak zrobię. Doskonale wiesz, że nie mamy czasu na takie referendum. Zdecydujemy sami. To rozkaz, który ciebie też obejmuje, Sandro. – Phi jak zwykle była stanowcza i opanowana. Jako pierwsza wyszła z sali.
Rozeszli się w ciszy pełnej znerwicowanych gestów i spojrzeń, zostawiając Sandrę samą w sali konferencyjnej.
Wyjrzała przez okno. Wcześniej była zbyt pochłonięta codziennością, aby dostrzec gwiazdy, teraz nic innego jej nie pozostało. Nikt się nie spodziewał, że wróci żywa na Novomundus, nawet ona sama. Miała sto dwa lata i nadzieję, że w końcu umrze w spokoju, wiedząc, że ludzie z Ziemi zostali ocaleni.
Wyglądało jednak na to, że tak się nie stanie. I co ona miała zrobić w tej sytuacji? Nagle całe jej życie straciło sens. Wszystko, co robiła przez te cholerne sto dwa lata, kręciło się wokół ratowania Ziemian. Trzeba było przygotować dla nich miejsca do mieszkania, do pracy, zorganizować arki kosmiczne, które – wykorzystując tunele czasoprzestrzenne – przedostaną się w pobliże Ziemi, żeby zabrać z niej ludzi. Tysiąc lat przygotowań, dziesięć stuleci budowania floty kosmicznej, sto dekad rozbudowywania infrastruktury… na marne. Siedem osób miało właśnie zadecydować o tym, czy Novomundus powinien był kiedykolwiek zaistnieć. Bo skoro nie jest to nowa planeta dla ludzi z Ziemi, jak to oryginalnie zakładano, to czy w ogóle ktokolwiek powinien tam mieszkać?
Sandra zacisnęła powieki. Kilka głębokich wdechów niewiele dało. Podjęła już jednak decyzję. Zamierzała zachować swoją godność do końca. Jeśli nie zdecydują się ratować Ziemian i tak nie wróci na Novomundus.
Powoli sala konferencyjna zaczęła się ponownie zapełniać. Każdy miał ten sam wyraz twarzy: ściągnięte brwi i usta, nieobecny wzrok. Byli pogrążeni w myślach. Dopiero gdy Phi zamknęła drzwi, skupili na niej spojrzenia.
– Nie przeciągajmy. Na tę chwilę mamy wyłączone silniki i dryfujemy już tylko w stronę Ziemi, ale im bardziej się przybliżymy, tym więcej paliwa zużyjemy na powrót. Czy każdy z was się dobrze zastanowił?
Odpowiedziało jej kiwanie głowami i potakujące pomruki.
– Wobec tego… głosujmy. Kto uważa, że powinniśmy przerwać misję ratunkową i ze skutkiem natychmiastowym zawrócić arkę, aby wrócić na Novomundus?
Phi, Ilza i Mateo natychmiast podnieśli ręce, ale tego można się było spodziewać. Freya stała pod ścianą z ramionami skrzyżowanymi na piersi, ale Kieran i Ivan zdawali się wahać. Jeśli żaden z nich teraz nie zagłosuje, wylądują na Ziemi. Jednak po kilku sekundach Ivan podniósł dłoń. Początkowo wydawało się, że próbował otrzeć czoło, ale jego ręka zawisła w powietrzu.
Phi kiwnęła głową. Nie uśmiechnęła się, ale po samych oczach było widać, że jest zadowolona.
– Wobec tego zarządzam… – zaczęła.
Sandra nie chciała już tego słuchać. Wstała z krzesła i wyszła z sali tak szybko, jak tylko mogła. Mijała ludzi, a ci obracali się za nią, bo była Wspominaczką – i chociaż była razem z nimi na tej arce od wielu tygodni, to wciąż wzbudzała ich zainteresowanie. Może to dobrze, że na mnie patrzą, niech mi się lepiej przyjrzą, uznała. Następnej Wspominaczki nie będzie.
Już myślała, że nie dotrze tam, gdzie chciała, że wcześniej zabije ją zadyszka albo że jej serce nie udźwignie takiego spaceru. Udało się jej jednak, stała teraz przed włazem, którego otwarcie sprawi, że najpierw zamkną się za nią metalowe drzwi, a potem otworzą te przed nią, oddzielające wnętrze statku od przestrzeni kosmicznej. Jedno pociągnięcie dźwigni, a nie będzie odwrotu, wypadnie z komory prosto w gwiazdy. Ostatnia więź, jaka łączyła ludzi z jej planety z tymi z Ziemi – wspomnienia Założycielki – umrze razem z nią.
Odległe krzyki potoczyły się echem po korytarzu. To załoga arki biegła, żeby ją powstrzymać. Owinęła dłoń wokół okrągłego pokrętła, które uruchamiało drzwi. Zacisnęła palce.
Byli już blisko, słyszała ich coraz wyraźniej. To dobrze, chciała to zrobić na ich oczach. Nie zamierzali ratować ludzi, bez których nawet by nie istnieli? Proszę bardzo. Niech teraz patrzą, jak bezpowrotnie znika najcenniejsze, co mieli.
Pociągnęła za pokrętło w akompaniamencie mrożących krew w żyłach wrzasków. Zrobiła to ze łzami w oczach i uśmiechem na ustach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *