Babcia Ola

– Babciu, opowiedz jak to było!
Patrzę na tą moją wnuczkę i staram się nie widzieć w niej jej matki. Ale za bardzo mi ją przypomina, więc – chociaż wkurza mnie to – po prostu nie umiem być dla niej łagodna.
– Helena! Natychmiast zejdź z tego drzewa!
To przerażające, naprawdę, że takie małe dziecko potrafi tak wysoko wleźć. Czy naprawdę nie mogła odziedziczyć po moim synu czegoś innego, niż wrodzonego nieposłuszeństwa i wybiórczej głuchoty?
Na szczęście, gdy widzi grymas na mojej twarzy, jej spojrzenie robi się poważniejsze i zeskakuje z gałęzi, jakby robiła to codziennie od zarania dziejów.
– Czy ja nie wyrażałam się jasno, że masz nie wchodzić na drzewa? Wiesz, że możesz sobie złamać kark?
Jej maślane spojrzenie jasno wyraża, że nie przeraża jej ta wizja.
– Możesz umrzeć – mówię, patrząc, jak zastyga z oczami szklącymi się od łez.
Nie jestem aż tak złą babcią, żeby chcieć patrzeć na łzy własnej wnuczki, ale nic łagodniejszego i tak nie przebije się przez jej skorupę.
– Dobrze, opowiem ci – mówię po chwili, nie chcąc, żeby się rozpłakała – ale przy podwieczorku.
– A co jest? – pyta zupełnie trzeźwo.
Czasami myślę, że te przeszklone oczy to małe diablę wykorzystuje przeciwko mnie celowo, ale trudno mi przekonać siebie samą, że jest już taka bystra.
– Lody jagodowe.
– A na śmietance?
O, proszę, księżniczka jak jej mama. Czego ta kobieta uczy swojego dziecka? Jak urośnie, to będzie tylko coraz trudniej ją zadowalać.
– Tak, na śmietance – uśmiecham się mimo wszystko, widząc, jak jej drobna buzia się rozjaśnia. Oczywiście, zrobiłam te lody na śmietance właśnie dla niej. Kiedy chwyta łyżeczkę i spogląda ochoczo na sporą miskę z lodami i pokruszonym wafelkiem, który jeszcze pół godziny temu był w piecu, serce mi się topi. Mam na pewno idiotyczny wyraz twarzy, ale Helcia jest zbyt zajęta lodami, żeby to dostrzec.
A jednak, mała spryciula, gdy przełyka pierwszą łyżkę lodów, zerka na mnie z wyczekiwaniem.
– Teraz opowiesz?
– Tak – kiwam głową.
Och, jak ja nie lubię tego opowiadać.
– Dawno, dawno temu, była sobie wolna Polska – zaczynam, czując, jak serce zaciska mi się w piersi – ja byłam bardzo młoda, miałam dwadzieścia pięć lat, tyle co dziadziuś. Twój tata był już w naszej rodzinie od dwóch lat. Zaczęło się niewinnie. W Hong Kongu były takie protesty. Ludzie chodzili po ulicach, krzycząc, źli na swój kraj, że zabiera im wolność.
– A potem wybuchła bomba – Helena mi przerywa, żeby od razu przejść do ulubionej części historii. Zawsze tak robi, a ja jej zawsze pozwalam, bo to co jest pomiędzy protestami a bombardowaniem opowiada się naprawdę strasznie.
– Tak. Wtedy się zaczęło. Rząd podpisał ugodę, taki ważny papier z Chinami. Polska została chińską kolonią. Czyli Chinopolem – dodaję z westchnieniem – do każdego dużego miasta, jak Łódź, przyjeżdżali urzędnicy – wiesz, tacy ważni panowie w garniturach. Niektórym ludziom kazali wyjechać z miasta, ponieważ nowy rząd chciał dać wszystkim pracę. A w mieście nie było dla wszystkich pracy. Ja i dziadek też musieliśmy wyjechać. Na szczęście mieliśmy tą działkę tu, na Ciosnach, a na niej mały domek – uśmiecham się do wnuczki, przypominając sobie, jak po kawałku rozbudowywaliśmy dom do aktualnych rozmiarów – i musieliśmy zająć się roślinami i zwierzątkami.
– A kim byłaś wcześniej?
Prostuję się, kompletnie zaskoczona. Po raz pierwszy Helena zadaje takie pytanie.
– A czemu chcesz wiedzieć?
– A no bo pewnie robiłaś coś fajnego – mówi, machając małymi nóżkami w powietrzu, ponieważ nie sięga nimi do podłogi.
– Byłam pisarką.
Podnosi wzrok, a w jej oczach pobłyskuje fascynacja.
– Och, babciu! Ale to super!
Uśmiecham się. Dobrze jest mieć taką wnuczkę. Ona też się uśmiecha do mnie, jakby chciała mnie papugować – i wtedy nagle to widzę. Jest do mnie taka podobna. Gdy się uśmiecha, wygląda jak ja. Czemu wcześniej nie zauważyłam?
– A dziadek?
– Dziadek był informatykiem. Zajmował się komputerami – wyjaśniam skrótowo, wiedząc, że niczego ponadto i tak nie zrozumie.
– A jakie książki pisałaś? Możesz mi je pokazać?
Kąciki moich ust opadają, jakby nagle ważyły setki ton.
– Dystopijne – mówię cicho, przypominając sobie, jak patrol wynosił moje książki z mieszkania – futurystyczne. I nie mam ich już.
Mój wzrok pada na stos zeszytów piętrzących się pod ścianą. Wszystkie te zeszyty zapisałam, odkąd zamieszkałam na wsi. Chociaż żadna moja książka się nie ukazała i już nigdy nie ukaże, to wciąż piszę nowe.
– Nie rozumiem – jej czółko się marszczy.
– Pisałam książki o tym, jaka przyszłość może być straszna – odpowiadam.
Zmuszam się, żeby nie dodać „i jaka faktycznie jest”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *