Emigrantka

Oto jedno z moich “dawniejszych” opowiadań. Pisałam je, będąc jeszcze studentką – ale nadal jest ono bliskie mojemu sercu.

To jest tylko kolejna podróż. Podaję bilet i paszport z orłem na okładce stewardessie w białej koszuli i czarnej spódnicy za kolano. Uśmiecha się automatycznie, odruchowo, przegląda otrzymane papiery, odznacza mnie na liście i podaje numer siedzenia. Za mną, jak zwykle, stoi cała masa mężczyzn w różnym wieku od dwudziestu pięciu do pięćdziesięciu lat mniej więcej – to Ci, którzy pracują we Francji, najczęściej jako budowlańcy, i których rodziny zostały w Polsce. Stoi też kilka babć, które odwiedziły wnuki i dzieci w Lyonie oraz dwie czy trzy młode osoby, najwyraźniej wracające z wycieczki. Niektórzy oddają już bagaże kierowcom; ja też to robię. Już czas.

Podróż jak zawsze się dłuży. Obsługa autokaru włączyła na niewielkich telewizorach „Dlaczego nie?”, ale widziałam już ten film, gdy ostatnim razem jechałam do Polski. Wyglądam za szybę. Szara autostrada i kolorowe samochody: rutynowy widok ukazuje się moim oczom. Przez chwilę mam dziwne wrażenie bycia w domu. W końcu to już kolejna podróż. Opieram czoło o okno i zasypiam.

W autokarze zazwyczaj dużo śpię – dzięki temu szybciej mija czas. Inni pasażerowie zazwyczaj śpią tylko w nocy (widać, że nie podróżują za często autokarem) – swój czas spędzając na oglądaniu filmu, czytaniu książek, rozwiązywaniu  krzyżówek albo nawet na rozmowach. Jedynie ci, dla których ta podróż jest już tysięczną, decydują się na tą samą metodę co ja – czyli hibernację.

Sen, hibernacja, przeczekanie bierne – to bliscy przyjaciele takich osób jak ja. Właściwie to bardziej sojusznicy z przymusu niż przyjaciele. My musimy ciągle czekać – w kolejce w konsulacie, potem w prefekturze po dowód stałego pobytu…Czekamy na moment, w którym wreszcie zaczniemy rozumieć język, w którym poczujemy się choć trochę jak w domu na obczyźnie. I na tysiąc podobnych rzeczy.

Ale najważniejsze, najbardziej męczące czekanie jest czekaniem na powrót. Każdy początkujący członek diaspory odczuwa – zależnie od płci, wieku oraz charakteru – wielką potrzebę powrotu. Kobiety zazwyczaj bardziej; a im przybysz jest starszy tym jego chęć powrotu jest większa. Inni członkowie tłumaczą, że tu też nie jest źle. Wszystko jest kwestią przyzwyczajenia. Potrzeba ta maleje z czasem, ale najczęściej nigdy nie wygasa kompletnie. Co wyjaśnia, czemu teraz tak wiele osób jedzie wciśnięte w fotele autokaru do Polski.

Sama podróż jest dość niesamowitym przeżyciem. Uczucia podróżującego zmieniają się wraz z pokonywanymi kilometrami. Irytacja podróżą, chociażby, pojawia się na kilka godzin przed nocą, potem zaś tuż przed dojazdem na miejsce. Najprzyjemniejsze są chwile, gdy mijamy granice:  niemiecko-francuską, polsko-niemiecką. Daje to poczucie postępu w podróży. Najlepsza jest oczywiście chwila, gdy  ostatecznie opuszczamy autokar. Po wiele osób – jak po mnie – przyjeżdża rodzina, inne odchodzą same z torbą na ramieniu. Większość powitań nie jest taka, jak wam – widzom amerykańskich filmów – się wydaje: okazywane emigrantowi emocje związane z jego przyjazdem są bardzo umiarkowane, czasami nawet ograniczają się do jednego, beznamiętnego „cześć” i odebrania od przybysza torby.

Za każdym przyjazdem myśli emigranta skupiają się wokół zmian, jakie zaszły od ostatniego pobytu w Polsce – o tu otworzono nowy sklep, tam coś wyburzono; o, są nowe tramwaje, a Wedel zmienił opakowanie czekolady mlecznej. Czasem ciężko się przyzwyczaić, że kasjerka w sklepie mówi po polsku i nie ma nic dziwnego w polskich reklamach na bilboardach ani w cenach podawanych w złotówkach. Ja również zawsze przez pierwsze godziny mam takie wrażenie…inności.

Każdy pobyt w Polsce to również możliwość przekonania się na własnej skórze, jak zmienne mamy poczucie mijania czasu. Wszystko jest jak film szybko przewijany do przodu – tylko że ja w nim gram. Przyjechałam, zobaczyłam babcię i dziadka, starych sąsiadów i znajomych. Byłam na gofrach w parku, na zakupach w Biedronce, pokonałam kilkanaście kilometrów w klekoczących autobusach, odwiedziłam groby zmarłych z rodziny…i już muszę odjeżdżać. Ale tak ma każdy emigrant.

Wówczas rodzi się pytanie: w którą stronę jest wyjazd, a w którą powrót? A może są tylko przyjazdy i odjazdy, bez jakiegokolwiek pojęcia miejsca, które nazwalibyśmy domem?

Dla nas, emigrantów, odległość szybko staje się czymś naturalnym. Tak samo jak pytanie „skąd Pani jest? Bo mówi Pani z obcym akcentem”, jak oglądanie TVP Polonia oraz korzystanie z abonamentu z tanimi telefonami do Polski. Wy, szczęśliwi mieszkańcy ojczyzny, nigdy nie zaznacie prawdziwego smaku pierogów, kopytek, ptasiego mleczka i krówek. Tylko na obczyźnie smak tych wszystkich wspaniałości jest prawdziwy – wyraźny, intensywny, wywołuje niemalże przeżycie metafizyczne, flashback, zanurzenie się we wspomnieniach, na dodatek łudząco autentyczne. Każdy mały gest naszego życia codziennego  namaszczony jest tęsknotą za Polską.

Wierzcie mi, chcielibyśmy móc być tam, gdzie wy. Wy nam zazdrościcie perspektyw, które się przed nami otwierają w zachodnich państwach i sądzicie, że na naszym miejscu nigdy nie chcielibyście zamieszkać na nowo w Polsce.

Lecz czy ktoś z was wie, jak wygląda życie emigranta?

Nie? To może opiszę.

Wstaję rano, mój wzrok od razu trafia na zdjęcie w ramce zrobione w Polsce. Uśmiecham się lekko. Jem śniadanie – nie croissants i pains au chocolat jak Francuzi, tylko płatki owsiane z mlekiem. Nie umiałam się nigdy przyzwyczaić do francuskiego jedzenia. W godzinach, które spędzam na pracy często zdarza mi się rozmawiać z kimś z Polski przez telefon albo próbować coś przełożyć z mowy ojczystej, choć wcale nie jestem tłumaczką. Nawet pogodę i ubiór ludzi na ulicy porównuję do tego, co jest w Polsce. Te setki tysięcy małych różnic są jak okruchy szkła pod nogami – skrzypią i ranią skórę wtedy, gdy nie skupiam się na niczym innym. W domu, wieczorem, czytam książkę – po polsku – dzwonię do rodziny – z Polski, oczywiście – jem rosół, buraczki, kotlety.

Nie powiedziałabym, że tu jest lepiej niż w Polsce. Wszędzie jest tak samo: bezrobocie, korupcja, oszustwa polityczne, nędza – istnieje to wszędzie, ponieważ wszędzie mieszka ten sam gatunek ssaka, czyli człowiek. Nie położenie geograficzne czyni różnicę – z wyjątkiem pogody – lecz ludzie. I choć każdy naród ma inne tradycje i zwyczaje, wszystkie łączą cechy wspólne ludzkości – potrzeba religii, konwencje społeczne, mylenie estetycznego z wartościowym, wyodrębnianie statusu osoby zdrowej od chorej, dzielenie wszystkiego na kategorie, klasy.

Skoro jednak wszędzie jest tak samo, skąd nasza tęsknota do Polski? Odpowiedź na to pytanie pomaga zrozumieć istotę człowieka: to nie to co jest wspólne, jest nam najdroższe, tylko to co nasze.
A Polska jest nasza. Jest moja.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *