Grzesiek – Kabała

Ostatnim, co Grzesiek zobaczył, był rękaw munduru policyjnego. Potem go znokautowali. Obudził się dużo później, na lodowatej posadzce w jakimś obślizgłym lochu, zastanawiając się, do którego kręgu piekieł trafił i dlaczego.
To znaczy, jeśli miał być ze sobą szczery, wiedział, dlaczego tu trafił – wpadł, ot co, wpadł jak jakiś żałosny żółtodziób.
– Jedzenie – Nagle odezwał się głos za jego plecami.
Grzesiek obrócił się, stając twarzą w twarz z młodym, przystojnym mężczyzną. Ach, czemu tacy marnowali się na takich gównianych stanowiskach?
– Dziękuję – Grzesiek uśmiechnął się szeroko, wyciągając rękę po metalową miskę z szarawą papką. Nawet w kiepskim świetle rzucanym przez ledwo zipiącą żarówkę widział, że chłopak się zarumienił.
– Jak się nazywasz?
Pytanie zawisło między nimi w powietrzu. To dość zabawne, pomyślał Grzesiek, że to więzień zadaje pytania klawiszowi, a nie odwrotnie.
– Jacek – odpowiedział chłopak po chwili. – a ty?
– Grzesiek – Wiedział, że chłopak by go nie zdradził. Widział już po jego oczach, że ma go po swojej stronie. Ale i tak zamierzał być z nim bardzo ostrożny.
– Więc, powiedz, Jacku – powiedział nieco cieplejszym głosem. – co to za praca, co? Kupa spoconych facetów za kratami i żadnych dziewczyn. Pewnie sam wychodzisz stąd jak więzień z lochu.
Twarz chłopaka pociemniała jeszcze bardziej. Wpadł jak śliwka w kompot, pomyślał Grzesiek.
– Nie – wymamrotał Jacek, po czym odchrząknął. – w zasadzie lubię tą pracę, przydaję się swojemu państwu i tak dalej.
– Ach, więc jesteś patriotą?
– Eee – Jacek musiał wiedzieć, że nie mógł dobrze odpowiedzieć na to pytanie. – no, chyba…
– Co się tam dzieje? – zabrzmiał jakiś głos z głębi korytarza – Jacek, wszystko gra?
– Tak, tak – szybko odpowiedział chłopak – muszę iść – dodał szeptem.
I zniknął. Następnym razem przyszedł dopiero kilka dni później, a przynajmniej tak się Grześkowi wydawało, bo trudno było liczyć czas w celi więziennej. Mina Jacka była wymowna. Grzesiek od razu wiedział, że przyszedł go zabrać na przesłuchanie.
– Cześć – wymamrotał chłopak – słuchaj…
– Musisz mnie zabrać na przesłuchanie.
– Tak – chłopak wydawał się zdumiony – skąd wiesz?
– Równie dobrze mógłbyś to mieć wypisane na czole. Już idę.
Gdy szli do sali przesłuchań, Grzesiek zauważył, że Jacek idzie jak najbliżej niego. Ich dłonie, nogi i biodra zderzały się co chwila.
Nagle usta Jacka zbliżyły się do ucha Grześka.
– Pachniesz mydłem.
Grzesiek odwrócił głowę z uśmiechem na twarzy.
– Wziąłem prysznic – powiedział, na co Jacek parsknął śmiechem. – ale nie ma co się śmiać, myłem się w towarzystwie innych więźniów. Nic przyjemnego.
– Czy ja wiem – szepnął Jacek. Grzesiek chciał na niego spojrzeć, ale nie zdążył – przejęły go inne dłonie, brutalne, szarpiące. Jęknął, gdy ktoś nadepnął mu boleśnie na stopę.
Rzucili go na drewniane krzesło w małej salce o ścianach wytapetowanych w gładki, zielony wzór.
– Dzień dobry. Jestem naczelnikiem łódzkiego oddziału służb specjalnych – wysoki mężczyzna z włosami przyprószonymi siwizną stanął nad Grześkiem – a pan to Grzegorz Kabalski?
– Tak – odpowiedział Grzesiek spokojnie. Wiedział, że nie było sensu udawać kogoś innego.
– Świetnie. Panie Kabalski, zapewne wie pan, czemu pan się tu znalazł…
– Nie wiem – przerwał mu Grzesiek.
Naczelnik uniósł brwi.
– Nie wie pan? A więc, panie Kabalski, przyłapano pana na przekazywaniu ruchowi oporu działającemu w Łodzi poufnych informacji.
Grzesiek milczał. A więc jednak wpadł.
– No dobrze, przejdźmy do pytań. Czy to prawda, że pod pseudonimem „Kabała” przekazuje pan informacje ruchowi oporu?
– Nie – powiedział Grzesiek.
Po pytaniach, na które padały takie odpowiedzi, zawsze następowały ciosy – w brzuch, w nogę, w kręgosłup, w twarz. Grzesiek ledwo mógł ustać, jak wracał do celi. Cały czas migała mu przed oczami ta gładka, zielona tapeta, w miarowych uderzeniach.
– Nie wyglądasz zbyt dobrze – odezwał się głos zza krat.
Grzesiek odwrócił się do Jacka. Nie pobili go na twarzy zbyt mocno, miał jedynie rozciętą wargę.
– Bywało gorzej – uśmiechnął się – ale faktem jest, że jeszcze kilka razy i mnie pogrzebią.
– Posłuchaj – Jacek przylgnął do krat, wzdragając się lekko od ich zimna – więźniowie organizują bunt. Jutro. Podsłuchałem, jak o tym mówili, kiedy cię nie było.
– I nie doniosłeś nikomu? – Grzesiek uniósł brwi – jesteś beznadziejnym klawiszem.
– Mogę ci pomóc. Mogę ci pomóc uciec w tym zamieszaniu – szepnął tak cicho, że Grzesiek z trudem go usłyszał.
– Tak po prostu?
– Lubię cię – szepnął chłopak, zalewając się rumieńcem.
Grzesiek powstrzymał triumfalną minę, która zakradała się na jego twarz.
– Cóż, oczywiście skorzystam – wyszczerzył zęby.
Przeszli do omawiania detali ucieczki. To mogło się udać – Grzesiek był już pewien, że musiało się udać. Musiało, bo w innym wypadku mógł już nigdy więcej nie ujrzeć światła dziennego w innym miejscu niż pokój przesłuchań.
Bunt wyglądał w więzieniu inaczej niż Grzesiek sobie wyobrażał. Przy wyjściu pod prysznice rozpętał się chaos. Więźniowie uzbrojeni w cokolwiek –  odłamki kamienne ze ścian celi, powyłamywane deski z pryczy, kawałki ułamanych kafelków z łazienki – naskakiwali na strażników, którzy oczywiście oddawali, ale byli w znacznej mniejszości. Grzesiek widział na własne oczy, jak jeden z więźniów rozwala łeb klawisza o betonową posadzkę. Otrząsnął się po chwili, przypominając sobie, jak miał cel – uciec stąd jak najdalej.
Jacek miał już oberwać zaostrzoną końcówką od szczoteczki do zębów w oko, gdy Grzesiek znokautował atakującego go więźnia. Z jego pomocą wydostał się na zewnątrz. Biegł już do bramy, gdy usłyszał za sobą pisk.
Odwrócił się. Kilkoro więźniów dopadło Jacka, wciągając go z powrotem do budynku przez drzwi. Spod ogrodzenia biegł już naczelnik z bronią wycelowaną prosto w Grześka.
– Pomóż mi! – ryknął Jacek.
Ale Grzesiek go już nie słyszał. Biegł przed siebie po ulicach Łodzi, czując na swoim karku oddech wolności.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *