Insta-święta

Charlie leżała na łóżku, pomimo że był środek dnia. Jej kręgosłup wygięty był pod nienaturalnym kątem, tak jak i szyja – długa, zakończona laleczkowo ładną buzią ze sztucznym wyrazem zamyślenia. Jak na łóżko, było tam mnóstwo niełóżkowych elementów – porcelanowy kubek udający emaliowany, do którego wsypane były kolorowe pianki spożywcze, confetti w kształcie srebrnych gwiazdek, porozrzucane swetry z wełny czesankowej, no i wszędzie walały się choinkowe lampki. Charlie trzymała przed sobą na kijku smarftona.
Ogólnie nie jest taka zła, ta moja wnuczka, ale czasami mam wrażenie, że odkąd umarłam, to raczej idzie w dół niż do góry.
– Rany boskie – nie do końca to powiedziała, ale tu w niebie mamy cenzurę i mogę się tylko domyślać po ruchu jej warg, jakie były prawdziwe słowa.
Pewnie jej nie wyszły zdjęcia. Za każdym razem mnie to zaskakuje, że jeszcze nie opanowała tej sztuki do perfekcji, skoro spędza na robieniu zdjęć większą część dnia.
Na telefonie Charlie pokazał się numer mojej córki. Z poirytowaną miną Charlie odebrała telefon od mamy.
– Halo, mamo? O co chodzi?
– Jak to o co? Jest już dwunasta! Kiedy przyjdziesz mi pomóc z kolacją wigilijną?
– Potem – odpowiedziała.
Po jej wyrazie jej twarzy wiedziałam, że nigdzie nie zamierzała iść. Mogłabym przeczytać to w jej myślach, ale wolę pozostawiać jednak ludziom prywatność. Zresztą, nie potrzebowałam czytać jej myśli, skoro miała je wyryte na twarzy.
Nadszedł jednak wieczór, a ona nadal się siedziała w domu w samym swetrze. Mój wnuk i brat Charlie – Kenneth – wysłał do niej wiadomość z pytaniem, kiedy przyjdzie. Odpisała, że nie wybiera się do nich.
Kenneth zadzwonił do niej i strasznie głośno krzyczał przez słuchawkę. Nie wiem do końca, co mówił – przez tą cholerną cenzurę – ale ogólny przekaz był taki, że wszyscy mają Charlie dość. Nie zdawała się być tym przejęta. Przeciwnie, spokojnie wróciła do przewijania w jakiejś aplikacji zdjęć bardzo podobnych do tych, które sama robiła.
Wtedy do mnie dotarło, że ona naprawdę nie pójdzie na tą kolację.
Musiałam coś zrobić. Tak być nie mogło.
Wiecie, jak piekielnie ciężko jest dostać przepustkę do materialnego świata? Stoi człowiek w kolejce do Świętego Piotra, kolejce tak długiej, jak za komuny po karpia przed świętami. Jak się swoje wystoi to trzeba się przedstawiać, kłaniać w pas i cudawianki na kiju wyczyniać, żeby Święty Piotr udzielił przepustki.
Na szczęście się udało. Było późno w nocy, gdy dostałam przepustkę, ale ważne, że dostałam. Święty Piotr nawet nie wypytywał za dużo – w końcu chodziło o ratowanie duszy i te sprawy, a on lubi takie akcje.
Charlie spała, jak się u niej pojawiłam. Może tak będzie lepiej. Przecież wiadomo, że duchy przychodzą w nocy.
– Charlie, wstawaj – krzyknęłam.
Nie chciałam krzyczeć, ale mój głos chyba nie miał regulacji dźwięku po śmierci. Mogłam krzyczeć albo milczeć.
Charlie się poderwała do pozycji siedzącej. Wrzasnęła na mój widok.
– Babcia?! Przecież ty nie żyjesz! – wyskoczyła z pościeli i przywarła do ściany, a w jej głowie widziałam myśl wyraźną jak czerwona pręga na tyłku, że chciała się z nią zlać.
– Nie przyszłam cię pożreć. Przyszłam z tobą porozmawiać.
– Nie możesz wrócić do grobu?
Nie wiem, po kim ona odziedziczyła takie podejście do gości.
– Wrócę do grobu, jak porozmawiamy. Dlaczego nie poszłaś na Wigilię?
Zmieszała się. Usiadła z powrotem na łóżku.
– Bo to nuda. W dodatku wszystko jest z glutenem i nic nie mogę zjeść, bo mój brzuch przestanie być płaski. I co ja wtedy zrobię?
– Czy to naprawdę aż takie ważne? A co z mamą?
– Co z nią? – Charlie uniosła brwi, ale po chwili w jej oku błysnęło zrozumienie – ach, o tym mówisz.
– Za rok może jej już nie być na Wigilii.
– Mama i tak mnie nie lubi, woli Kena – Charlie wzruszyła ramionami – nie szanuje mojej pracy.
Wadą bycia duchem jest to, że nie można pokazać swojego poirytowania w żaden dobitny sposób. Po chwili namysłu wpadłam jednak na lepszy pomysł.
– Pokażę ci coś. Daj mi rękę.
– Niby jak?
– Rany boskie! – krzyknęłam, kładąc swoją dłoń na jej ręku.
Zabrałam ją do jej wspomnienia. To taki fajny przywilej – kiedy jest się duchem, można kogoś zahipnotyzować i kazać mu przeżywać jego wspomnienia lub wytworzyć jakiś obraz w jego głowie. Raczej nie bawię się w takie rzeczy, ale tym razem nie miałam wyjścia.
Wróciłyśmy do wspomnienia z Wigilii sprzed dziesięciu lat. Charlie była wówczas pryszczatą jedenastolatką. Mój mąż jeszcze żył, mój zięć także. Wszyscy siedzieliśmy przy stole i jedliśmy – wszyscy poza Charlie, która wierciła się niemiłosiernie na swoim krześle. Jej wzrok co chwla lądował na prezentach. Zerkała także z nieukrywanym poirytowaniem na nas.
– Czy możemy już otwierać prezenty? – to pytanie padło z ust małej Charlie.
Duża Charlie skrzywiła się. Wiedziała, co się miało zaraz stać.
Mała Charlie udała się w końcu otworzyć swoje prezenty, ale nie znalazła tam tego, czego najbardziej pragnęła. Z płaczem wybiegła z pokoju. Poszłyśmy za nią.
Dziewczynka siedziała na podłodze i zanosiła się od płaczu. Po chwili na jej ramionku pojawiła się kobieca dłoń.
– Charlie – westchnęła moja córka – przykro mi kochanie, ale nie stać nas na to, co chciałaś.
– Przecież napisałam w liście, że wolę nie dostać nic niż coś, czego nie chcę. Co ja mam zrobić z tymi lalkami? Nie bawię się już nimi.
Charlie otarła łzy, a jej twarz rozjaśniła się nieco.
– Może będę mogła je oddać do domu dziecka?
Mama Charlie się wyprostowała gwałtownie.
– Jesteś okropna. Nie przypominasz w ogóle mojej małej, kochanej dziewczynki – i wyszła szybkim krokiem. Charlie po chwili uspokoiła się i podniosła z podłogi. Wróciła do pokoju. Przytuliła się do mamy i wymamrotała „przepraszam”.
– To był chyba ostatni raz jak to powiedziałaś – warknęłam, a dorosła Charlie uniosła brwi.
– Byłam mała i głupia. Za bardzo zależało mi na tym, co ktoś o mnie myśli. Teraz już tak nie jest.
Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że może moja interwencja nic nie da. Charlie nie zdawała się tęsknić za dawnymi czasami.
– A teraz – powiedziałam, łapiąc ją za rękę – odwiedzimy Twój dom.
– Co?
Pojawiłyśmy się w rodzinnym domu Charlie. Moja córka i wnuk siedzieli przy kuchennym stole, oboje w dresach. Na stole leżała pizza. Twarz Kena była wykrzywiona w grymasie gniewu, a moja córka miała zupełnie bezbarwną minę.
– Powinniśmy tam iść, mamo! Ona nie może nas tak olewać!
– Może, Ken. Daj spokój. Nie chce – to nie.
– To mogą być nasze ostatnie wspólne święta. Za rok możesz nie żyć.
Mama Kena pobladła.
– Dzięki, Ken, już prawie o tym zapomniałam – syknęła i podniosła się gwałtownie – mam to gdzieś, że nie chce przyjść. Nie lubię świąt. A to, co teraz robi Charlie, mnie nie interesuje. Już nie.
Charlie się skrzywiła. Ja też. Nie tego się spodziewałam. Moja córka zawsze miała trudny charakter, ale przez chorobę stała się nieznośna.
– Wiesz co? Mam dość – krzyknął, przewracając krzesło – sam jeden próbuję skleić naszą mikroskopijną rodzinę w całość. Ty i Charlie się nienawidzicie. Zawsze tak było! Tata też próbował was naprawić, i zobacz, gdzie go to zaprowadziło!
Pięści kobiety zacisnęły się tak mocno, że pobielały jej knykcie.
– Zdradzę ci sekret, Ken, ja i Charlie nie jesteśmy lalkami, które można naprawić!
Ken wyszedł z kuchni, założył buty i chwycił krótkę. Jego myśli były bardzo chaotyczne, tak bardzo, że nie wiem, co jeszcze chciał powiedzieć. Skończyło się tym, że wyszedł trzaskając drzwiami.
Zerknęłam na Charlie. Wpatrywała się z otwartymi ustami w swoją mamę.
– Idziemy, Charlie – westchnęłam, łapiąc ją za rękę.
Będąc w zaświatach ma się pewien przywilej – albo też przekleństwo – bo wiem, kiedy ktoś umrze, jeśli będzie dalej żył, tak jak żyje. Pokazując Charlie następne święta Bożego Narodzenia nie musiałam za dużo wymyślać, po prostu zobrazowałam najprawdopodobniejszą wersję przyszłości.
Wylądowałaśmy na śniegu, a przed nami szła inna Charlie – ubrana na czarno, jeszcze chudsza niż teraz, z głębokimi sińcami pod oczami. Bilbord na odległym drapaczu chmur krzyczał, że dziś jest dwudziesty czwarty grudnia.
Stanęłyśmy w bramie cmentarza.  Z małej kapliczki właśnie wychodzili ludzie. Jako jeden z pierwszych pojawił się Kenneth z urną w dłoniach. Jego twarz lśniła od łez.
– Ken? – głos Charlie był mroźny i drżący.
Spojrzał na nią. Jego twarz wyrażała czystą odrazę – patrzył na siostrę jak na robaka. Charlie z przyszłości pobladła, po czym odwróciła się i z napiętą miną odeszła w stronę przeciwną do cmentarza.
Prawdziwa Charlie miała beznamiętną minę. Czy naprawdę nie ruszył jej nawet pogrzeb własnej matki?
Wróciłyśmy do jej pokoju. Moja wnuczka od razu rzuciła się na łóżko.
– Po co mi to wszystko pokazałaś?
Uniosłam brwi.
– Żebyś się zastanowiła nad sobą. Żebyś spędziła te święta z mamą i bratem – dodałam.
Charlie westchnęła tylko.
– Ale ja naprawdę nie chcę z nimi spędzać świąt. Ten pogrzeb… ten pogrzeb mamy – wyjąkała – myślałam, że będę załamana, ale nie byłam. Było mi tylko trochę przykro. Teraz już w ogóle za nią nie tęsknię.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. W końcu, po chwili wpatrywania się w nią, zniknęłam. Wróciłam na górę. Nigdy więcej nie zeszłam na dół.
Pewnych dusz chyba nie da się uratować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *