Lato w Bilbao

W sierpniu słońce w Bilbao zawsze próbowało usmażyć przechodniów. Czasami Bittor miał wręcz wrażenie, że słyszy skwierczenie ludzkich ciał, ale nie, to tylko stary silnik autobusu wydawał z siebie taki odgłos. I w tym roku, mimo pandemii, turyści tłumnie przybyli do miasta. Bittor, chociaż powinien ich lubić, bo przecież bez nich nie miałby za co żyć, miał nadzieję, że może jednak nie przyjadą. Open top bus, którym jeździł po swoim rodzinnym mieście, co roku zabierał tysiące turystów na wycieczki, za które ci chętnie płacili pokaźne sumy. A skoro Bittor nie mógł pozbyć się tego ludzkiego chłamu ze swojego ukochanego kraju, to zamierzał przynajmniej na nim zarobić.

Otarł pot z czoła chusteczką i spojrzał na zegarek. Pod drzwiami autobusu ustawiła się już kolejka. Zaraz będzie musiał ich zacząć wpuszczać. Gdyby tylko wiedzieli, jak bardzo nimi gardził… łażą wszędzie, blokując normalnym ludziom ruch na ulicy, memłają w tych głupich gębach lody i churros, gęgają po hiszpańsku, psując rodzimym mieszkańcom Bilbao nerwy. Prawdziwi tubylcy – tacy z dziada pradziada – mówili na co dzień tylko w euskarze, a jeśli już musieli porozmawiać z cudzoziemcem, to po angielsku. Baskowie nie plugawili sobie ust językiem najeźdźców, intruzów, oprawców. Byli wierni baskijskim wartościom.

– Poproszę bilet do kontroli – mruknął Bittor do chłopaka, który stał pierwszy w kolejce.

Sprawdzał bilety odruchowo, nie miał ochoty i czasu przyglądać się tej bandzie idiotów, którą zaraz obwiezie po najpiękniejszym miejscu na Ziemi. Dopiero gdy dotarł do ostatniej osoby w kolejce, coś wyrwało go z zamyślenia. Chłopiec potknął się na schodach, a Bittor odruchowo wyciągnął rękę i go złapał.

– Ostrożnie – powiedział.

Chłopiec zamrugał, najwyraźniej zaskoczony, że uniknął kolizji. Wokół jego ramion owinęła się opalona ręka.

– Dziękuję. – Kobiecy głos rozbrzmiał po hiszpańsku gdzieś nad chłopcem. – Carlos, podziękuj panu.

– Nie trzeba – odparł Bittor, wciąż po angielsku, zirytowany już całą sytuacją.

Podniósł oczy i na chwilę zapomniał, że patrzy na turystkę z niezdarnym dzieckiem. Przez ułamek sekundy pomyślał, że właśnie widzi najpiękniejszą kobietę na świecie – że jakimś cudem do jego autobusu wsiada Miss Universe – ale potem przypomniało mu się, kim i gdzie był, a także kim była ona. Niewątpliwie była Hiszpanką, wskazywały na to jej gęste włosy w kolorze gorzkiej czekolady, karmelowa skóra i tęczówki oczu w odcieniu ciemnego bursztynu. Choćby nawet miała jeszcze dłuższe nogi i jeszcze pełniejsze usta, Bittor mógł do niej czuć co najwyżej obrzydzenie.

– Ależ trzeba – odparła kobieta, tym razem po angielsku. – Jeśli nie nauczymy dzieci podstaw kultury, to przecież nie wyrosną na mądrych dorosłych. – Uśmiechnęła się do niego.

Zaschło mu w ustach, więc pochylił się, żeby dosięgnąć do wody. Wolałby już na nią nie patrzeć. Gdyby nie ten hiszpański akcent… to co? Bittor nie mógł uwierzyć, że w ogóle poświęcał myśli takiej kobiecie. Poza tym, czy ona nie była za młoda na tak dużego syna? Nie mogła mieć trzydziestu lat, a chłopak był nastolatkiem.

Odchrząknął.

– Oczywiście – wymamrotał. – Poproszę bilet.

Podała mu go. Mimowolnie zerknął na front, czego nigdy nie robił, i zamrugał z lekkim niedowierzaniem.

Nazywała się Mari.

Mari była najważniejszą boginią czczoną przez jego przodków. On sam był ateistą, nie wierzył w Boga, ale wierzył w swoje pochodzenie, a ono było przepełnione dawną wiarą. Mari była bóstwem przyrody, Matką Ziemią. I ta kobieta nazywała się tak samo.

Przedarł bilet, ostrożnie, żeby nie nadszarpnąć go w miejscu, gdzie widniało jej imię. Gdy go oddawał, jej dłoń przelotnie musnęła jego własną. Zamknął oczy. Bardzo chciał, żeby już odeszła, żeby zniknęła, bo to, co się teraz działo, nie mogło się dziać.

Dobrze, że znał trasę na pamięć, ponieważ tym razem trudno było mu się skupić na drodze. Mari usiadła z synem tuż za jego plecami. Słyszał jej głos raz po raz, jak zwracała dziecku uwagę albo odpowiadała na jego pytania. Przewodniczka, która tłumaczyła historię mijanych zabytków, najwyraźniej nie interesowała Carlosa. Chyba w ogóle wycieczka go zbytnio nie interesowała. Co chwila prosił matkę, żeby spojrzała na jego osiągnięcia w grze, w którą grał na komórce.

Pod koniec trasy, chłopiec kopnął w oparcie jego siedzenia. Bittor domyślił się, że to niechcący, ale wiedział, że dla hiszpańskich dzieci nie może mieć wyrozumiałości. I tak wyrosną na takich samych egoistów i idiotów jak ich rodzice.

– Przepraszam – mruknął Carlos, gdy wstał, żeby wysiąść.

– Pan nie mówi po hiszpańsku. Przeproś po angielsku – odezwała się Mari.

Jej głos przypominał mu kołysankę śpiewaną przez matkę. Nie miał innych wspomnień z matką, tylko to jedno, w którym śpiewała mu do snu w szeleszczącym, obcym języku.

– Mówię po hiszpańsku – odparł mimowolnie. Odchrząknął i dodał, już po angielsku: – Po prostu wolę angielski.

– To zrozumiałe. – Mari znowu się uśmiechnęła.

Bittor musiał powtarzać sobie w głowie, że kobieta jest Hiszpanką i robił to tak natrętnie, że po chwili jego własny wewnętrzny głos brzmiał już jak głos jego ojca.

– Carlos, ostrożnie!

Ale powiedziała to za późno. Chłopiec spadł ze schodów prosto na ulicę. Bittor zmarszczył czoło. Jakie dziecko potyka się na tym samym stopniu dwa razy?

Tylko hiszpańskie, zadrwił głos ojca w jego głowie.

Dopiero po sekundzie Bittor ocknął się i ruszył na pomoc chłopcu. Pozostali pasażerowie zdążyli już wysiąść drugimi drzwiami, został więc sam z Mari i Carlosem. Chłopak trząsł się na ziemi i starał nie płakać. Bittor doskonale znał to uczucie, więc taktownie odwrócił wzrok od jego twarzy.

– Co się stało? – wypluł z siebie te słowa po hiszpańsku. Nie mógł teraz ryzykować nieporozumień przez rozmowę w języku, którego ani on, ani Mari dobrze nie znali.

– Carlos jest trochę, hmm, chory – odparła Mari z wahaniem w głosie. – Ma anemię złośliwą.

– I przez to się potyka? – zdziwił się Bittor, niemal natychmiast żałując, że to powiedział. – Przepraszam.

– Nie szkodzi. Carlos, możesz iść? – Mari pochyliła się nad synem, a on posłał jej zlęknione spojrzenie.

– Znowu mi drętwieją nogi – jęknął. – Pomóż mi!

Mari zmartwiała. Bittor musiał powstrzymać się przed uściśnięciem jej ramienia. Dobijało go to, że nie umiał jej pomóc.

– Kochanie, wiesz przecież, że to tylko wrażenie – szepnęła. Odwróciła się do Bittora. – Czy może pan wezwać pogotowie?

– Tutaj? Zanim się przebiją karetką w to miejsce, to zajmie z godzinę.

Mari zasłoniła usta dłonią.

– Ja was zawiozę, i tak mam teraz przerwę na obiad – rzucił bez namysłu, ale zaraz ogarnęło go zwątpienie…

Jego ojciec na pewno przewróciłby się w grobie wraz z dziadkami i pradziadkami, gdyby wiedział, że w aucie syna postanie hiszpańska noga. Teraz jednak nie mógł się już wycofać. Nic, nawet narodowość tej kobiety, nie usprawiedliwiłaby go, gdyby zostawił ją samą w tej sytuacji.

– Dziękuję – odparła. Pochyliła się nad synem i zarzuciła jego rękę na plecy. – Wstajemy, raz, dwa…

– Chwila, ja pomogę! – Bittor doskoczył do niej, ale za późno, bo zdążyła już sama dźwignąć chłopca do góry.

– Proszę nas prowadzić, panie…

– Wystarczy Bittor – mruknął. Nie licząc kilku spraw, które wymagały wizyty w urzędach, nigdy jeszcze nie rozmawiał z nikim tak długo po hiszpańsku. Język ten dziwnie smakował w jego ustach, jakby gorycz, którą czuł wobec Hiszpanów, mogła po sobie pozostawić cierpkie wrażenie na podniebieniu. – Czy w zwykłym szpitalu lekarze będą umieli się zająć pani synem?

– Tak. Anemia złośliwa nie jest aż tak rzadka, jakby się mogło zdawać. – Posłała mu uśmiech pełen wdzięczności, gdy otworzył drzwiczki samochodu. – Oddam za paliwo.

– W żadnym wypadku – powiedział Bittor natychmiast, siadając za kierownicą.

Po chwili koło niego usiadła Mari, gdy już poradziła sobie z zapięciem syna. Bittor zerknął w tylne lusterko. Carlos oparł się o siedzenie z zamkniętymi oczami i chyba zapadał w drzemkę.

– Wygodnie? – zapytał Bittor.

Nie wiedział, o czym z nią rozmawiać, a zwykle nie miał z tym problemu. Świadomość, że w małym aucie siedzieli tak blisko siebie – ich ramiona prawie się stykały ze sobą – utrudniała mu racjonalne myślenie. Z tej odległości czuł jej lekki, owocowy zapach. Najchętniej odciąłby się od swojego ciała, ale ponieważ nie mógł tego zrobić, próbował przynajmniej zagłuszyć własne myśli.

– Oczywiście. Dziękuję ci raz jeszcze – westchnęła Mari. – Niestety nie umiem przewidzieć, kiedy Carlos będzie miał kryzys. Przyjechałam tu z Baltezany, żeby oddać samochód do warsztatu i uznałam, że może to dobra okazja, żeby pokazać Carlosowi Bilbao. I tak mamy teraz wakacje.

Baltezana, powtórzył Bittor w myślach. Kojarzył to miejsce – mała wieś osadzona jakieś trzydzieści kilometrów od Bilbao. Nie było tam żadnych atrakcji turystycznych, ale może Mari miała swoją własną farmę?

Co cię to obchodzi, przecież to Hiszpanka, upomniał się w duchu. Wypadało jednak podtrzymać konwersację, skoro Mari już ją zaczęła.

– I czym się tam zajmujesz? – zapytał.

– Jestem tłumaczką – oznajmiła. Atmosfera w samochodzie naelektryzowała się, gdy zapadła cisza. Mari poprawiła się na fotelu. – Ale nie tłumaczę z angielskiego, oczywiście, za słabo mówię.

– Portugalski? – dopytał Bittor.

– Tak, też. Ale również francuski i euskara. – To ostatnie słowo wypowiedziała tak cicho, że ledwie je dosłyszał.

Zamrugał gwałtownie. Hiszpanka, która z własnej woli nauczyła się euskary? To była nowość. Hiszpanów zwykle nie interesował lud, który wcielili do własnego kraju, nie pytając nikogo o zdanie.

– Czemu nie rozmawiasz po baskijsku? Jesteś w Bilbao – wykrztusił w końcu. Miał nadzieję, że nie przerzuci się jednak na euskarę, bo nie był pewien, jak dobrze mu będzie wówczas szło pamiętanie o tym, kim była.

– Mój nauczyciel euskary powiedział mi, że żaden Bask nie chce, żeby Hiszpanka kalała swoimi ustami w jego obecności ten język – odparła cicho.

Bittor zamarł. To brzmiało jak coś, co mógłby powiedzieć jego ojciec albo nawet on sam, ale teraz, w ustach Mari, słowa zdawały się przesiąknięte jadem, którego nie musiało tam być.

Czy na pewno? To jedna z nich, przypomniało się Bittorowi. Jej pradziadek odebrał ziemię twojemu.

Odchrząknął.

– Myślę, że tutaj możesz mówić w euskarze. Nie sugeruj się opinią jednego faceta. – Gdy to mówił, wiedział, że to nie była opinia jednego gościa. Dla wielu Basków jednym z najważniejszych filarów ich patriotyzmu była nienawiść do Hiszpanów.

– Skoro tak twierdzisz – odezwała się po baskijsku.

Bittor przełknął ślinę. Umiała doskonale uchwycić w głosie melodię euskary, jakby śpiewała, a nie mówiła. Żałował, że doradził jej mówienie po baskijsku – jeszcze trudniej będzie mu wybić ją sobie z głowy – ale nie umiał się przed tym powstrzymać.

– Brzmisz bardzo naturalnie – powiedział. – Musisz mieć talent do języków.

– To nie talent, to miłość – zaśmiała się. – To miłość do dzieci sprawia, że tak intuicyjnie się nimi opiekujemy. Podobnie jest z językami. Wystarczy je tylko pokochać.

Dobrze, że już parkowali pod szpitalem, bo Bittor czuł, że jego wola i opór kruszyły się jak stary tynk. Chciał pomóc Mari wynieść Carlosa, ale ten wyszedł już na drogę sam. Nadal lekko drżał, a pobladłą twarz miał oszronioną od potu, ale przynajmniej nie wyglądał już na tak przerażonego.

– Pomóc ci? – zapytał Bittor mimowolnie, chociaż wiedział, że Mari nie potrzebuje już pomocy. Po prostu bardzo nie chciał odjeżdżać.

– Nie trzeba. I tak chyba kończy ci się przerwa obiadowa – odparła Mari i ruszyła w stronę szpitalnych drzwi.

Przez chwilę Bittor stał, niemo wpatrując się w jej sylwetkę, aż w końcu wydusił:

– Zostawię ci mój telefon. Może będziesz potrzebowała jeszcze transportu.

Zapisał swój numer na odwrocie paragonu, który znalazł w kieszeni, a potem wcisnął go w rękę zdumionej kobiety.

*

Nie zadzwoniła. Minęły trzy dni, a ona nie zadzwoniła.

To były najtrudniejsze od śmierci ojca dni w jego życiu. Tata zmarł na zawał w okresie matur, a że był szkolnym nauczycielem, nie zostawił Bittorowi niczego poza książkami. Co innego mógł zrobić głodny i wkrótce bezdomny osiemnastolatek, niż pójść do pracy?

Najpierw Bittor dostarczał warzywa i owoce ze wsi do miasta, do różnych sklepów. Potem dostał pracę jako kierowca autobusu turystycznego. Od trzech lat uczęszczał także na studia wieczorowe z finansów. Jego ojciec bardzo chciał, żeby Bittor był wykształcony.

Bittor był dumny z tego, że spełni marzenie ojca i własne ambicje, ale od trzech dni w ogóle nie myślał o nauce.

Myślał tylko o niej. Zdawał sobie sprawę, że mięknie. Wkrótce zacznie szukać dla niej usprawiedliwień, że przecież jedna Hiszpanka to jeszcze nie wszyscy Hiszpanie, że jest wyjątkiem, że nie jest taka. Bittor jednak gardził osobami, które były tak słabe, żeby sobie wciskać kiepskie wymówki. Mari była Hiszpanką, była inteligentna i na pewno rozumiała, jaki stosunek może mieć Bask do Hiszpanki. Dlatego nie zadzwoniła.

A może Bittor po prostu nie był jej potrzebny, może właśnie takie były Hiszpanki – miłe dla kogoś tylko, jak miały do niego sprawę. A może Mari nie polubiła Bittora, może nie był wystarczająco miły, zabawny albo przystojny. Skąd miał to, u licha, wiedzieć? Nie miał nawet jak zapytać. Szkoda, że nie zadzwoniła. Nie spotkałby się z nią znowu, oczywiście, ale przynajmniej by zapytał.

Wyprostował się i już dolewał wrzątku do wieczornej herbaty, gdy telefon zawibrował na kuchennym blacie. Na wyświetlaczu pojawił się nieznany numer.

– Halo? – Bittor jeszcze nigdy nie odebrał telefonu tak szybko.

– Cześć. – To był jej głos.

Zadrżała mu ręka, więc odłożył czajnik z powrotem na kuchenkę.

– Jak się czujesz? Jak Carlos? – zapytał natychmiast.

– To miło, że pytasz – odpowiedziała. Nie widział jej, ale wyczuł, że się uśmiechnęła, tak jakby uśmiech ocieplił jej ton głosu. – Carlos już dobrze, ja też w porządku. Ale… mój samochód będzie naprawiony dopiero za trzy dni, mechanik musiał sprowadzić dodatkowe części, i nie mam gdzie się zatrzymać na ten czas. Wszystko jest pozajmowane przynajmniej na tydzień do przodu. Może mógłbyś mi coś polecić?

W głowie Bittora rozpętała się burza. Nie znał nikogo, kto prowadziłby hotel lub pensjonat. W pierwszej połowie sierpnia znalezienie noclegu gdzieś indziej niż pod własnym namiotem w Bilbao i okolicy zakrawało na cud.

– Chyba niestety nie znam takiego miejsca – odparł. Na samą myśl o tym, że miałby jej więcej nie zobaczyć, jego żołądek zacisnął się w bolesny węzeł.

– Rozumiem. – W jej głosie dało się słyszeć rozczarowanie. Milczała przez chwilę, jakby czekała, aż Bittor coś powie. Wreszcie dodała: – W tej sytuacji chyba wrócę do domu pociągiem i przyjadę tu po odbiór za te kilka dni sama.

Bittor czuł, że jego usta już się otwierają, żeby zaproponować jej nocleg u siebie – dorobił się dwupokojowego mieszkania z kuchnią i łazienką, więc miałaby gdzie spać z synem. Jednak żaden dźwięk nie wydobył się z jego gardła. Nie mógł pozwolić na to, żeby Hiszpanka spała pod jego dachem. Nie był do końca pewien, w jaki sposób ktoś tak cudowny mógłby splamić jego otoczenie, ale… przecież tak by się stało.

Przełknął ślinę, gdy przyszedł mu do głowy inny pomysł.

– Zawiozę cię do domu. O tej godzinie nie będziesz miała już pociągu. – To nie była prawda, o dziewiętnastej w niedzielę nadal dało się dojechać koleją na wieś, ale Mari mogła o tym nie wiedzieć.

– Dziękuję! Czy to na pewno nie kłopot? – dopytała się, ale słyszał ulgę w jej głosie.

– Żaden – odparł. – Gdzie po ciebie przyjechać?

Zapisał adres w telefonie i wyszedł, gdy tylko skończył z nią rozmawiać, zostawiając nietkniętą herbatę na blacie w kuchni.

Całą drogę rozmyślał, czy na pewno postępuje słusznie. Z jednej strony tym razem mógł się z tego wymigać, nie musiał oferować swojej pomocy. Mari na pewno mogła bez żadnego problemu dojechać sama do domu. Z drugiej postąpił, jak na dżentelmena przystało. Gdyby tylko Mari nie była Hiszpanką, mógłby bez wątpienia być z siebie dumny. Ale w tej sytuacji? Nie umiał sam przed sobą przyznać, dlaczego naprawdę chciał jej pomagać.

Wmawiał sobie, że jest uczynny. Choć sam był ateistą, to wiedział, że większość Basków to zagorzali katolicy – a przecież chrześcijanie powinni kochać swoich wrogów, tak? Bez względu jednak na to, czego Basków uczono w kościele, ich miłość do wrogów nigdy nie obejmowała Hiszpanów. Bask nie powinien chcieć spędzać czasu z Hiszpanką – koniec i kropka.

A on łaknął jej towarzystwa jak narkoman na głodzie. Jęknął cicho. Wypłowiałe od słońca włosy opadły mu na czoło, więc poprawił je i zerknął w tylne lusterko. Przez słone, morskie powietrze wyglądał na starszego, niż był – miał dwadzieścia sześć lat, a większość osób dawała mu już trzydzieści. Złapał się na tym, że zastanawia się, co myśli o nim Mari. Czy się jej podobał? To bez znaczenia, syknął do siebie w duchu. Co cię to obchodzi, co myśli o tobie jakaś plugawa Hiszpanka?

Skrzywił się. Nie mógł tak o niej myśleć. Mari nie powinna być Hiszpanką, nie nadawała się na egoistyczną złodziejkę ziemi. Widział, z jaką czułością zajmuje się dzieckiem, które niczym jej tego nie wynagradzało. Trudno było sobie wyobrazić, że ktoś taki jak ona może jednocześnie chcieć odebrać komuś jego własność.

Była już w oddali, widział jej sylwetkę zbliżającą się do auta. Oto byli – ona, inna niż ktokolwiek kogo znał – i on, jej rodzony wróg, który nie mógł pohańbić tylu pokoleń swoich przodków. Tak naprawdę wiedział, że, nawet gdyby zaoferował jej nocleg i jeszcze dziesięć przejazdów, to nie znaczyłoby nic (o ile budziłaby w nim taką odrazę, jaką powinna). Najgorsze były te pozytywne uczucia. To one nie miały prawa istnieć. Powinien wzdragać się na myśl o dotknięciu jej dłoni, a nie marzyć o wsunięciu palców w jej włosy.

– Dziękuję, że nas odwieziesz – powiedziała, otwierając drzwi.

Carlos usiadł z tyłu, a ona ponownie usiadła z przodu. Od jej zapachu Bittorowi zakręciło się w głowie.

– Droga jest bardzo prosta, ale jeśli nie znasz, to mogę ci wytłumaczyć.

– Nie trzeba, jeździłem przez wasze miasteczko mnóstwo razy w poprzedniej pracy. – Posłał jej szeroki uśmiech, a ona zamrugała, odwracając wzrok. Uśmiech spełzł mu z twarzy. – Czy potrzebujesz podjechać do jakiegoś sklepu? Coś jeszcze załatwić?

– Jesteś bardzo miły, ale nie. Zadzwoniłam do sąsiadki, zostawiła zakupy pod drzwiami.

Na chwilę zapadło milczenie, które przerwał dopiero warkot silnika. Przez pierwszą minutę jazdy Bittor gorączkowo szukał bezpiecznych tematów do rozmowy, jednocześnie starając się nie patrzeć na Mari. Miała dziś przylegającą do ciała sukienkę, i czuł, że im mniej będzie jej widział, tym lepiej będzie trzymał swoje emocje na wodzy.

– Mogę cię o coś zapytać? – bąknęła Mari.

Bittor kiwnął głową.

– Jesteś stuprocentowym Baskiem?

– Nie. Moja mama była Polką. – Uśmiechnął się lekko. Matka była niewyraźna w jego wspomnieniach, jak anioł stróż, który zawsze gdzieś z tyłu majaczy, żeby dodać mu otuchy. – Stąd te blond włosy i zielone oczy, bo pewnie dlatego pytasz.

– To ciekawe. Masz z nią dobry kontakt?

Bittor przestał się uśmiechać.

– Zmarła w wypadku, zanim poszedłem do przedszkola. Mój ojciec też nie żyje, od ośmiu lat, przez zawał – dodał. Przełknął ślinę. – Niestety nie mam rodziny.

Jednak na nią spojrzał. Nie musiała mówić, że jest jej przykro, jej oczy i usta mówiły to bez słów.

– Ja mam tylko mamę, ale jest już w domu spokojnej starości. Ojca nie znałam. – Wzruszyła ramionami, a po chwili się skrzywiła. – Widocznie to rodzinne, bo Carlos też swojego nie zna. Wychowuje się bez taty.

Bittor już wcześniej się domyślił, że Mari nie miała męża ani chłopaka, bo chyba w innym wypadku nie zwiedzałaby Bilbao sama z synem.

– Przykro mi – mruknął. Nie wiedział, co innego mógłby powiedzieć. Współczuł jej, bo domyślał się, że musi jej być ciężko, ale jakoś bardzo nie żałował, że była singielką.

Zerknął w tylne lusterko. Carlos spał w najlepsze, osunąwszy się na pasie, którym był przypięty do siedzenia.

– Żal mi tylko Carlosa, że nie ma pełnej rodziny. Jego ojciec nie był dobrym człowiekiem. Nie zasługuje na to, żeby mieć syna.

Bittor mimowolnie uniósł brwi, słysząc tak ostry osąd, a Mari tylko pokręciła głową.

– Miałam szesnaście lat i byłam zakochana w nauczycielu angielskiego, a on postanowił to wykorzystać – westchnęła cicho.

Bittor odruchowo na nią spojrzał, otwierając szerzej oczy.

– To było ponad dziesięć lat temu, ale nadal nie umiem sobie tego wybaczyć.

– Sobie wybaczyć?! – oburzył się Bittor. Nie umiał się powstrzymać. – To on popełnił przestępstwo, nie ty!

– Ale to moje życie na zawsze się zmieniło, nie jego. Trudno mi sobie wmówić, że nie było w tym mojej winy, skoro do dziś za to pokutuję. No, ale dość o tym. Powiedz mi raczej, jak to się stało, że ty nie masz rodziny. Jesteś najbardziej uczynnym człowiekiem, jakiego poznałam – stwierdziła.

Poczuł jej spojrzenie na swojej skórze.

– Odnoszę wrażenie, że niczego ci nie brakuje.

– Jestem kierowcą autobusu, dopiero od trzech lat robię studia zaoczne. Przez większość życia byłem bardzo biedny – odparł. – Nie sądzę, żebym wcześniej mógł zakładać rodzinę. Teraz, jak się obronię w przyszłym miesiącu… spróbuję się zatrudnić w banku. Wtedy może o tym pomyślę.

Wtedy nadal będę myślał o tobie, uświadomił sobie. Powstrzymał grymas bólu, który już dobierał się do jego ust i oczu. Zaczynał sądzić, że chyba nie wygra z uczuciami. W końcu Romeo i Julia też powinni byli się nienawidzić, a przecież się kochali. Nie musiał jednak niczego robić z tym, co czuł. Mari nie mogła się dowiedzieć, że mu na niej zależało. Kiedyś mu przejdzie. Nie mógł ryzykować, że zrobi coś, za co potępiłby go każdy członek jego rodziny do kilkunastu pokoleń wstecz.

– To imponujące, że sam na wszystko zapracowałeś. Mało komu się to udaje, a jeśli już ktoś się dorobi pieniędzy, to nie myśli o zdobywaniu wykształcenia.

– Czy ja wiem? Zawsze chciałem skończyć studia, po prostu wcześniej nie mogłem. Ty przecież też coś studiowałaś, skoro jesteś tłumaczką – posłał jej wątły uśmiech. Bił się z myślami tak mocno, że z trudem wciąż skupiał się na drodze. – Z dzieckiem musiało być bardzo ciężko.

– Mama zajmowała się Carlosem, gdy chodziłam na uczelnię. Jest emerytowaną łyżwiarką figurową, więc miała czas i energię. Opłaciła mi studia. Nie było mi wcale tak trudno – podsumowała Mari z uśmiechem. – Literatura i historia basków, to właśnie studiowałam. Na Universidad del País Vasco.

Bittor zacisnął dłonie na kierownicy. Hiszpanka, która z własnej woli poszła na baskijski uniwersytet i uczyła się o historii jego kraju… to się robiło coraz trudniejsze. Musiał z nią zerwać kontakt i to jak najszybciej, zanim zrobi coś głupiego.

– Też tam kończę studia. Z finansów.

– Mnie zawsze fascynowała kultura Basków. Wiem, że moja opinia nie ma tu znaczenia, ale zawsze uważałam, że Baskowie nigdy nie powinni być częścią Hiszpanii… Hiszpanie nie mieli prawa zagarnąć tej ziemi.

– Twoja opinia ma znaczenie. Ty też głosujesz na polityków. Im więcej zagłosuje na separatystów, tym większa szansa, że mój lud odzyska swoje ziemie – rzucił. Serce tłukło mu o pierś tak bardzo, że nie był pewien, czy nie widać tego po jego koszulce. – Jesteś bardzo wyjątkową Hiszpanką. Większość nie chce oddać Baskom ich ziemi.

– Łatwiej coś zabrać i sobie zostawić, niż przyznać się do błędu i oddać. Poza tym Hiszpania nie byłaby tak mocna na arenie międzynarodowej bez Kraju Basków. Ale to nie znaczy, że powinni go sobie przywłaszczyć.

– Dokładnie tak – szepnął Bittor.

To niczego nie zmienia, powtarzał sobie bez przerwy w duchu, zaciskając palce do białości na kierownicy. Ona była Hiszpanką, a on Baskiem, a ich życia nie mogły się spleść jak wątki bohaterów w bajce dla dzieci.

Zza kierownicy rozbrzmiał piskliwy dźwięk. Zapaliła się rezerwa paliwa.

– Musimy zatankować. Czy ta mała stacja paliw z ptakiem w logo nadal tu funkcjonuje? – zapytał.

Słońce zaczynało powoli zachodzić i jego promienie zaplątały się we włosach Mari. Bittor odwrócił wzrok.

Wystarczy. Nie jesteś już dzieckiem, upomniał się, ale to nie był jego głos, tylko znowu głos ojca. Toczył z nim kłótnie od dnia poznania Mari.

– Tak – odparła. – Ja też tam tankuję.

Na stacji wysiadła, żeby rozprostować nogi, a on w tym czasie próbował podjąć decyzję, chociaż wiedział, że wybór może być tylko jeden. Gdyby spróbował zabiegać o jej względy, nikt by go nie potępił, bo nie miał rodziny, a jego przyjaciele nie byli tak ostro przeciwni Hiszpanom. W pracy nikt poza nim nie był Baskiem, a na studiach towarzystwo było mieszane. Nie mógł jednak poddać się uczuciu, które przynosiło mu wstyd. Nie mógł myśleć w ten sposób o kobiecie, której przodkowie tak skrzywdzili jego rodzinę.

Mari nie jest swoimi przodkami, pomyślał. Jest dzielna, mądra, odważna. Jest idealna.

Są też takie Baskijki, odezwał się drwiący głos ojca.

Nieprawda. Mari była tylko jedna – ale to wciąż było za mało. Zawsze będzie za mało, odezwał się znów ojciec w jego głowie. I Bittor wiedział, że ten głos ma rację, bo nigdy nie mógł pobłażać sobie w „hiszpańskiej” kwestii.

Gdy Bittor był młodszy, bardzo chciał – jak wszyscy w szkole – obejrzeć finał mundialu, w którym Hiszpania zdobyła mistrzostwo. Ojciec pozwolił oglądać, ale tylko pod warunkiem, że będzie kibicował tej drugiej drużynie. To był jedyny raz, gdy Bittorowi wolno było obejrzeć cokolwiek poza wiadomościami. Ojciec nie chciał wspierać swoimi pieniędzmi hiszpańskich stacji telewizyjnych. Skoro czymś złym było nawet oglądanie bajek po hiszpańsku, to co dopiero umawianie się z Hiszpanką? To było nie do pomyślenia. Ojciec miał rację – nic nie może go usprawiedliwić, nic.

Z rezygnacją, która rozdzierała mu serce, ustawił się w kolejce do kasy, żeby zapłacić za paliwo. Zaraz dojadą do jej domu i więcej jej nie zobaczy. Tak musiało być.

Z zamyślenia wyrwała go dyskusja starszej pary, która stała w kolejce tuż przed nim.

– …zapomnieć go zabrać, Miguel? – Starsza kobieta pokręciła głową.

Kaka zaharra – mruknął pod nosem Miguel, po czym odchrząknął. – Wrócisz się do samochodu?

– No chyba muszę, nie? Inaczej nie zapłacimy – westchnęła. Po chwili zniknęła za drzwiami stacji.

Bittor osłupiał. Starszy mężczyzna niewątpliwie był Baskiem – nikt inny nie przeklinałby po baskijsku – ale ze swoją żoną rozmawiał po hiszpańsku. Może jest z innego kraju i to ich jedyny język wspólny, pomyślał Bittor.

– Co się tak gapisz, chłopcze, co? – odezwał się do niego Miguel.

Barkatu – odparł po baskijsku. – Zauważyłem, że mówi pan po hiszpańsku z żoną.

Miguel uniósł brwi.

– No, a jak miałbym mówić? Hiszpanką jest. – Wzruszył ramionami, ale na widok miny Bittora zmarszczył czoło. – Jesteś jednym z tych ekstremistów, którzy podkładają bomby w Bilbao? Zamierzasz rzucić się na moją żonę?

Bittor czuł, że blednie. Nigdy nie podłożyłby bomby, a już z pewnością nie na ziemi zamieszkanej przez Basków.

– Oczywiście, że nie – wymamrotał. – Po prostu… wydawało mi się, że starsi są jeszcze ostrzej nastawieni do Hiszpanów. Przecież pan urodził się przed statutem z Guerniki jak mój ojciec.

– No i? Statut z Guerniki to jedna z lepszych rzeczy, jaka przytrafiła się temu krajowi w ubiegłym stuleciu. Ale ty pewnie uważasz, że Kraj Basków i Hiszpania powinny się rozdzielić – dodał, a Bittor kiwnął głową. – Może i tak, może i nie. Co to ma wspólnego z moją żoną?

– Przecież Pana pradziadkowie walczyli za Izabelę II, która potem odebrała nam niepodległość! Pana przodkowie walczyli z przodkami pana żony!

– Dziecko, co ty wygadujesz? – Staruszek wytrzeszczył oczy. – Zdajesz sobie sprawę, jak absurdalnie brzmisz? To było dwieście lat temu. W trzydziestym dziewiątym skończyła się wojna domowa i nikt już po niej nie chowa urazy. Daj sobie spokój, chłopcze. Takie myśli zniszczą ci życie… Wiem, co mówię, bo mój ojciec był jednym z tych, co nienawidził monarchistów do samej śmierci.

Bittor nie wiedział, co powiedzieć. Nagle jakby skończyły mu się słowa. Zrobił dokładnie to, co powiedział ten mężczyzna: usłyszał, jak sam brzmi. I brzmiał głupio. Tłumaczył swoją nienawiść do ludzi, z którymi dzielił jeden kraj, jedną flagę i jeden rząd, wojną, która miała miejsce w dziewiętnastym wieku.

– Mój ojciec przewróciłby się w grobie, gdybym poślubił Hiszpankę – mruknął.

– To twoje życie, nie jego. Nie popełniaj jego błędów. Odziedziczyłeś już pewnie po nim mnóstwo chorób, a wierz mi, nienawiść to najgorsza z nich. Gracias. – Miguel odwrócił się do swojej żony, która właśnie do niego podeszła. Zerknął w stronę Bittora. – Zastanów się, chłopcze, czy wolisz spędzić życie w pięknym ogrodzie, czy w lesie pełnym ciernistych drzew.

Bittor wciąż stał w miejscu nawet wówczas, gdy Miguel i jego żona wyszli już po zapłaceniu ze stacji. Ocknął się, dopiero gdy kasjerka zawołała go do kasy.

Wrócił do samochodu skołowany, ale czuł jakąś dziwną ulgę. Rozmawiał z Mari przez resztę trasy bez ciągłej gonitwy myśli, tak jakby się uwolnił od jakiegoś wielkiego, niewidzialnego ciężaru.

Nadeszła chwila, w której musiał już zjechać i zaparkować. Mari i Carlos wysiedli. Mieli ładny dom, ale Bittor ledwie go zauważał. Włosy Mari rozwiały się wokół jej sylwetki, gdy zerwał się wieczorny wiatr.

– Nie odchodź. – Złapał ją za nadgarstek, gdy Carlos wbiegł za drzwi, a ona otworzyła usta, by pożegnać się z nim na progu.

Uśmiechnęła się szeroko, a Bittor odniósł wrażenie, że nagle słońce wyjrzało zza chmur.

– Może zostaniesz na kolację?

Głos jego ojca w głowie zabraniał mu przyjęcia tego zaproszenia, ale Bittor go wyłączył. Przestał go słyszeć i spróbował doszukać się własnego, stłumionego. W końcu go znalazł, gdzieś w zakamarkach umysłu, jakby krył się na końcu języka i tylko czekał na swoją chwilę.

Odwzajemnił jej uśmiech.

– Z przyjemnością – odparł i wszedł za nią do domu.

Nie był przepełniony pewnością, gdy wykonywał pierwszy krok, ale wiedział, że z każdym następnym będzie coraz łatwiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *