Miłość w czasach apokalipsy

Ala siedziała znudzona na zajęciach z biologii. Oczy, których powieki nieustannie opadały, wbiła w zegar. To chyba najwolniejszy zegar na świecie, pomyślała z irytacją. Chciała tylko, żeby zadzwonił już dzwonek.
– Alka, zobacz – Bąk zamahał jej telefonem przed twarzą – już czterdzieści zarażonych w Gdyni!
Ala przewróciła oczami. Nie przejmowała się tym wirusem. W końcu nie mógł zagrozić ani jej, ani mamie, ani Tymkowi, ani jej przyjaciołom.
– Niby czemu miałoby mnie to obchodzić? – uniosła brwi z wyższością.
Bąk nie krył zdumienia. Miał duże, czarne oczy, które rozszerzyły się jeszcze bardziej.
– Nie masz jakichś dziadków?
– Rodzice mamy nie żyją – rzuciła beznamiętnie – a ojca przecież nie znam. Nie zamierzam się nim przejmować teraz.
Może i Bąk chciał to jakoś skomentować, ale nie warto było się kłócić z Alką. Po pierwsze, bał się Tymka i nie chciał mieć z nim żadnego bezpośredniego kontaktu tak długo, jak się dało. Po drugie, była szansa, że jak Tymek się Ali znudzi, to zwróci swoje śliczne oczy na niego, Bąka. Pociągnął nosem i zakasłał. Od kilku dni nie czuł się najlepiej, ale dopiero w piątek miał wizytę u lekarza. Czyżby on też miał tego wirusa?
Z zamyślenia wyrwał go głos dyrektorki.
– Drodzy uczniowie – pojawiła się nagle pod tablicą – z przykrością informuję was, że w związku z panującą aktualnie sytuacją pandemii, od jutra szkoła zostanie zamknięta na czas nieokreślony. Od poniedziałku postaramy się dla was zorganizować zajęcia przez platformę internetową. Starajcie się jak najmniej wychodzić z domów.
Mówiła jeszcze chwilę o tym, że to nie są ferie, że trzeba myć ręce i tym podobne, ale nikt jej nie słuchał. Gdy tylko drzwi zamknęły się za dyrektorką, przez klasę przelała się fala triumfalnego okrzyku. Biolog próbował jakoś ostudzić entuzjazm dzieci, ale zupełnie na marne. Ala przewróciła tylko oczami, ale po chwili uznała, że skorzysta z tego zgiełku. Spakowała wszystkie rzeczy i, gdy nikt nie patrzył, wymknęła się tylnymi drzwiami z klasy. Wysłała SMS do Tymka, ale zanim zdążyła otrzymać odpowiedź, na wyświetlaczu komórki pojawił się telefon jej mamy.
– Cześć – rzuciła pospiesznie – co tam?
– Wracasz już do domu? – zapytała mama surowym głosem.
– Nie. Czemu niby?
– Przecież wiem, że zamknęli szkołę. Wróć taksówką, tak dla bezpieczeństwa.
Ala jęknęła. Co to, to nie!
– Ale ja się chcę jeszcze spotkać z Tymkiem!
– No chyba śnisz! – głos mamy się podniósł – wracasz do domu i koniec. Spotkasz się z Tymkiem jak ten wirus skończy szaleć.
Przecież to był tylko głupi, niegroźny wirus! Czemu jej mama tak nagle się nim przejęła? Jeszcze wczoraj wyśmiewała ludzi, którzy jak szaleni wykupywali wszystko, co było w marketach.
– Ale ta epidemia może się skończyć za miesiąc! – Ala starała się nie rozpłakać, ale nie mogła panować nad swoim głosem.
– To nie będziesz z domu wychodzić przez miesiąc. Ja też nie będę, od jutra pracuję zdalnie – dodała, jakby chciała pocieszyć córkę, ale Ala rozłączyła się, ogarnięta furią.
Na myśl o tym, że mama będzie siedzieć z nią cały dzień w domu, Ali zrobiło się niedobrze. W jaki sposób miałaby się wymknąć do Tymka, albo tym bardziej zaprosić go do siebie, jeśli mama będzie ciągle na straży?
Usiadła w szatni i rozpłakała się. Pozwoliła łzom płynąć swobodnie po policzkach, ale nadal czuła się zła, bardzo zła na mamę. Nagle telefon zawibrował w jej dłoni. Dostała wiadomość od Tymka. Na twarzy wykwitł jej obfity rumieniec.
Hej, spotkajmy się za 10 minut tam gdzie zawsze. TT.
„TT” było skrótem oznaczającym „Twój Tymek” – zawsze się tak podpisywał. Ali zadrżały ręce, ale udało jej się dostrzec godzinę na wyświetlaczu. Miała dwie godziny przed powrotem mamy do domu. Musiała po prostu wykorzystać je jak najlepiej.
Zbiegła po schodach do szkolnej piwnicy, i ruszyła korytarzem, aż dotarła do samego końca, gdzie nie sięgało już światło żarówek. Drzwi do nieużywanej salki informatycznej były już uchylone.
Tymek siedział na starym, dmuchanym materacu, który przyniósł kiedyś z domu, a lodówka turystyczna z piwem była już podpięta do prądu. Ala uśmiechnęła się szeroko. Czasami musiała się powstrzymywać siłą przed krzyknięciem „Ha!” prosto w twarz tych zaślepionych nauczycieli, gdy myślała o schadzkach tuż pod ich nosem.
Usiadła koło niego. Najpierw nie odzywali się do siebie, zatopieni w długim pocałunku. Gdy w końcu złapali dech, Tymek objął ją i zapytał:
– Boisz się?
Ala przewróciła oczami.
– Nie, proszę cię – parsknęła z ironią – to są jakieś bzdury. Moja mama wymyśliła sobie, że mam nie wychodzić z domu i się z tobą nie spotykać jak szkoła będzie zamknięta.
– Zamierzasz się jej posłuchać? – Tymek uniósł brwi.
– Nie, ale będzie pracować z domu. Będzie trudno się wymknąć.
– Dla chcącego nic trudnego – powiedział i znowu ją pocałował. Wtedy Ala uwierzyła, że zrobi wszystko, co będzie musiała, żeby tylko się z nim spotkać znowu.
Nie było to jednak takie proste. Mama przychodziła co jakiś czas do jej pokoju, ale ona zbywała ją wściekłym fuknięciem. Po trzech dniach tej tortury, czuła, że nie wytrzyma już ani minuty dłużej bez Tymka. Musiała się z nim zobaczyć, koniecznie. Tylko jak?
Wstała z łóżka i zakręciło jej się w głowie. W ogóle od rana bolała ją głowa, ale nie zamierzała zważać na coś tak głupiego. W końcu nic nie może powstrzymać wielkiej miłości, a myśl o tym, że robiła to wbrew wszelkim zakazom, dodawała całej sprawie romantyzmu i jakiejś takiej poezji, której Ala nie potrafiła nazwać.
Tak właśnie się czuła, gdy w końcu udało jej się wymknąć: jakby leciała na skrzydłach swoich uczuć. Było już późno, mama zasnęła, a godzina policyjna zaczęła się już jakiś czas temu, ale co z tego? Nic nie mogło jej powstrzymać. Biegnąc przez małe osiedle, które znała na pamięć od dziecka, wybrała ścieżki i dróżki pomiędzy drzewami. Kilka razy przeszła dość blisko policji, co sprawiło, że serce biło jej jeszcze mocniej. Takiej euforii jeszcze nigdy nie czuła.
W końcu dotarła pod blok Tymka, który mieszkał właściwie sam – nie licząc starszego brata, pracującego przez większość czasu w Anglii. Wpisała kod domofonu i weszła do klatki czując, jak cała pulsuje, jak oddech jej przyspiesza, a serce próbuje się wyrwać z piersi.
Nie sądziła, że może znieść tego jeszcze więcej, ale gdy Tymek jej otworzył i wciągnął do swojego pokoju, przekonała się dopiero, jak intensywne mogą być te uczucia.
Wróciła dobrze po północy. Z ulgą zauważyła, że mama wciąż spała i nie była świadoma jej wycieczki.
Rano obudziła się niewyspana, ale bardziej zadowolona niż kiedykolwiek. Szczęście wciąż w niej płonęło żywym ogniem. Najwyraźniej jednak mama nie mogła jednak znieść jej uśmiechu, bo powiedziała sucho:
– Bardzo dobrze, że nie odwiedzasz Tymka.
Ala spochmruniała.
– Ale czemu? Przecież żadna z nas nie jest chora.
– Chłopiec z twojej klasy, Grzesiek Bąk, wczoraj trafił na oddział zakaźny. Zdiagnozowano u niego tego wirusa – powiedziała matka spokojnie – musisz patrzeć, czy i ciebie nie bierze. Wczoraj coś mówiłaś, że boli cię głowa, a to pierwszy objaw.
Ali zrobiło się słabo. Co ta mama mówiła?
– Ale przecież… nawet jeśli Tymek by się zaraził…
– Przecież Tymek leżał w zeszłym roku na toczeń w szpitalu. To choroba na całe życie. Gdyby się zaraził, mógłby tego nie przeżyć, w przeciwieństwie do ciebie – odpowiedziała mama, jak gdyby nigdy nic.
Ala oniemiała. Czuła, jak pocą jej się dłonie, a serce zamiera w piersi.
Od wczoraj bolała ją głowa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *