Na szczycie

Myślę, że do tego opowiadania nie potrzeba już więcej słów. Przeczytaj je, jeśli znajdziesz się na szczycie.

Na lotnisku JFK w Nowym Jorku panował zgiełk, a hałas powoli stawał się brzęczeniem w tle dla pasażerów długo oczekujących na lot. Tłumy jak zwykle były tak ogromne, że większość osób siedziała na podłodze. Święto Dziękczynienia miało miejsce już w najbliższą sobotę, więc większość z podróżujących czekała na loty krajowe. Niewielka grupka ludzi czekająca przy odległej bramce zwracała na siebie coraz większą uwagę. Sam fakt, że lecieli do Kataru (państwa, o którym niektórzy z obecnych na lotnisku nawet nie słyszeli) wystarczał, żeby ich wyróżnić na tle pasażerów. Dodatkowo jednak byli przedziwną mieszanką ludzi: połowa z nich wyglądała na bardzo dobrze zarabiających biznesmenów, pozostali zaś mieli karnację typową dla Hindusów i nietypowe dla przeciętnego Amerykanina stroje. Jedyną osobą, która zdawała się łączyć w jedno te dwie kategorie podróżujących, była Praveena – młoda kobieta o fizjonomii typowo hinduskiej, ale ubrana w szykowną i elegancką garsonkę. Przeglądała najnowsze zdjęcia na Instagramie, co kilkanaście sekund zapisując któryś z postów na później. Gdy już miała odświeżyć stronę aplikacji, na wyświetlaczu wyskoczyło jej połączenie od Barta.
– Cześć, Bart – rzuciła do słuchawki, jednocześnie odrzucając włosy na plecy wystudiowanym gestem – zaraz wsiadam do samolotu. Co potrzebujesz?
– Słuchaj, Prav – odezwał się głos w telefonie –  będziesz chyba musiała wrócić wcześniej z tej całej wycieczki. Nie za tydzień, tylko za trzy dni. Mamy jakąś dziwną awarię systemu i klienci nie mogą kupić kursów online. A w poniedziałek rusza nowy kurs. Rozumiesz to? Widzisz te straty?
Praveena westchnęła.
– Będę czekać na przesiadkę w Katarze przez kilkanaście godzin, a mój hotel na pewno ma wifi. Postaram się temu zaradzić. Czy dział techniczny nie może tego rozwiązać?
– Próbują już od dziesięciu minut, ale…
– Słucham? – warknęła Praveena – Bart, czy ja dobrze rozumiem? Ta awaria zaczęła się dziesięć minut temu?
– Piętnaście – odparł mężczyzna ze zniecierpliwieniem – ale nie zapowiada się, żebyśmy mogli to naprawić bez ciebie…
– Słuchaj – odrzekła mu wściekle rozmówczyni – zostawiłam cię tam samego na jeden tydzień. Jeden. Pokaż mi, że nadajesz się na stanowisko wiceprezesa.
Po czym, nie czekając nawet na odpowiedź, Praveena rozłączyła rozmowę i wrzuciła telefon do torby. Była bardzo poirytowana. Bart pracował u niej od wielu lat, ale wciąż swoim zachowaniem przypominał skrzyżowanie marudnego dziecka i przewrażliwionego nastolatka. Nie znała nikogo, do kogo lepiej pasowałoby określenie drama queen. A teraz ten paranoik przejął firmę na tydzień, a w tym czasie Praveena zamierzała w końcu odwiedzić swoją rodzinę. Sama nigdy nie wpadłaby na to, ale napisała do niej starsza siostra. Urodziła dziecko kilka lat temu i chciałaby je wysłać do Prav, żeby ta zapewniła mu dom i edukację.
Taki właśnie był cel wizyty Praveeny w Nepalu – zabrać siostrzeńca, Indrę, ze sobą do Stanów.
Ponad dwadzieścia lat temu, ciotka Praveeny w ten sam sposób zabrała ją do siebie. Dzięki temu dziewczyna mogła chodzić do szkoły w Nowym Jorku, a potem pójść na studia. Teraz była założycielką, właścicielką i prezeską gigantycznej firmy Tobasco, która przetwarzała tytoń pochodzący z Ameryki Centralnej i Południowej. Wracała do rodzinnej wioski jako człowiek sukcesu. Była u szczytu życia i kariery, bardziej niż ktokolwiek kogo znała. Była z siebie dumna, ale jednocześnie przerażona tym, że spotka rodzinę po tylu latach.
Przez tyle lat pobytu w Stanach, Praveena jakoś nigdy nie miała czasu odwiedzić ponownie swoich bliskich, a gdy skończyła studia i miała już zarówno czas, jak i pieniądze na taką podróż, nie potrafiła się przełamać i napisać do nich. Nie rozmawiała z nimi od tak dawna, że nie wiedziała nawet, co mogłaby im powiedzieć. Teraz jednak nie było już odwrotu. Po dotarciu do Katmandu, Prav czekała długa i męcząca podróż starymi busami, a potem kawałek do przejścia pieszo, aby dostać się do malutkiej wioski, z której pochodziła. Mieścina sytuowała się na niewielkiej nizinie pomiędzy himalajskimi szczytami. Praveena przygotowała się na trudne warunki klimatyczno-terenowe poprzez wydanie dużej sumy w sklepie ze sprzętem alpinistycznym.
Przez całą podróż słuchała różnych podcastów, dzięki którym nawet w trakcie mozolnej tułaczki busami przez himalajskie góry nie przestawała się uczyć. To był jeden z lęków Prav, że zmarnuje czas, który mogłaby poświęcić na naukę. Zawsze było coś więcej, czego mogła się dowiedzieć. Poza tym Praveena wiedziała, że musi się ciągle rozwijać. W Nowym Jorku było to coś równie powszedniego, jak picie kawy ze Starbucksa.
Gdy kobieta opuściła ostatni autokar, musiała jeszcze pokonać w śniegu godzinną drogę. Byłaby ona o wiele gorsza, gdyby nie to, że jednak jej organizm pamiętał jeszcze czasy, gdy Prav mieszkała i funkcjonowała w takim środowisku. Mimo tego czuła się potwornie obco w tym miejscu, nawet gdy już weszła między domy w wiosce. Wszystko wyglądało znajomo, ale Praveena nie umiała w sobie odnaleźć tej dziewczynki, która czuła się tu jak w domu.
Powitanie rodziny było o wiele cieplejsze niż kobieta się spodziewała. Na podwórku siedziały dzieci w różnym wieku i oczywiście natychmiast spostrzegły, że zbliżająca się osoba nie jest z okolicy.
– To musi być Praveena! – ryknęła mała dziewczynka, po czym rzuciła się biegiem w stronę kobiety.
Po chwili otoczyła ją gromada wszystkich dzieci z rodziny, a gdy tylko pozostali domownicy zauważyli, że już dotarła, zaczęli się przepychać między maluchami, żeby ją powitać.
Mama Praveeny, Manini, była ostatnia w kolejce. Podeszła do córki bez uśmiechu i długo się jej przyglądała. W jej oczach zalśniły łzy.
– Witaj, mamo – zwróciła się Prav do matki po chwili.
– Bałam się – opowiedziała kobieta cicho – że po tylu latach cię nie poznam. Ale ty się nic nie zmieniłaś.
Praveena uśmiechnęła się nieśmiało. Po krótkim wahaniu uścisnęła mamę, choć ta pozostała nieco sztywna i zdystansowana.
Gdy już skończyły się wybuchy śmiechu i pytania, Manini skierowała się do kuchni, aby przygotować obiad. Prav miała teraz godzinę do posiłku, którą zamierzała spożytkować na odtwarzaniu wcześniej wykupionych webinarów biznesowych. Jeszcze przed podróżą wykupiła ich kilkanaście, przewidując, że będzie mieć dużo czasu na ich odtwarzanie.
Rodzina zerkała na nią krzywym okiem, ale Prav się nie przejęła – zaszyła się w kącie, pilnie robiąc notatki. Jednak jeszcze przed upływem godziny jej laptop był na granicy rozładowania.
– Gdzie znajdę tu gniazdko? – zapytała, zwlekając się z podłogi i otrzepując spodnie z kurzu.
– Jakie gniazdko? – zdumiała się Divya, siostra Praveeny – przecież tu nie ma prądu!
Prav wytrzeszczyła oczy, po czym zasłoniła usta przerażona.
– Ale… mój telefon! – dziewczyna machnęła najnowszym iPhonem, jakby mogło go to naładować – muszę mieć kontakt z moją firmą!
– O czym ty gadasz! – Divya najpierw uniosła brwi, ale po chwili zaśmiała się – tu nie ma zasięgu! Do nikogo nie zadzwonisz!
Praveena zerknęła w panice na swój telefon, ale wiedziała już, że siostra ma rację. Teraz dopiero zauważyła, że od wielu godzin nie dostała żadnego powiadomienia na smartfonie.
– Jak to możliwe, że do mnie napisałaś? – zapytała Prav, tracąc panowanie nad sobą i pozwalając łzom spłynąć po policzkach.
– W Katmandu są kafejki internetowe – odparła dziewczyna – czy ty płaczesz?
Praveena nie była w stanie jej odpowiedzieć. Trudno jej było w ogóle oddychać, tak silna ogarnęła ją panika.
– Uspokój się, przecież będziesz tu tylko kilka dni – Divya poklepała siostrę po plecach – co się może stać przez tak krótki czas?
– Wszystko – rzuciła Praveena nerwowo – krach na giełdzie, zaraza na uprawach tytoniu, tsunami, pożary…
– To wszystko brzmi strasznie, ale chyba nie masz na to wpływu. Co ci to da, że dowiesz się wcześniej? To nic nie zmieni, że dowiesz się we wtorek zamiast w sobotę.
Prav już otwierała usta, żeby odpowiedzieć siostrze i wyjaśnić, jak wielkie ma znaczenie to, żeby dowiedzieć się o katastrofie na czas, gdy zdała sobie sprawę, że to jednak nie ma żadnego znaczenia. Spadło to na nią z całym ciężarem przykrej świadomości, że nie ma całkowitego wpływu na to, co się zadzieje z jej firmą. A inne problemy, które mogą się pojawić przez tydzień, spokojnie może rozwiązać Bart. Nie była niezbędna.
Kobieta usiadła na podłodze, czując, że dłużej nie ustoi. Dopiero wtedy jej się przypomniało, że rozładowany komputer oznacza brak dostępu do webinarów, podcastów i ebooków, które tam były.
– To co ja będę robić przez tydzień? – powiedziała szeptem, łapiąc się za głowę.
– Nic – odparła ze spokojem Divya, nie wiedząc, jak bardzo Prav nie mogła w to uwierzyć – pomożesz z gotowaniem i sprzątaniem, ale chyba przyjechałaś tu odpocząć.
Następny dzień był dla Praveeny bardzo trudny. Sporą część czasu spędziła planując, kiedy nadrobi te ogromne zaległości po powrocie (na szczęście udało jej się zdobyć kartkę i ołówek). Pomimo tego zostawały jej ogromne ilości wolnego czasu. Nie umiejąc poradzić sobie z tą sytuacją, próbowała się przyglądać pozostałym domownikom, jednak jak zauważyła, w wolnym czasie rzadko kiedy robili cokolwiek poza toczeniem swobodnych rozmów i siedzeniem w zamyśleniu.
Drugi i trzeci dzień przynosiły powolne zmiany, które jednak były na tyle duże, że czwartego dnia Prav pozbyła się odruchu sprawdzania telefonu co jakiś czas. Poczucie marnowania czasu znacznie w niej osłabło. Coraz chętniej i częściej popadała w zamyślenie. Zaczęła chodzić na spacery. Piątego dnia odważyła się zadać sobie samej ważne pytania – o życie i marzenia, o których już dawno temu zapomniała.  Szóstego dnia, ostatniego przed podróżą, kobieta wybrała się na samotny spacer, kierując się na jeden z najniższych szczytów w okolicy. Przez te kilka dni zaszło w niej więcej zmian niż przez ostatnie pięć lat. Nie była jeszcze pewna, jak to wpłynie na jej życie, ale wiedziała, że zmieni je diametralnie.
Zanim zdążyła zauważyć, na przechadzce dogoniła ją mama. Początkowo szły w milczeniu, ale Manini po chwili odezwała się głosem przepełnionym smutkiem.
– Wyjeżdżasz. Kiedy ja cię znowu zobaczę? – nie płakała, ale jej głos drżał od łez.
– Wrócę w pauszę, mamo – odparła Praveena spokojnie – na święto Lohri. I zostanę na trochę dłużej. To już niedługo.
Manini spojrzała ze zdumieniem na córkę.
– A twoja praca?
– Nic się nie stanie – Praveena uśmiechnęła się – moja firma świetnie sobie radzi beze mnie. Tak ciężko pracowałam, że teraz zarabiam, nawet gdy nie jestem w pracy.
– Ale zabierzesz ze sobą Indrę? Divyi tak zależy, żeby on z tobą pojechał…
– Oczywiście, ale będzie was odwiedzał przynajmniej trzy razy do roku – Prav uścisnęła dłoń mamy – nie pozwolę, żeby zapomniał o was… tak jak ja.
Manini uśmiechnęła się. Złapała Praveenę za rękę i mocno przytuliła.
– Czy ty jesteś tam szczęśliwa?
– Chyba nie – odrzekła Prav, biorąc głęboki wdech – ale teraz to rozumiem. Teraz to widzę. Nie wiem, czy jestem już gotowa na to, żeby to zmienić. Ale wiem przynajmniej, że nie muszę. Zabiorę się do tego powoli i będę czerpać przyjemność z każdego etapu tej podróży.
I choć na horyzoncie czekała ją jeszcze niejedna burza, Praveena w końcu czuła tylko spokój.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

2 komentarze “Na szczycie”