Nawka

Marysia mieszkała w tym miejscu, odkąd pamiętała.
Nie była do końca pewna, jak się tu znalazła. Wiedziała, że nie mogła się tu urodzić. Nie była jednak w stanie sobie przypomnieć żadnego innego miejsca – zawsze była tu, pośród tych drzew.
Marysia mieszkała tam sama, dlatego bała się z początku daleko chodzić. Dopiero z czasem nauczyła się całego lasu na pamięć.
Wraz z tym jak dni mijały, las się przerzedzał. Ludzie wycinali drzewa i zamiast tego budowali dziwne lasy z niskich kamieni. Zakopywali pod nimi martwych ludzi, wylewając przy tym masę łez. Marysia tego kompletnie nie rozumiała. Z tego co wiedziała, ludzi po śmierci powinno się spalać, a nie zakopywać.*
Czasami chciała podejść do innych ludzi, ale bardzo się ich bała. Tylko dzieci ją czasami zaczepiały. Szczególnie wtedy, gdy przychodziły ze swoimi rodzicami, którzy skupiali całą swoją uwagę na tych kamieniach.
Tego dnia było podobnie. Słońce świeciło mocno, ale Marysi było zawsze zimno, więc o tym, że było ciepło, mogła tylko wnioskować z letnich ubrań, które okrywały spacerujących ludzi.
– Cześć – mała głowa, należąca do chłopca, wychyliła się zza gęstego krzewu akacjowego – co tu siedzisz tak sama?
– A z kim miałabym siedzieć? – zapytała Marysia, przekrzywiając głowę.
– Z mamą i tatą?
– Nie żyją – posmutniała – jak ci na imię?
– Franek – wyciągnął do niej dłoń – a ty?
– Marysia – uścisnęła go.
Chłopiec się wzdrygnął, cofając swoją dłoń jakby jej dotyk go sparzył.
– O rany, jesteś lodowata!
Marysia wzruszyła ramionami. Nigdy wcześniej nikt jej nie podał dłoni w ten sposób.
– Masz dziwne włosy – wyciągnął dłoń, żeby ich dotknąć, ale Marysia odwróciła głowę – są zielone! – dodał z obrzydzeniem – i masz na nich wianek z ususzonych róż!
– A twoje są czarne – wytknęła mu język – i nie wyśmiewam się z ciebie.
– Moje są normalne – odpowiedział z wyższością.
Wyglądał przez chwilę, jakby chciał jej coś jeszcze powiedzieć, ale nagle zmarszczył czoło i położył dłonie na brzuchu.
– Co za śmieszne uczucie – chłopiec coraz mocniej chwytał się za brzuch, kierując podejrzliwe spojrzenie na Marysię – skąd przyszłaś?
– Stamtąd – pokazała dłonią na zbitkę drzew.
– Pytam w ogóle, z której wioski jesteś – na czole chłopca pojawiły się kropelki potu.
– Wioski? – Marysia nie rozumiała – ja tu mieszkam.
Chłopiec wytrzeszczył oczy, ale nie zdołał się już odezwać. Padł na ziemię i zaczął się głośno śmiać. Z jego oczu wypływały łzy, a pot z czoła spływał mu we włosy.
– Pomóż mi! – krzyknął do niej, ale ona wcale nie była skora do pomocy.
– Wyśmiewałeś moje włosy – warknęła, czując, jak wypełnia ją gniew.
Franek zwijał się coraz bardziej, z trudem łapiąc oddech.
– Przestań… mnie… ŁASKOTAĆ!
Marysia odsunęła się, nie kryjąc zdumienia.
– Przecież ja ci nic nie robię – wymamrotała, ale Franek już tego nie usłyszał. W ataku ostatniej konwulsji uderzył mocno głową o najbliższy kamień. Jego oczy zaszły mgłą.
– Franek?
Marysia spanikowała. A co jak ktoś pomyśli, ze to ona go zabiła? Szybko zaczęła go ciągnąć po ziemi do swojej małej nory, w której spała. Nikt jeszcze nigdy nie trafił do jej jamy, i liczyła, że tak pozostanie.
Długo siedziała obok martwego chłopca w ciemnej norze, napięta jak struna, czekając na zagrożenie. Nikt jednak się nie zjawił. Gdy Marysia dojrzała światło księżyca oświetlające wejście, zaczęła się z niej wyczołgiwać. Uznała, że najlepiej będzie też zabrać ze sobą Franka. Nie mogłaby spać koło niego.
Gdy tylko wyszła kawałek w las, pojawił się przed nią wysoki mężczyzna – w dziwny sposób przypominał jej otaczające ich drzewa.
– Witaj, mała nawko** – powiedział do niej – przyniosłaś dla mnie ofiarę.
– Mam na imię Marysia, a to jest Franek – spróbowała dojrzeć jego oczy, ale nie mogła.
– Zabiłaś go, a jeśli oddasz mi go w ofierze, dam ci piękno i…
– Nie zabiłam go! Nawet go nie dotknęłam!
– Jesteś pewna? – zagrzmiał.
Wtedy Marysia sobie przypomniała, jak uścisnęła dłoń chłopca.
– Kto żywy dotknie nawki, tego śmierć w mękach spotka – powiedział – jestem Leszy i mam moc nad tym lasem. A ty dorosłaś do tego, by zdobywać dla mnie większe ofiary, a nie takie dzieci.
– Nie chcę nikogo zabijać – wyszeptała nawka – czemu miałabym to robić?
– A podobało ci się, jak ten chłopiec się z ciebie śmiał?
– Skąd ty… – nawka zacisnęła pięści – nie.
– Dam ci moc mszczenia się na każdym za takie zachowanie. Na pewno nie chcesz?
Wzrok Marysi padł na Franka. Jej spojrzenie robiło się coraz ostrzejsze, aż w końcu przeniosła je z powrotem na Leszego.
– Chcę tę moc – szepnęła – ale nie mów na mnie nawka! To brzmi okropnie.
– Tak zwykłem mawiać na takie dziewczyny jak ty – powiedział – ale jesteś jedyną, która sama przyszła do mnie z ofiarą. Możemy ci nadać nowe imię.
Leszy wyciągnął rękę i musnął wianek z suchych róż na włosach Marysi.
– Może Rozałka? Od tych róż na twoich włosach.
Tak Marysia została Rozałką, a z czasem – Rusałką. Z biegiem czasu coraz więcej o niej i jej podobnych mówiono i słyszano. Żaden młodzieniec wchodzący sam do lasu nie był bezpieczny przed ich urokiem. Wiele z nich naprzykrzało się także dziewczętom. Rozałka jednak nigdy – aż po kres czasów – nie zapomniała Franka. I to jego szukała w każdej kolejnej ofierze.

*Słowianie przed chrystianizacją palili swoich zmarłych, co umożliwiało im przejście do Nawii (Nawia — zaświaty w słowiańskiej mitologii), samo pogrzebanie nie wystarczało wg słowiańskich wierzeń do „przejścia na drugą stronę”.

**Nawka i rusałka to dwie nazwy tej samej mitycznej istoty, ale uważa się, że rusałka jest późniejszą nazwą (z łaciny).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *