[Odcinek 1] Przyjazd Krysi

W Sokolnikach Krysi nie było – ho, ho – z dobrych pięć lat. No, może nawet siedem. Jednym słowem – dawno jej tu nie było.
Klekoczący srebrny busik (notabene, i tak o wiele lepszy niż ten, którym kiedyś musiała tu dojeżdżać) wyrzucił ją właśnie na przystanku, gdzie wysiadła z uczuciem ulgi. W końcu wieś. Ach, o tym marzyła każdego wieczoru w tym piekielnym zaduchu, jaki oferowały Katowice.
Rozejrzała się po ulicy. Oczywiście – samochodów w ruchu brak, ludzi w ruchu brak, jednym słowem, pustynia i odludzie. Idealnie. To było właśnie miejsce dla niej. Machająca rękami mama wykrzykiwała, że Krysia tu zupełnie zdziczeje, ale czy taki argument mógł przekonać człowieka, który już częściowo zdziczał? No właśnie. Krysia pokręciła głową, wspominając tą awanturę, po czym poprawiła szelki ogromnego plecaka turystycznego i ruszyła przed siebie piaszczystym poboczem drogi. Miała przed sobą jakieś pół godziny spaceru, które postanowiła poświęcić na wsłuchanie się w najnowszą płytę Ludovico Einaudi.
Idąc drogą, Krysia zapomniała o tym, że jest na wsi. A na wsi zawsze jest przynajmniej jedna para oczu, która bacznie obserwuje każdy twój krok. Krysia jednakże była zupełną nowością w Sokolnikach – nikt nie poznawał w niej pryszczatej nastolatki z ciemnymi, napuszonymi włosami i aparatem na zębach, która niegdyś co roku przyjeżdżała tu na wakacje. Tak więc na Krysię skierowana była nie jedna para oczu, lecz każda, jaka akurat wyjrzała przez okno, gdy przechodziła ulicą.
Ludovico Einaudi okazał się cudowny, czego zresztą Krysia się spodziewała, bo przecież zawsze lubiła jego muzykę. Smutne dźwięki zdały się grać na fortepianie jej duszy tak dogłębnie, że z trudem powstrzymywała łzy. Nie pękaj, powiedziała sobie w myślach, natychmiast biorąc się w karby. Skoro kilka dni temu nie rozpłakała się na obronie pracy licencjackiej – a naprawdę, nikt by się nie zdziwił, gdyby jednak to zrobiła – to tym bardziej nie zaleje się łzami na pustej ulicy.
W końcu ulica skończyła się i zaczął się las. Wciąż mijała domy, ale tym razem były odgrodzone drzewami iglastymi i żywopłotem od usypanej ze żwiru drogi. Zapach sosen i świerków poprawiał jej nastrój. Gratulowała sobie pomysłu wyprowadzki w to miejsce – to była bez wątpienia najlepsza jej życiowa decyzja. Nawet jeśli spotkała się z dezaprobatą niemal każdego członka rodziny, nie wliczając w to jedynie babci Józi.
Dotarła w końcu przed furtkę domu. Spodziewała się, że oburzenie mamy powiązane z jej wyprowadzką do „tej rudery na tym zadupiu” było znacznie przesadzone, ale i tak zaskoczyło ją to, w jak dobrym stanie był dom i ogród. Babcia musiała poświęcać na niego mnóstwo czasu, a przecież nie była już młoda.
Krysia pchnęła furtkę. Tak, jak się spodziewała – była otwarta. To będziemy musiały zmienić, pomyślała Krysia stanowczo. Wieś wsią, ale bezpieczeństwo przede wszystkim.
– Krysieńko! – krzyknęła babcia, stając w drzwiach domu. Uśmiechnęła się szeroko, wprawiając w ruch konstelację zmarszczek, która ozdabiała jej twarz.
– Babciu… – Krysia rzuciła się babci Józi w ramiona. Nie, nie zamierzała tak zrobić – samo jakoś tak wyszło. Czuła, że łza kręci jej się w oku, więc wtuliła szybko twarz w babciny sweter.
– A co ty, ryczysz? Nie bądź beksa! – zaśmiała się babcia, klepiąc ją w policzek. – Nie ma co płakać nad taką starą babą jak ja. Poza tym, jeszcze się na tamten świat nie wybieram.
Krysia uśmiechnęła się mimowolnie.
– No, ja myślę – powiedziała. – Dziękuję, że się zgodziłaś mnie przyjąć.
– Ty mi dziękujesz? Nie no, trzymajcie mnie. – Babcia pokręciła głową, dreptając po wyszorowanym do granic możliwości parkiecie w przedpokoju. – Prędzej ja ci powinnam dziękować, że przyjechałaś dotrzymać towarzystwa zgrzybiałej staruszce.
– Babciu!
– Dobrze – sapnęła babcia, przechodząc do kuchni. – Siadaj, zaraz ci nałożę gulaszu.
– A dziękuję, nie jem mięsa – odparła Krysia, uciekając wzrokiem w stronę okna.
– A co to za wydziwianie? Jak to nie jesz mięsa? – Babcia chwyciła się pod boki.
– Normalnie. Nie jem.
– No to bardzo głupio robisz. – Babcia zerknęła na nią z dezaprobatą. – To co ci mogę nałożyć?
– Masz może jakieś warzywa?
Babcia machnęła ręką w stronę lodówki.
– Proszę. Tylko żebyś się w królika nie zamieniła, jak samą trawę będziesz żarła – mruknęła z przekąsem.
Krysia zachichotała. Rozejrzała się po kuchni. Była niemal dokładnie taka, jak te kilka lat temu, gdy przyjechała tu po raz ostatni – stary zegar wisiał na ścianie i jakimś cudem wciąż działał, w oknie powiewała ta sama wypłowiała, czerwona zasłona w kratkę. Ława, która stała pod ścianą, wciąż miała pomalowane siedzenie na poziomkowy kolor, a na stole leżał ten sam co zwykle biały, lniany obrus, który babcia sama haftowała przed ślubem, jako część swojego posagu. Meble kuchenne także się nic nie zmieniły, tylko może nieco postarzały.
Krysia może i rozmarzyłaby się, gdyby donośny głos babci nie wyrwał jej z zamyślenia.
– Może byś sobie chociaż twarogu pokroiła do tego pomidora – powiedziała, z impetem kładąc na stole pojemnik z kostką twarogu. Pachniał bardzo apetycznie, więc dziewczyna odkroiła sobie gruby plaster.
– Jeszcze szczypiorek ci posypię. Może chleba chcesz?
– Nie trzeba – uśmiechnęła się Krysia. – Od jutra będziesz musiała pozwolić mi się tu krzątać.
– A krzątaj się, proszę bardzo. Zobaczysz, jak szybko będziesz mieć dość – westchnęła babcia, siadając w końcu obok Krysi na ławie. Wysiorbała łyk herbaty z duraleksowskiego* kubka. – I jak ty mi chcesz tu pomagać, co?
– Z ogrodem Ci pomogę. Może dasz mi też szyć. Umiem korzystać z maszyny.
– Oj, Krystyno, a czy ty myślisz, że jak ktoś mi płaci za uszycie mu płaszcza to pozwoli, żeby maczała w tym łapska taka smarkula?
 Krysia parsknęła śmiechem, wciągając niechcący nosem twaróg. Otarła twarz z przekonaniem, że przynajmniej nie będzie doskwierać jej samotność. Tej miała już serdecznie dosyć po trzech latach studiów.
֍ ֍ ֍
Nie myliła się w kwestii samotności. Babcia nie tolerowała żadnej skrytości i lubiła cały czas wiedzieć, co robi jej wnuczka. Tak naprawdę chwilę spokoju Krysia miała tylko wieczorem. Po tygodniu czuła się tym bardzo zmęczona, ale nie chciała robić babci przykrości, więc nic nie mówiła.
Właśnie dochodziła dziesiąta rano. Krysia zmywała naczynia, gdy babcia weszła do kuchni, ubrana zaskakująco odświętnie.
– A co ty przy tych garach robisz? Potem to umyjesz. Do kościoła się naszykuj – powiedziała, krytycznie patrząc na ręce Krysi, całe upaprane pianą.
– Ale… ja nie chodzę do kościoła – zdziwiła się Krysia. – Przecież ja nawet komunii nie miałam.
– A co mnie to obchodzi! Jak nie pójdziesz, ludzie będą gadać. Pójdziesz ze mną. Koniec dyskusji.
Krysia uniosła brwi. Nie zamierzała nigdzie iść.
– Zostanę w domu. Pozmywam i zrobię obiad.
Oczy babci ciskały gromami, ale Krysia nie zamierzała ustąpić.
– Jesteś uparta jak wół!
Babcia postanowiła okazać nieposłusznej wnuczce gniew nie odzywając się do niej, czego Krysia – przyzwyczajona do braku towarzystwa – nie odczuła jako karę. W efekcie wieczorem babcia poddała się i zaczęła z nią rozmawiać.
– Słuchaj no, Krysia, tak sobie myślę, że mogłabyś mi bardziej pomagać. Twarda z ciebie dziewczyna – powiedziała babcia ni stąd, ni zowąd, gdy w milczeniu jadły kolację (babcia – kaszankę i kanapki z szynką, Krysia – jajko na twardo i serek wiejski).
– Pomogę ci tak, jak tylko będę mogła – uśmiechnęła się Krysia. Mimo wszystko nie chciała, żeby babcia była na nią zła. – Co mam robić?
– Jutro ci już wyjaśnię. A dziś chciałabym, żebyś napiła się ze mną takiego naparu. – Babcia stała przy blacie kuchennym. Jej głos brzmiał trochę dziwnie – jakby niepewnie. – Taki wywar z ziół.
– To coś na żołądek? – zapytała Krysia, myśląc o wielkim kawałku sernika, który zjadła na deser po obiedzie. Herbatka na żołądek była pożądana po tym obfitym deserze.
– Powiedzmy. Na pewno nie zaszkodzi – odparła babcia. Po chwili postawiła przed nią spory kubek, z którego ulatywała para.
Krysia mimowolnie się skrzywiła. Zapach nie był zbytnio zachęcający, a w środku pływały jakieś liście i łodygi. Niemniej jednak z grzeczności upiła nieco naparu. Był zaskakująco dobry. Babcia musiała chyba dodać do niego miodu, bo żadne znane Krysi zioła nie były tak słodkie.
– Co to za zioła? – zapytała, zerkając uważnie w rozmokłe fusy.
– Och, tu jest sporo różnych ziół. Będzie ci się po tym dobrze spało, zobaczysz.
Krysia wypiła całość i ruszyła po schodach do swojego pokoju. Trochę jej się jakby kręciło w głowie, a przecież nie piła alkoholu tego dnia. To ze zmęczenia, pomyślała sennie.
Z trudem ubrała się w piżamę – trzęsły jej się dłonie – i wślizgnęła pod kołdrę. Świat się kręcił coraz szybciej i szybciej… aż w końcu zasnęła.
Rano obudziła się wcześnie – słońce padało jej na twarz. Musiała zapomnieć wieczorem zasłonić okno.
Otworzyła leniwie oczy. Skoro już się obudziłam, mogłabym popisać, pomyślała. Od chwili, gdy się obroniła, nie napisała ani słowa. Potrzebowała przerwy po katordze, jaką było pisanie pracy licencjackiej. Można by się spodziewać, że studentka kierunku o wdzięcznej nazwie „sztuka pisania” będzie z przyjemnością pisać nawet pracę dyplomową, ale tak nie było. Krysia otrząsnęła się z przykrych wspomnień i zrzuciła kołdrę.
Może jednak najpierw joga?
Rzuciła okiem na zwiniętą w kącie matę i poderwała gwałtownie z łóżka. Krzyk zamarł jej w gardle.
W kącie, tuż obok maty, stał najbrzydszy staruszek, jakiego Krysia widziała w życiu. Był bardzo niski i chudy, ale miał za to imponująco długie siwe włosy i brodę. Całą twarz pokrywały mu zmarszczki. Oczy miał zaskakująco młode i żywe.
– Kim pan jest? – odezwała się w końcu Krysia prawie niesłyszalnie. Przerażenie ściskało ją za gardło.
– Och, widzisz mnie? A to ciekawostka – zarechotał – jestem domowikiem w tym domu.
– Ale… – Krysia czuła, jak serce tłucze jej o pierś. – Babcia nic nie wspominała, żeby ktoś jeszcze tu mieszkał…
To nie może być złodziej, pomyślała Krysia trochę trzeźwiej. Nie uciekł na mój widok i ma puste ręce. Swoją drogą, miał trochę straszne ręce – całe powykrzywiane, wysuszone, w szramach, porośnięte gęsto długimi włosami. Zemdleję, jak mnie dotknie, pomyślała Krysia, cofając się odruchowo.
– W każdym domu mieszka domowik. A przynajmniej powinien, chociaż teraz to nie to, co kiedyś – westchnął staruszek, siadając swobodnie na jej fotelu do czytania. – Jak ci się podoba twój pokój? To ja poradziłem pani Józi, żeby go tak urządziła.
Krysia rozejrzała się mimowolnie po pokoju. Od początku była nim zachwycona – jakby babcia doskonale wiedziała, co jej się spodoba. Rama sporego łóżka była stara, ale malowana w prześliczne łowickie wzory, podobnie jak wiekowa szafa i sekretarzyk, który miał przynajmniej dziesięć różnych szufladek. Pod sufitem na wszystkich ścianach przybite były sosnowe półki, na których stało już kilka książek, a które Krysia zamierzała stopniowo zapełniać. Wypastowanego, nieco już matowego parkietu nie przykrywał żaden dywan, a w oknach wisiała odwieczna zasłonka w kratę. Całość zwieńczał ogromny fotel, w którym Krysia spędzała prawie każdą wolną chwilę z laptopem albo z książką.
Zerknęła z powrotem na dziadka. 
– I babcia wie, że pan tu mieszka?
– Możesz jej zapytać, jak mi nie wierzysz.
Krysia bardzo wątpiła w to, żeby babcia zapomniała jej powiedzieć o obecności jakiegoś ususzonego starca pod ich dachem, ale postanowiła przez chwilę pozwolić mu sądzić, że mu wierzyła. Zaczynała myśleć, że mógł wyjść z domu i w napadzie demencji starczej uważać, że mieszka z jej babcią. Mógł być kimś ze wsi. Może to jakiś sąsiad, zastanawiała się Krysia, obrzucając go badawczym spojrzeniem. Grzebała w pamięci, ale nie przypominała sobie nikogo o tak kuriozalnym wyglądzie.
– Dobrze, ale nawet – położyła nacisk na to słowo – jeśli pan tu mieszka, to nie życzę sobie, żeby pan tu wchodził jak śpię.
– A to kiedy mam sprzątać ci pokój?
Krysia zagryzła zęby. Czy to był jakiś nowy, pokręcony sposób wymyślony przez babcię, żeby zmusić ją do obsesyjnego pedantyzmu?
– Sama tu sprzątam, nie potrzebuję niczyjej pomocy – burknęła. – Może pan sobie iść.
– Sama? Czy chociaż raz wytarłaś z tych półek kurz? Czy chociaż raz otworzyłaś te szufladki, żeby je przetrzeć?
Krysia poczuła, że robi się czerwona. No, tego jeszcze brakowało, żeby jakiś nadęty staruch mówił jej jak ma żyć!
– Niech pan sobie już idzie – wymamrotała, pokazując drzwi. – Do widzenia.
Ku jej zdumieniu starzec wytknął jej język, ale zanim zdążyła zareagować – już go nie było. Musiał wyjść bardzo szybko przez te drzwi, bo Krysia odniosła dziwne wrażenie, jakby po prostu zniknął. Znowu poczuła się senna. Usiadła na łóżku, myśląc o tym, żeby iść do babci… trzeba było z nią koniecznie pogadać…
Obudziła się o dziewiątej. Leżała pod kołdrą, z głową ułożoną na poduszce. Wtedy wróciło do niej wspomnienie staruszka. Zerwała się i rozejrzała nerwowo po pokoju. Nigdzie go nie było. Przyśniło mi się, pomyślała z ulgą.
Wyszła z łóżka i schyliła się do podłogi, gdzie, jak jej się zdawało, wczoraj zostawiła swoje ciuchy. Nie znalazła tam jednak niczego. Ubrania leżały poukładane w kostkę na fotelu. Musiałam je jednak poskładać, pomyślała zaniepokojona zamglonymi wspomnieniami z poprzedniego wieczoru.
– Cześć – rzuciła Krysia, wchodząc do kuchni. Na gazie już gotowało się apetycznie pachnące mastyło, a na stole stała wielka miska z malinami i jeżynami. Widocznie rano ktoś musiał je przynieść do babci, bo przecież nie wstałaby o piątej, żeby iść je zrywać.
– O, Krysia. – Babcia uśmiechnęła się na jej widok. Siedziała przy stole i w staromodnych okularach rozwiązywała krzyżówkę. – Nałóż śniadanie.
Krysia wróciła do stołu z dwoma miseczkami mastyła. Do swojej dodała miodu i owoce. Już miała ją jeść – nabrała trochę łyżką – gdy nagle do kuchni wszedł ten zasuszony staruszek. Chociaż Krysia go już widziała, i tak dała się zaskoczyć. Z łoskotem upuściła łyżkę prosto na podłogę, zrywając się z krzesła.
– No, pięknie się żeś popisała! – westchnął skrzekliwie dziadek. – To pani Józia się nagotuje dla ciebie, a ty takie numery odstawiasz!
– Cicho bądź – odparła babcia, nie podnosząc nawet oczu znad krzyżówki. – Krysia, potem to sprzątniesz. Jedz póki ciepłe.
– Ale… ale… – Krysia czuła, że jej żołądek zaciska się mocno. Nie byłaby w stanie teraz niczego przełknąć.
– No, co? – babcia w końcu na nią spojrzała. Była ewidentnie rozbawiona.
– Kto to jest?
– Nie przedstawił się? Wstydź się. – Babcia spojrzała surowo na staruszka. – To Wasili. Ubożę w tym domu.
Krysia aż zaniemówiła. Wiedziała, czym jest ubożę. Wcześniej, gdy staruszek powiedział „domowik”, najwyraźniej przypadkiem wzięła to za słowo „domownik”.
Praca licencjacka na „sztuce pisania” była o tyle specyficzna, że trzeba było się w niej wykazać kreatywnością (co nie było wskazane podczas pisania prac dyplomowych na innych kierunkach). Jako, ze Krysia swoją pracę pisała o „Darach bogów” Witolda Jabłońskiego, musiała część kreatywną również umieścić w słowiańskich realiach. Przekopała całą literaturę w tym temacie i poznała wszystkie istoty ze słowiańskich wierzeń, wliczając w to ubożęta.
– Przecież… Nie rozumiem – wykrztusiła w końcu. – To istota ze słowiańskich wierzeń. Ona nie może tak po prostu istnieć.
– Jestem tu! Czy ty masz jakąkolwiek wrażliwość? – zapytał Wasili, świdrując ją wzrokiem.
– Istnieje. Umówmy się, że porozmawiamy o tym po śniadaniu, bo jestem głodna i będę zła, jeśli będę musiała jeść zimne mastyło – powiedziała spokojnie babcia, po czym skinęła w stronę jej miski. – Jedz.
Krysia z trudem przełknęła jedzenie, starając się nie zwracać uwagi na Wasiliego, który – cicho, to fakt – krzątał się po kuchni. Jej wzrok mimowolnie kierował się w tamtą stronę. W głowie miała taki mętlik, że nie próbowała nawet nad nim zapanować. Znała ten stan z innych sytuacji i wiedziała, że najlepiej pozwolić myślom swobodnie płynąć przez umysł – aż się wyszumią.
Babcia skończyła jeść. Krysia zaczynała już sądzić, że babcia celowo przeciąga śniadanie, żeby tylko odwlec ich rozmowę.
– Wasili, możesz zająć się moim pokojem, proszę? – zapytała uprzejmie staruszka, który właśnie bezceremonialnie wyjadał resztkę owsianki z garnka. – Muszę porozmawiać z Krysią.
– Jasne, pani Józiu.
I zniknął. Krysia nie wmawiała sobie tym razem, że bardzo szybko się przemieszczał – po prostu musiała uwierzyć w to, że się teleportował.
– No dobrze. Wczoraj, jak pamiętasz, podałam ci taki napar. To specjalny napar, który pozwala przez jakiś czas widzieć nieco więcej, niż pozwalają ci na to twoje współczesne oczy, że tak to ujmę – powiedziała babcia. – Jeśli masz dar widzenia, to już zawsze będziesz widzieć więcej. Napar działa wówczas jak iskra, od której rozpala się płomień. Jeśli nie masz daru, to jutro przestaniesz widzieć Wasiliego. To będzie znaczyło, że nie będziesz mogła mi pomagać. Ale myślę, że masz dar, bo jednak jesteś moją wnuczką.
Krysia spojrzała na babcię z niedowierzaniem.
– To ma znaczyć, że Wasili naprawdę istnieje? Ubożęta istnieją?
– Zawsze istniały, ale mogą je zobaczyć tylko ci, którzy w nie wierzą… i mają dar widzenia. Ty go widziałaś. Wierzysz już w niego. Przekonamy się jeszcze, czy masz dar.
Krysia wzięła głęboki wdech.
– A co z innymi słowiańskimi istotami?
– Także istnieją. Nie wszystkie, ale spora część… jak najbardziej – uśmiechnęła się babcia. – No i właśnie po to cię potrzebuję. Ludzie z wioski często mają problemy, które zawdzięczają słowiańskim demonom, tylko o tym nie wiedzą. Ja im pomagam, nie wchodząc przy tym w szczegóły. Po co miałabym biednym ludziom mącić w głowie? Ale nie mam już tej siły i krzepy co kiedyś… twoja pomoc byłaby mi naprawdę przydatna.
– A na czym ta pomoc miałaby polegać? – zapytała Krysia, wyobrażając sobie krwawą bitwę ze słowiańskim demonem, w której w brutalny sposób traci życie. Krysia wiedziała, że przegrałaby w walce z ośmioletnim dzieckiem, a co dopiero z potężną, magiczną istotą.
– Nauczyłabym cię. Mnie uczyła moja mama, a ją z kolei jej mama, moja babka.
Krysia uniosła brwi ze zdumienia.
– To jest w naszej rodzinie od pokoleń? Jak to możliwe? Mama nigdy nic nie wspominała…
– Twoja mama uważała to za rodzinne przekleństwo. Wyjechała z domu, gdy tylko otrzymała dyplom maturalny. Od tego czasu nigdy nie przyjechała tu na dłużej niż na jedno popołudnie.
Krysia wzdrygnęła się mimowolnie. Mama, jeśli już mówiła o rodzinnym domu, to zawsze z odrazą, przez co Krysia też nieszczególnie lubiła tu przyjeżdżać.
– Tata próbował namówić mamę do lepszego kontaktu z tobą, ale zawsze kończyło się to awanturą – westchnęła.
Babcia wzruszyła ramionami i odwróciła wzrok. Po długiej chwili milczenia podsunęła Krysi zardzewiałe metalowe pudełko, które jakimś cudem znalazło się nagle na stole.
– Otwórz – powiedziała cicho. Głos jej lekko drżał.
Krysia uchyliła wieko z takim wrażeniem, jakby wchodziła do szafy prowadzącej do Narni.
W środku nie było jednak niczego nadzwyczajnego – brudna szmaciana lalka z wyhaftowanym „Olena” na fartuszku, para malutkich dziecięcych trzewików i kilka pożółkłych, czarno-białych zdjęć. Na samym wierzchu leżał wizerunek młodej blondynki w ciąży, trzymającej za rękę naburmuszoną, małą dziewczynkę.
– To ja z twoją mamą – szepnęła babcia. – Miała sześć lat. To były moje urodziny.
– Kto robił to zdjęcie? – zapytała Krysia, mając nadzieję, że dowie się czegoś więcej o tajemniczym dziadku.
– Mój ojciec. To było kilka tygodni po tym, jak uciekłam od męża.
Krysia podniosła zdumione spojrzenie na babcię.
– Myślałam, że to dziadek cię zostawił!
– Tak ci mama powiedziała? – zapytała babcia z przekąsem. – Twój dziadek nie należał do wiernych mężów. Ciągle sprowadzał sobie kobiety. Twoja mama urosła, zaczęła w końcu zadawać pytania… a ja nie mogłam tego już wytrzymać. Wróciłam najpierw na trochę do rodziców, a potem, żeby mnie dziadek nie znalazł, wyjechałam z Lublina. Wybrałam Łódź ze względu na przemysł włókienniczy. Łatwo tu było krawcowej znaleźć pracę.
Krysia zerknęła wymownie na zdjęcie. Mama zawsze mówiła, że była jedynaczką, a ta fotografia wyraźnie wskazywała na coś innego.
– Byłam w ciąży, ale mój synek urodził się martwy. To jego buciki są w pudełku – wymamrotała, po czym odchrząknęła głośno. – Zobacz pozostałe zdjęcia.
Krysia uścisnęła babciną dłoń, po czym wyciągnęła resztę fotografii. Przedstawiały te same pięć osób na różnych etapach życia: najpierw zdjęcie ślubne młodego małżeństwa, potem tą samą parę z dwójką małych dzieci, aż w końcu z trójką dzieci, gdzie dwoje starszych było już dorosłe, a najmłodsze – dziewczynka z białymi włosami – miała może trzy czy cztery lata. Stali w piątkę na tle staromodnego domu.
– Byłaś najmłodsza? – odgadła Krysia, uśmiechając się do małej dziewczynki na zdjęciu.
– Tak. To jedyne zdjęcie całej mojej rodziny.
Krysia zerknęła na nie jeszcze raz. Wiedziała, że babcia miała brata, który zmarł, gdy Krysia była mała, ale nie słyszała nigdy o siostrze.
– To twoje rodzeństwo?
– Tak. Byli bliźniętami – Bohdan i Olena. Gdy jeszcze mieszkaliśmy w Jasełce, na Olenę napadli wojskowi, którzy stacjonowali pod wioską w czasie wojny. Zarazili ją kiłą. Umarła po kilku miesiącach. Ostatni raz byłam na jej grobie jeszcze zanim nas wysiedlili, przed akcją „Wisła”.
Krysia wyprostowała się wstrząśnięta. Jak to się stało, że mama nigdy o tym nie mówiła?
– Bardzo mi przykro – szepnęła Krysia. Babcia uśmiechnęła się do niej cierpko.
– Czasami tęsknię za tamtymi stronami – westchnęła babcia. – Rusińska krew lubi góry. No i tam o wiele łatwiej było pomagać ludziom, bo większość wierzyła w demony.
– Rusińska? – Krysia uniosła brwi. – To nasza rodzina jest z Rosji?
– Z Rusi, moje dziecko, to co innego. Konkretnie z Łemkowszczyzny. Chyba tak się teraz nazywa te rejony. Czy ty myślałaś, że wszyscy jedzą homiłki na Zielone Świątki i mastyło na śniadanie?
– No… tak – odparła Krysia, zdezorientowana.
– A skąd, to lokalna kuchnia Rusinów. Niestety poza kuchnią niewiele już mi zostało z tego dziedzictwa. Mówię po rusińsku, ale nie umiem pisać w tym języku.
Krysia była oniemiała. Mama niechętnie mówiła o swoim dzieciństwie i korzeniach. To wszystko było dla niej nowością.
Najbardziej drażniło ją teraz to, że mama na pewno wiedziała nie tylko o nietuzinkowej rodzinnej historii, ale także o słowiańskich istotach i nigdy nie raczyła o tym wspomnieć. To było dla niej typowe: często udawała, że coś nie istnieje, jeśli to jej nie odpowiadało. Kiedy tata zmienił pracę – rzucił dyrektorską posadę i zajął się swoją pasją (ogrodnictwem) na pełen etat – udawała, że nadal jest menadżerem w międzynarodowej firmie. Ignorowała wszystko, co mówił o nowej pracy i w dalszym ciągu opowiadała koleżankom o tym, jak mu się świetnie powodziło w pracy w korporacji. Krysia zastanawiała się czy teraz, gdy nie żył, mama miała czasem z tego powodu wyrzuty sumienia.
– Czy mama miała dar widzenia? – zapytała Krysia po chwili.
– Nie wiem. Nigdy nie zgodziła się napić tego wywaru, który ci podałam. Ale ty widzisz i jestem pewna, że masz dar. To dobrze. Przejmiesz po mnie fach.
Krysia wytrzeszczyła oczy.
– Ale ja… zamierzałam pisać…
– Przecież nie mówię, że masz się tym zajmować od świtu do nocy – zaśmiała się babcia. – Wystarczy, że będziesz wiedziała, kiedy i jak komuś pomóc. Wszystkiego cię nauczę. Jesteś bardzo mądrą dziewczyną, poradzisz sobie śpiewająco.
Krysia nadal nie czuła się przekonana. Nie przyjechała tu po to, żeby zostać lokalną wiedźmą. Babcia miała zaledwie osiemdziesiąt pięć lat i Krysia zamierzała jej po prostu pomagać z domem, a wieczorami pisać. Nie sądziła, żeby nadawała się na pogromczynię demonów i zielarkę.
– Chociaż spróbuj – westchnęła babcia, widząc jej minę. – Co ci szkodzi?
– No dobrze – odparła Krysia niechętnie, uciszając lęk. – Mogę spróbować, ale nic nie obiecuję. Mam naturalny talent do zawalania różnych rzeczy.
– Nie gadaj tak. Porażki i błędy budują doświadczenie. Ci, którzy ich nie popełniają, niczego się nie uczą o życiu. – Babcia machnęła lekceważąco ręką, po czym zakasała rękawy. – Wobec tego po obiedzie pouczymy się o ziołach. Rosną w ocienionej części ogrodu. Przynieś ze sobą jakiś notes, bo trochę tego będzie.
Krysia kiwnęła głową. Przynajmniej dowiem się czegoś ciekawego, pocieszała się w duchu. Poza tym, babcia będzie jeszcze na pewno długo żyła. Może nigdy nie będę musiała wykorzystywać tej wiedzy.
Z tym pozytywnym nastawieniem tego popołudnia Krysia uczyła się, które zioła chronią przez konkretnymi istotami. Rysowała łodygi i liście z lekkim sercem, nie wyobrażając sobie, że już za kilka dni będzie musiała skorzystać z tych notatek.

* w zasadzie, nie istnieje takie słowo jak „duraleksowski”, ale w potocznej mowie się go używa, więc ja też sobie na to – wyjątkowo – pozwoliłam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *