[Odcinek 10] Żywia

Pierwszego grudnia tego zwariowanego roku w Sokolnikach o trzeciej nad ranem zaczął padać śnieg, a gdy leśne runo schowało się pod puchową, białą kołdrą, temperatura spadła jeszcze bardziej. W efekcie, gdy Krysia się obudziła o szóstej, musiała zbiec na dół do piwnicy po drewno, bo w domu zrobiło się potwornie zimno.
– Wszystko okej? – zapytał Dominik, gdy wróciła na górę z dodatkowym kocem.
Owinęła się nim i usiadła przy biurku.
– Tak, musiałam napalić w kominku. Mróz się zrobił straszny – mruknęła. – Ale nie wracam już do spania.
Po namyśle zabrała jednak laptopa na dół, do kuchni, gdzie niezmiennie zasłonki w kolorową kratkę wpuszczały pierwsze światło szarego poranka.
– Dzień dobry. – Wasili pojawił się w drzwiach.
– Cześć. Herbaty? – Uniosła do góry dzbanek, w którym zamierzała zagotować wodę.
– Nie trzeba. Co to był wczoraj za chleb? – zapytał, po czym spuścił głowę. – Pytam, bo okruszki były przepyszne.
Krysia uśmiechnęła się z zadowoleniem.
– Sama piekłam. Orkiszowy z pokrzywą. Dominikowi też smakował. Jeszcze trochę jest, możesz zjeść, jak chcesz, tylko że może być już nieco twardawy.
– Taki jest najlepszy – burknął, chwytając owinięty w lnianą ściereczkę kawałek bohenka. – Dziękuję, pani Krysiu.
Krysia kiwnęła tylko głową. Myślami skupiła się już na nowej książce, którą zaczęła ostatnio pisać.
Pierwszego grudnia tego zwariowanego roku w Sokolnikach o trzeciej nad ranem zaczął padać śnieg, a gdy leśne runo schowało się pod puchową, białą kołdrą, temperatura spadła jeszcze bardziej. W efekcie, gdy Krysia się obudziła o szóstej, musiała zbiec na dół do piwnicy po drewno, bo w domu zrobiło się potwornie zimno.
– Wszystko okej? – zapytał Dominik, gdy wróciła na górę z dodatkowym kocem.
Owinęła się nim i usiadła przy biurku.
– Tak, musiałam napalić w kominku. Mróz się zrobił straszny – mruknęła. – Ale nie wracam już do spania.
Po namyśle zabrała jednak laptopa na dół, do kuchni, gdzie niezmiennie zasłonki w kolorową kratkę wpuszczały pierwsze światło szarego poranka.
– Dzień dobry. – Wasili pojawił się w drzwiach.
– Cześć. Herbaty? – Uniosła do góry dzbanek, w którym zamierzała zagotować wodę.
– Nie trzeba. Co to był wczoraj za chleb? – zapytał, po czym spuścił głowę. – Pytam, bo okruszki były przepyszne.
Krysia uśmiechnęła się z zadowoleniem.
– Sama piekłam. Orkiszowy z pokrzywą. Dominikowi też smakował. Jeszcze trochę jest, możesz zjeść, jak chcesz, tylko że może być już nieco twardawy.
– Taki jest najlepszy – burknął, chwytając owinięty w lnianą ściereczkę kawałek bohenka. – Dziękuję, pani Krysiu.
Krysia kiwnęła tylko głową. Myślami skupiła się już na nowej książce, którą zaczęła ostatnio pisać.
Tymczasem gdzieś z tyłu głowy czuła, że coś ją rozprasza. Coś nie pozwalało jej się skupić, jakiś szept czy szelest czy licho wie co… W końcu zwerbalizowało się. To było dziwne przeczucie, jakby miało się coś zdarzyć, chociaż świat dopiero z czerni płynnie przechodził w ciężką szarość, a słońce zdawało się bardzo niechętnie budzić do życia. Wyjrzała za okno, odrywając wzrok od laptopa. Było zbyt ciemno jeszcze, by dojrzeć coś wyraźnie, ale jedno ją zaniepokoiło. Otoczenie zdawało się tkwić w niecodziennym bezruchu. Raczej nie jest to częsty widok w lesie, gdzie zawsze przeleci jakiś ptak, przeskoczy wiewiórka albo wiatr zaplącze się niechcący między gałęziami któregoś z drzew. Tym razem las po prostu trwał nieruchomo, jakby był rzeźbą, a nie żywym organizmem. Krysia zmarszczyła czoło, jej myśli galopowała, aż po chwili otworzyła oczy szerzej, czując ciarki. Czy to możliwe że leszy po nią wrócił?
Jeśli tak było, nie wejdzie do niej to domu. Wiedziała, że nie mógł, o ile nie został zaproszony.
Zacisnęła szczęki. Nie zamierzała dać się straszyć. Cokolwiek tam na nią czyhało, powinna się z tym zmierzyć twarzą w twarz. Dlatego założyła grubą, puchową kurtkę, śniegowce i wyszła na dwór, owinąwszy buzię szalikiem. 
Poszła prosto do lasu. Weszła do niego, nie oglądając się za siebie i przemaszerowała kawałek.
– Jestem – mruknęła. Obłoczek z pary uniósł się na wysokości jej ust. – Czego chcesz?
Zaczynało jej być zimno. Odwaga nie potrafiła ogrzewać zbyt długo. Cienkie legginsy, które wystawały spod kurtki na łydkach, nie osłaniały zbyt dobrze ciała. 
– Słuchaj, ja tu zamarzam – zirytowała się. – Czego chcesz? 
W końcu się poddała. Skoro nie chciał rozmawiać, to nie zamierzała robić z siebie idiotki.
– Jak wolisz – warknęła. 
Odwróciła się plecami do lasu i wtedy to usłyszała. Łamana gałąź i trzask lodu dało się wyraźnie słyszeć. To nie mógł być leszy – on poruszał się bezszelestnie. Prawdopodobnie to był inny człowiek.
Krysia zachłysnęła się powietrzem i cofnęła o krok, a następnie obróciła na pięcie.  Wybiegła z lasu w tempie, jakiego się po sobie nie spodziewała. Dopiero, gdy była już w kuchni, owinięta dwoma kocami i popijała herbatę, uświadomiła sobie, jak absurdalne to było – mniej bała się potężnych demonów, niż zwykłych ludzi.
Siedziała tak przez długi czas, nie mogąc się już na niczym skupić. Ktokolwiek był w tym lesie, musiał ją zauważyć. Musiał ją obserwować. Może w ogóle patrzył na jej dom, albo ją śledził?
Nie popadajmy w paranoję, powiedziała sobie w myślach, ale lęk wciąż podsuwał jej coraz to bardziej niewygodne pomysły.
– Wszystko okej? – Głos Dominika tak ją zaskoczył, że podskoczyła na miejscu. – Spokojnie!
Krysia wypuściła z siebie powietrze.
– Jestem spokojna – mruknęła nieprzekonująco.
– I niby ja mam w to uwierzyć? – Dominik pokręcił głową. – Jesteś spięta, i to bardzo. Coś się stało?
Krysia przygryzła wargę. Tak naprawdę nie miała żadnych twardych dowód na to, że wystraszyło ją coś innego niż trzask gałęzi w lesie.
– Ja…
– To przez ten e-mail? – wskazał palcem na ekran otwartego laptopa.
– Jaki e-mail? – zdziwiła się, podchodząc od komputera.
Wydała z siebie zduszony okrzyk, gdy zobaczyła tytuł wiadomości.
– No, otwórz – powiedział, uśmiechając się. – Sam jestem ciekaw.
– Stresuję się – jękneła, odwracając głowę. – Przeczytaj ty i mi powiesz.
Dominik uniósł brwi.
– Serio? To ja mam się pierwszy dowiedzieć, czy twoja książka zostanie wydana? – parskął. – Czy to nie jest twoje marzenie życia, albo coś w tym stylu?
– Masz rację – przyznała. – Okej… otwieram…
Przeczytała pierwsze kilka zdań, ale nic nie zrozumiała. Więc przeczytała jeszcze raz, a potem znowu, aż w końcu do niej dotarło.
Dominik czekał już z otwartymi ramionami, w które Krysia wpadła jak torpeda.
– Musimy to jakoś uczcić – powiedział. – Jakiś pomysł? Masz na coś ochotę?
– Moglibyśmy pojechać do restauracji, gdyby nie były zamknięte – westchnęła.
– No tak. Możliwości są ograniczone przez pandemię.
– Może po prostu zaproszę Marysię wcześniej? Nie musi przecież przyjeżdżać z mamą dopiero w Wigilię, może dojechać pociągiem do Łodzi, a ja po nią wyjadę gratem na dworzec – odparła. – I babcia by przyszła. Zrobimy kolację.
– Skoro tak chcesz – uśmiechnął się. – Chociaż, czy grat mojego taty przedrze się przez zaspy śnieżne… nie jestem pewien. Ale można spróbować.
Pokiwała głową.
Euforia związana z porannym sukcesem na jakiś czas wyrzuciła z jej umysłu niepokój, ale wrócił do niej wieczorem, gdy znowu musiała wyjść z domu. Chwila w ogrodzie sprawiła, że lęk uderzył ją z siłą młota prosto w brzuch.
– Spokojnie – powiedziała sama do siebie.
Zmrużyła oczy, ale w czarnej otchłani lasu trudno było coś zobaczyć. Drzewa zlewały się ze sobą, a wiatr wył tak głośno, że poza nim nie dało się niczego usłyszeć. Nawet jeśli ktoś ją obserwował, to nie miała szansy go zauważyć w tych warunkach.
– Masz minę, jakbyś zobaczyła ducha – powiedział Dominik, gdy wróciła do domu.
– To dlatego, że rano w lesie ktoś mnie obserwował – przyznała. – Przypomniałam sobie teraz.
– Dopiero teraz mi o tym mówisz? – burknął. – Jesteś pewna, że ci się nie zdawało?
– Raczej tak, weszłam tam rano i za moimi plecami ktoś nadepnął na gałąź albo na lód, bo trzasnęło…
Dominik wytrzeszczył oczy.
– Czy to może być coś… no wiesz… magicznego?
– Wątpię. Demony chodzą bezdźwięcznie – westchnęła. – Co jest jeszcze gorsze. Trzeba założyć, że to był człowiek.
– Ale kto mógłby cię śledzić?
– A bo ja wiem? Może ktoś w końcu się dowiedział o tym, że jestem trochę… inna i chce mi zrobić krzywdę? Albo mnie porwać do jakiegoś laboratorium objętego tajemnicą wojskową?
Krysia nie wiedziała, czemu to powiedziała – nie wierzyła w to, ale i tak wydobyło się z jej ust. Dominik zmarszczył najpierw czoło, ale po chwilę wybuchł śmiechem.
– Na pewno nic z tych rzeczy. Raczej myślałbym o zupełnie zwyczajnych złodziejach – wzruszyła ramionami. – Powinnaś mniej seriali oglądać na Netflixie.
Zrobiło jej się głupio. Nawet przez chwilę nie pomyślała o złodziejach, chociaż to było bardzo prawdopodobne. Mieszkała sama w dużym domu, a odkąd babcia się wyprowadziła kupiła trochę nowych mebli i telewizor, bo babcia swój zabrała ze sobą. Często wychodziła na dwór z laptopem, jak nie było bardzo mroźno. Złodzieje mogli łatwo podpatrzyć, co warto było ukraść.
– Pewnie masz rację – przyznała niechętnie.
– To nie znaczy, że można olać sprawę – dodał. – Pomyślimy o jakimś systemie antywłamaniowym. 
– To brzmi drogo – odparła.
Uścisnął lekko jej dłoń.
– Zrzucimy się – uśmiechnął się.
Krysia zamrugała szybko oczami.
– Ale ty tu nie mieszkasz… na stałe – wydukała. – Przecież jak wyremontują twój dom, to…
– …go sprzedam. No chyba, że nie chcesz, żebym zostawał.
Zawahała się, ale w głębi wiedziała dobrze, że nie wyobrażała sobie już mieszkać bez niego.
– Chcę – szepnęła. – Dziękuję.
– Nie dziękuj. – Przytulił ją.
Następnego dnia poranek był bardziej mroźny, ale też bardziej przejrzysty. Gdy Krysia podeszła do okna, zachłysnęła się powietrzem.
Na skraju lasu ktoś stał. Widziała tylko cień tej osoby, wyraźnie odznaczający się na tle ośnieżnionych obficie gałęzi. Nie był to cień, jakiego spodziewała się po złodzieju – no chyba, że złodziej był zgarbionym staruszkiem opartym o laskę. Być może ktoś się zgubił w lesie i potrzebował pomocy.
Nie zwracając uwagi na ubiór, Krysia wybiegła na dwór. Jej kapcie na bosych stopach zapadły się w śniegu, a drzewo,  o które zahaczyła ramienienim, sypnęło na nią trochę sopli lodu, które zaplątały się w jej włosach.
Zmrużyła oczy. Niczego nie mogła dostrzec pośród oszronionej gęstwiny.
– Halo? – krzyknęła.
Cienia jednak już nie było, a przynajmniej z tej perspektywy nie było go widać. Zaszczękała zębami.
– Ktoś tam jest? – Podeszła bliżej, a ”jest” odbiło się echem po drzewach.
Nie dostała jednak żadnej odpowiedzi. Syknęła pod nosem – stopy zaczynały jej drętwieć z bólu. Wróciła do drzwi, z zaskoczeniem zauważając, że są niedomknięte. Była pewna, że je zamykała – tak duży dom było trudno ogrzać, więc zawsze to robiła. Czy to możliwe, że zamek nie trzymał przez mróz?
– Cholera – mruknęła, wchodząc do środka. Jeszcze tylko tego brakowało, żeby musiała powymieniać zamki w drzwiach.
Zdjęła mokre kapcie i spodnie dresowe. Po namyśle owinęła także ręcznikiem zwilgotniałe włosy.
Nie miała na dole żadnych ubrań, a nie czuła się komfortowo chodząc po domu w samej bieliźnie – po pierwsze, nie we wszystkich oknach wisiały firanki, a po drugie – zawsze mógł pojawić się Wasili.
Czy babcia nie mówiła, że gdzieś w szafie w przedpokoju są jej stare ubrania? pomyślała Krysia, przeglądając ręczniki na dolnej półce.
Znalazła pudło z podpisem ”ubrania” dopiero wyżej. Było mocno zakurzone, a pobliskie ”Zakłady Przemysłu Bawełnianego Morfeo”, z których pochodził karton, nie działały od przynajmniej dwudziestu lat.
Krysia zdjęła go ostrożnie i podstawiła na podłodze. Otworzyła skrzydła, rozpylając w powietrzu wieloletni kurz. Wyciągnęła pierwsze, co znalazła w pudle, to fartuch. Był dziwnie uszyty, jakby trzeba było go wiązać z przodu. Następna była wyblakła, ogromna chusta w kwiaty. Krysia odłożyła ją na bok, czując pod dłonią lniany materiał.
To była sukienka, a może powinna nazywać to suknią? Była długa do ziemi i miała długi rękaw. W okolicy talii była lekko zwężana, w miejscu, gdzie biegł szew. Z tyłu, na plecach, była zapinana na drewniane guziki i miała dodatkowe wiązanie z tyłu. W okolicy mankietów i rąbka spódnicy miała naszyty haft brązową nicią. Cała była w kolorze naturalnego lnu.
Krysia przetrzepała ją pospiesznie, po czym zdjęła bluzę i założyła sukienkę. Pasowała na nią! Przejrzała się w lustrze. Była tak podobna do babci w tym ubraniu – do babci ze zdjęć z okresu po wojnie – nie mogła się nadziwić.
Po namyśle uznała, że sukienka prawdopodobnie tworzy komplet z fartuchem, który też był lniany, więc spróbowała go na sobie jakoś zawiązać.
W pudle było jeszcze kilka rzeczy. Wzięła je pod pachę, po czym schowała karton i zamknęła szafę. Trzeba było je wyprać. Zresztą, sukienkę, którą założyła, też powinna wyprać, co niezwłocznie zrobi, gdy Dominik wstanie i będzie mogła się przebrać w coś innego.
Po drodze do łazienki musiała przejść przez kuchnię, a tam upuściła ubrania na podłogę.
W kuchni siedziała dziwna staruszka, której na pewno tu nie było, gdy wychodziła z domu. Dodatkowo gapiła się na Krysię. Jej oczy były mętne, pokryte pajęczyną przeżytych lat, ale mimo wszystko dało się dojrzeć kolor tęczówek. Był ciemnozielony, jak mech pokrywający drzewa w lesie, ale miał też w sobie ziemistość wilgotnej ściółki, pełnej odłamków kory i sosnowych igieł.
– Kim pani jest? – wymamrotała Krysia, z trudem pokonując paraliż, jaki dopadł jej struny głosowe.
Był to bardziej szok, niż lęk – trudno było się przestraszyć takiej zgarbionej staruszki, która dodatkowo siedziała zgarbiona.
– Naprawdę nie wiesz, kim jestem? – spytała. Głos, którym przemówiła, był zaskakująco jasny, jakby należał do kogoś innego, młodszego. Jej spojrzenie, choć uwięzione w zmętniałych oczach, zdawało się być zaskakująco bystre.
– Weszła pani do mojego domu. Nie zaprosiłam pani – odparła Krysia. Po chwili ją olśniło. – Pani musi być jakąś znajomą babci. Tak?
W uśmiechu staruszki pokazało się wybrakowane uzębienie.
– Twoja babcia mnie zna. Nie mieszka tu już, prawda? Zmarła?
– Ale skąd, po prostu wyszła za mąż. Mieszka przy tej samej ulicy, tylko dalej, numer czterdzieści sześć – powiedziała cicho. – I radziłabym zapukać. Mąż babci wezwie policję, jak pani tak wejdzie do jego domu.
Staruszka zaśmiała się. Jej śmiech był ładny, dźwięczny, pociągający – jak śmiech młodej dzeiwczyny. Krysia zmarszczyła brwi. Kontrast między głosem i zachowaniem kobiety, a jej wyglądem, pogłębiał się z każdą kolejną minutą.
– Poradzę sobie, ale doceniam troskę – mruknęła. – Wyglądasz jak Józka, kropka w kropkę. Tylko ona miała ciemniejsze włosy.
– Dziękuję – burknęła Krysia.
Coś za jej plecami zaszeleściło. Odwróciła się gwałtownie, przestraszona, i spostrzegła Wasiliego. Stał wyprostowany, z wytrzeszczonymi oczami i dłonią zgniatającą foliowe opakowanie po kawie zbożowej. Trochę kawy wysypało się na podłogę, ale on nawet nie mrugnął. Wbijał spojrzenie w staruszkę.
Krysia jednak nie mogła się do niego odezwać w jej obecności.
– Potrzebuję wrócić do moich obowiązków – rzuciła Krysia pośpiesznie, w nadziei, że staruszka zrozumie aluzję i wyjdzie z jej domu.
– Ależ oczywiście – posłała jej bezzębny uśmiech. Wstała ze stęknięciem i, podpierając się o drewnianą laskę, ruszyła w stronę drzwi wyjściowych. W przedpokoju nagle obróciła się i spojrzała prosto na Wasiliego, który wciąż stał nieruchomo, jakby go ktoś wyciosał z kamienia.
– Jeszcze się spotkamy, Krystyno – powiedziała cicho i zniknęła za drzwiami domu, zanim Krysia zdążyła cokolwiek powiedzieć.
Wybiegła za nią na śnieg, przeklinając w duchu własną bezmyślność – zmoczyła w ten sposób już drugą parę kapci, a w dodatku staruszka zniknęła. Nie było jej widać na ulicy.
– Cholera! – syknęła pod nosem, rozglądając się raz jeszcze. – Nie mogła się zdematerializować!
– Niech pani wraca. – Cichy głos Wasiliego przebił się do jej świadomości zza jej pleców. – Przeziębi się pani.
Wróciła więc. Wasili już stał przy kuchence, gdzie gotowała się woda w czajniku. Krysia zdjęła mokre kapcie i owinęła je kocem. Zaciągnęła się ciepłym powietrzem, chcąc ogrzać się trochę, dzięki czemu odkryła, że w powietrzu unosiła się inna niż zwykle woń. Była specyficzna, ani przyjemna, ani nieprzyjemna.
– Czujesz to? – zapytała Wasiliego. – Nie dość, że wlazła mi do domu bez pozwolenia, to jeszcze rozniosła…
– Pani to czuje? – Głos Wasiliego zaniepokoił ją, więc zamilkła i spojrzała na niego. Był jeszcze bledszy niż zwykle. – A co pani czuje, pani Krysiu?
– No… herbatę – pokazała na kubek, który domowik właśnie postawił przed jej twarzą. – Ale też… jakby kompot wigilijny? I grzyby. I coś suchego… jakby kurz… – westchnęła. – Czemu pytasz? Musisz to czuć. Jest tak intensywne, że śmierdzi.
– To zapach magii – szepnął. – Starej magii, pani Krysiu.
Krysia zakrztusiła się herbatą. No tak, do diabła, już tylko tego jej brakowało w tym całym cyrku – jakiejś starej magii!
– Nie za bardzo wierzę w czary, Wasili – mruknęła, odchrząkując. – Widziałeś już wcześniej tą kobietę? To jakaś koleżanka babci?
– Pani Józia i pani Żywia się lubiły dawniej, ale potem się… pokłóciły – powiedział cicho.
– I po co by teraz wracała? Myślisz, że chce pieniędzy? – Krysia zmarszczyła czoło. Czy ta kobieta nie sądziła, że babcia nie żyje? Trudno przecież, żeby spodziewała się otrzymać jakieś pieniądze od nieznających jej potomków babci.
– Nie… myślę, że przyszła po panią, pani Krysiu.
– Co proszę?
Zmarszczyła czoło. Oczywiście Wasili się musiał mylić. Dodatkowo jego słowa zabrzmiały tak, jakby Krysia miała gdzieś odejść, a przecież się nigdzie nie wybierała.
– No przyszła po panią. Jak kiedyś po panią Józię – dodał, jakby to wszystko wyjaśniało. – Ale pani Józia nie miała tyle starej magii we krwi. Mówiłem pani Józi… mówiłem, że ona tu wróci. A pani Józia nie słuchała.
– Nic z tego nie rozumiem – zirytowała się Krysia. – O co chodzi?
Telefon zawibrował na stole, a Krysia podskoczyła.
– Mam nerwy w strzępach – mruknęła, sięgając po urządzenie. – Halo?
– Krysiu. – To był głos babci. Krysia od razu wiedziała, że coś było nie tak.
– Wszystko dobrze? Potrzebujesz pomocy?
– Nie… posłuchaj mnie uważnie i nie zadawaj pytań – powiedziała, a Krysia wydała z siebie pomruk niezadowolenia. – Nie ma czasu na fochy, dziecko, to ważne. Zamnkij dom i pod żadnym pozorem z niego nie wychodź, a już na pewno nie do lasu. Nikomu nie otwieraj. Jak tylko będę mogła, to przyjdę, ale Jacek jest chory… więc pewnie przyjdę po obiedzie dopiero. Będę mieć klucz. I niech Wasili nie odstępuje cię na krok, zrozumiałaś? To bardzo ważne. W razie czego będzie mógł cię ochronić.
Krysia nie musiała pytać, żeby wiedzieć, co było powodem tych dziwnych zaleceń.
– Dobrze – westchnęła. – Ale ta kobieta tu już była. Weszła tu bez zaproszenia.
– Drugi raz nie wejdzie. Ale dla pewności się pozamykaj – dodała i rozłączyła się.
– Nic nie rozumiem – jęknęła Krysia, opadając na krzesło. Spojrzała na Wasiliego, który wpatrywał się w nią szerokimi oczami. – Kim jest ta kobieta?
Wasili zrobił zmartwioną minę.
– To wiedźma. Na imię ma Żywia – powiedział. – Wolałbym, żeby pani Józia to opowiedziała. Ale proszę się nie bać, pani Żywia nie chce zrobić krzywdy. A przynajmniej nie w zwyczajowym tego słowa znaczeniu.
To zapewnienie tylko wzmogło niepokój, który narastał w Krysi.
– Świetnie – mruknęła.
– Co świetnie? – Głos Dominika rozbrzmiał gdzieś z tyłu.
Krysia odwróciła się, a gdy podszedł, przytuliła go mocno. Był jak kotwica na statku, w którym ciągle trzeba było łatać dziury.
– Na razie nic. Mam nadzieję – westchnęła. – Czujesz ten zapach?
Zmarszczył nos.
– Herbaty?
– Nie – skrzywiła się. – Mniejsza o to.
Przez cały dzień oczekiwała na babcię jak na szpilkach, z trudem wykonując jakąkolwiek pracę. Nie miała jej już dużo przed świętami – dwa felietony i jedno zlecenie copywriterskie – ale i tak ledwie je ruszyła. Gdy w końcu w zamku dało się słyszeć zgrzyt przekręcanego klucza, odetchnęła z ulgą.
– No nareszcie – wymamrotała tylko, pomagając babci się rozebrać. – Herbaty?
Babcia posłała jej wątły uśmiech.
– Nie trzeba – westchnęła, siadając na krześle. Dobrotliwe oczy spojrzały na Krysię, a gdy błysnęła w nich troska, skrzywiła się odruchowo.
– No to słucham – powiedziała.
– To nie takie proste. – Babcia odchrząknęła. – Liczyłam, że Żywia się nie zjawi po ciebie. Masz w sobie starą magię, Krysia, a to oznacza, że nie podda się tak łatwo jak ze mną.
– Kim jest ta cała Żywia? I co to, do cholery, jest stara magia?
– Żywia to… w pewnym sensie założycielka naszego rodu – powiedziała babcia, a Krysia zamarła.
Że co, proszę?
– To ile ona ma lat? – wydusiła Krysia.
– Dużo. Przypuszczam, że kilka tysięcy. Legedna głosi, że raz na tysiąc lat Żywia ma… hmmm… kontakt z ludźmi. Kiedy rodzi dziecko, jest to zawsze dziewczynka i zawsze wiedźma. Magia jej krwi płynie w żyłach następnych pokoleń, ale z czasem słabnie. W naszym przypadku mowa o przynajmniej tysiącu lat, ale najwyraźniej ta magia na nowo odżyła w tobie. Czemu… tego już nie wiem.
Krysia wsłuchiwała się w słowa babci w osłupieniu.
– Chcesz mi powiedzieć, że ona uprawia… czary?
– Można to tak nazwać. Czary albo starą magię. Tą samą, którą uprawiają demony, z jakimi miałaś już do czynienia. – Rzuciła Krysi badawcze spojrzenie. –  Wiem, że to szok. Nie przygotowałam cię, ale liczyłam, że ona nie wróci. Gdy przyszła po mnie… mieszkałam już tu i byłam po czterdziestce… powiedziała, że mam w sobie tylko odrobinę starej magii, ale to wystraczy.
Krysia prychnęła z irytacją. Te niedomówienia ją wykańczały.
– Wystarczy do czego?
– Do pójścia w jej ślady. Żywia chce kogoś na swoje miejsce. Powiedziała mi, że jest zmęczona. Od lat szuka takiej potomniki, która mogłaby przejąć jej, cóż, los – powiedziała cicho. – Nie wiem, czemu w ogóle zainteresowała się tobą. Już twoja matka nie miała żadnej magii we krwi. Nie wiem, jakim cudem ty miałabyś ją mieć…
– Mówiłem pani, że czuć od niej na milę – wtrącił się Wasili. – Starą magią, mam na myśli.
– To bez znaczenia! – wybuchła Krysia. Dłonie jej drżały. – Przecież nie pójdę z jakąś starą babą siedzieć w chatce na odludziu i zbierać zioła.
– A co niby robiłaś tutaj? – zaśmiała się babcia, ale po chwili spoważniała. – Problem w tym, kochanie, że jak ona cię wybierze, to nic nie zrobisz. Ona… chyba umrze… nie wiem, jak to wygląda. To pierwsza wiedźma.
– Nie rozumiem. Myślałam, że jest nieśmiertelna – zdziwiła się Krysia, czując, że mętlik w głowie zaczyna się rozkręcać jak jakaś chora karuzela.
– Dopóki korzysta z magii we krwi… tak. Nie da się jej zabić, nie może umrzeć – uśmiechnęła się babcia, ale był to smutny uśmiech. – Przypuszczam, że kiedy przestanie z niej korzystać, umrze bardzo szybko. Jest w końcu bardzo stara.
– To czemu po prostu nie da sobie spokoju, skoro jest zmęczona? Musi mieć jakąś następczynię?
– Dopóki żyje, żyje magia we krwi jej potomków. A to oznacza, że są takie kobiety, które mogą widzieć demony. Jakby umarła…
Krysia kiwnęła głową. Jakby umarła, to demony miałyby wspaniałą wyżerkę. Na ludziach.
– Ale… ja chciałam założyć rodzinę… jeśli bym żyła wiecznie, tak jak ona, to musiałabym patrzeć jak umiera cała moja rodzina. Nie chcę tego – szepnęła.
– Wiem. Jak myślisz, czemu wszystkie inne kobiety ją wyganiały? Nieśmiertelność to klątwa. Ona przez tyle lat żyła samotnie, żeby nie przywiązywać się do nikogo, zresztą ludzie się jej bali. Z czasem zaczęły o niej krążyć coraz straszniejsze legendy… że zjada dzieci…
Krysia zachłysnęła się powietrzem.
– Baba Jaga. To ona, prawda?
– Tak sądzę.
Przez chwilę chodziła po kuchni, bijąc się ze swoimi myślami. Czy byłaby gotowa wziąć na siebie takie brzemię? Mogłaby, teoretycznie, wybrać którąś ze swoich córek i przekazać jej magię. A może to byłoby tak straszne, że nie chciałaby obarczać tym swoich dzieci?
A co jeśli zamiast niej wybierze Marysię? W końcu Marysia mogła mieć też magię we krwi, była jej rodzoną siostrą. A co jeśli wróci znowu po jej córki?
– Dobrze, porozmawiam z nią – wymamrotała w końcu. – Nie ma sensu tego przeciągać. Jeśli to nie będę ja, to może wrócić po kogoś innego.
Babcia cofnęła się, zaskoczona.
– Jesteś tego pewna?
– Nie. Ale i tak chcę to zrobić – powiedziała już trochę mocniejszym głosem. – Po prostu otwórzmy drzwi. Myślę… myślę, że ona sama tu wejdzie.
I, nie czekając na pozwolenie, po prostu podeszła do drzwi i je otworzyła na oścież, pozwalając, by mróz uderzył ją w twarz. Stała tak przez chwilę, aż usłyszała zduszony okrzyk babci za plecami i wiedziała już, że ona tam jest.
Odwórciła się powoli. Każdą komórką ciała walczyła z obezwładniającym strachem.
– Witaj – uśmiechnęła się Żywia. Wyglądała zupełnie inaczej. Miała teraz powłokę młodej, zwyczajnej kobiety o włosach w kolorze bursztynu. – Krystyna.
– To ja – mruknęła Krysia. – Czemu chcesz wybrać mnie?
– Bo jesteś owocem sprzężenia. Ty i twoja siostra. To musi być któraś z was – powiedziała, urealniając najgorszą obawę Krysi. – Twoja matka ma we krwi starą magię i matka twojego ojca też ją miała. To pierwszy taki przypadek w historii świata. Matka twojego ojca miała tak słabą magię, że urodziła syna, a nie córkę.
Krysia zacisnęła usta. Jeśli ona się nie zgodzi, będzie musiała to zrobić Marysia.
– Nie chcę żyć samotnie – jęknęła. – Nie chcę żadnych czarów. Chcę normalne, zwykłe życie!
– Na pewno właśnie takie miałaś jako łowczyni demonów. – Żywia spojrzała na nią kpiąco. – Nie musisz być samotna. Nie musisz żyć tak długo jak ja. Możesz wybrać swoją córkę, a ona swoją. Ja tego nie zrobiłam, bo byłam głupia. Zawsze uważałam, że potrzebuję więcej czasu, że potrzebuję więcej przeżyć i doznań. Jeśli nie wpadniesz w tą pułapkę…
Krysia pokręciła głową.
– Nie wiem nic o magii – jęknęła.
– Coś tam wiesz. Leszy opowiedział mi o waszym spotkaniu. – Puściła do niej oczko, a Krysia spąsowiała. – Nauczę cię. Musisz tylko mi pozwolić.
Przygryzła wargę.
– To ogromna odpowiedzialność. Po prostu się boję, że nie sprostam.
Żywia zaśmiała się, kręcąc głową.
– Oczywiście, że sprostasz. – Nagle wstała, i chwyciła dłoń Krysi. – Będziesz musiała. Wybieram cię, Krystyno.
Krysia wyrwała swoją dłoń z jej, ale było już za późno – ziemia zdawała się drżeć pod jej stopami, nagle narosół wokół niej hałas.
Coś uderzyło w jej głowę, a może to ona uderzyła w coś głową. Otworzyła oczy, pozwalając, żeby oślepiło ją słońce.
Tuż przed twarzą zamajczyła buzia straszej kobiety w maseczce higienicznej.
– Od tego upału można zemdleć – powiedziała głośno do Krysi. – Dobrze się pani czuje?
Krysia, oszołomiona, rozejrzała się po otoczeniu. Siedziała w busie do Sokolnik, który wyruszył z dworca Kaliskiego w Łodzi. Miała na sobie letnie ciuchy. Był maj, a ona właśnie obroniła licencjat. Zerknęła za okno – koło busu właśnie na motorze śmignął barczysty facet. Coś zamajczyło w jej pamięci – coś miłego ze snu – ale nie była pewna co.
– Tak – mruknęła, wciąż czując się bardzo dziwnie po wybudzeniu. Intensywnie mrowiły ją dłonie, widocznie musiały zdrętwieć. – Chyba tak.
Oparła głowę z powrotem o szybę. Miała nadzieję, że chociaż wieczór u babci spędzi spokojniej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *