[Odcinek 2] Lunatyczka

Krysia otarła pot z czoła. Wyrywanie roślin z ziemi w ciężkim upale – o tym nie marzyła, gdy rzucała wygodne życie w mieście. Myślała o pięknych zachodach słońca na wsi, o szumiących sosnach i świerkach, które otaczały dom babci.
A tu, do jasnej cholery, przyszło jej jakieś chwasty wyrywać.
Koszulka przykleiła jej się do pleców, a włosy do twarzy. Dokładnie wtedy, gdy poczuła, że nowa strużka potu spływa jej zza ucha na obojczyk, ktoś zatrąbił sprzed domu.
Babcia nie wychodziła. Mogła wyjść do miasta, albo śpi, pomyślała Krysia ponuro i z grobową miną ruszyła w stronę furtki. Nie chciała, żeby mieszkańcy miasteczka oglądali ją w stanie maksymalnego spocenia, ale jak mus, to mus.
Ku swojemu zdumieniu zobaczyła przed furtką radiowóz. Serce zabiło jej mocniej, a chwilę później lekko ją zmroczyło. Czy coś się stało?, pomyślała spanikowana.
Podeszła do auta. Siedziała w nim młoda dziewczyna, może kilka lat starsza od Krysi, ubrana w policyjny mundur.
– O, dzień dobry – odezwała się kobieta, otwierając drzwiczki. Wysiadła i Krysia miała okazję lepiej się jej przyjrzeć. Wyglądała na wysportowaną, ale miała miłą, łagodną twarz i wzbudzające zazdrość gęste, lśniące loki w kolorze starego złota. – Pani musi być Krystyna.
– Tak, czy coś się stało? – Krysia miała na co dzień w nosie uprzejmość i grzeczność, a już na pewno nie zamierzała się na nią wysilać w – być może – kryzysowej sytuacji.
– Ależ skąd, ja przyjechałam do pani Józi. Zastałam ją?
– Nie wiem. – Krysia obejrzała się niepewnie. – Byłam w ogrodzie, nie wiem, czy babcia nie wyszła. Zaraz zerknę.
Babci w domu rzecz jasna nie było. Krysia zaklęła pod nosem i wróciła do furtki.
– Niestety wyszła z domu – westchnęła Krysia, ale zreflektowała się po chwili widząc, jak policjantce rzednie mina. – Ale niech pani wejdzie. Może zaczeka pani w środku, jest chłodniej, mamy lemoniadę.
Kobieta przez chwilę się wahała, ale w końcu żar z nieba przekonał ją do lemoniady.
– Może faktycznie lepiej zaczekać w środku – powiedziała z niepewnym uśmiechem.
Najwyraźniej nie była tu pierwszy raz, bo wiedziała gdzie jest kuchnia, i że babcia mydło do mycia rąk trzyma pod zlewem.
– Nie przedstawiła się pani – powiedziała Krysia, podając jej szklankę z chłodnym napojem.
– Nie pytała pani mnie o imię. Anna Jeż. Możemy przejść na ty, będzie chyba łatwiej – uśmiechnęła się dziewczyna. – Jesteś wnuczką pani Józi, prawda?
– Tak wyszło. – Krysia odwzajemniła uśmiech. Przez dwa tygodnie nie widziała na żywo nikogo poniżej osiemdziesiątego roku życia. Jakaś koleżanka w tym miejscu byłaby nie do pogardzenia, pomyślała. – A czemu w sumie przyjechałaś do babci? Może ja mogę ci pomóc.
– Aj, chyba nie – wymamrotała dziewczyna, przygryzając wargę. – To takie głupie… ale pani Józia umie pomóc w trudnych sytuacjach, gdzie zalecenia od lekarza są niezbyt skuteczne.
Krysia pokiwała głową. A więc to była po prostu klientka babci. Widocznie przyszła po jakieś zioła.
– Babcia mnie uczy korzystać z ziół, to nic strasznego. – Krysia posłała Ani pokrzepiający uśmiech. – Co to za problem? Może będę umiała pomóc i nie będziesz musiała czekać, aż babcia wróci.
Ania usiadła bliżej Krysi i przyjrzała jej się badawczo. Krysię aż przeszły dreszcze, tak dziwne to było wrażenie.
– Mam problem z lunatykowaniem. Poważny problem – westchnęła Ania. – Kładę się spać w swoim łóżku i budzę rano na zewnątrz, daleko od domu. Tata nie wierzy, że lunatykuję, myśli, że to pretekst, żeby się spotykać po nocy z Dominikiem. Dominik to młodszy syn grabarza, tata bardzo by chciał, żebym się z nim umawiała. – Ania uniosła brwi. – Ale to oczywiście bzdury. Byłam u dwóch lekarzy i ich zalecenia i leki mi nie pomogły.
Krysi zrzedła mina. Nie zdążyła jeszcze z babcią przerobić ziół związanych ze snem, ale pomyślała, że mimo wszystko warto dowiedzieć się jak najwięcej o przypadłości Ani.
– Wiesz co, zadam ci kilka pytań. To może ułatwi mi albo babci wymyślenie jakiegoś sposobu pomocy. Ten problem pojawia się co noc?
– Tak, od jakiegoś miesiąca. Ostatnio budzę się zawsze nad stawem sokolnickim, a mieszkam za kawiarenką „Kacprzaki”…
Krysia była we wsi tylko kilka razy, ale wiedziała, że te miejsca dzieli przynajmniej półtora kilometra. Zamrugała zdumiona, nie rozumiejąc, jakim cudem Ani się nic nie stało podczas przechodzenia przez tak wiele ulic.
– To bardzo dziwne – odparła w końcu Krysia.
– I ciągle mam ten sam sen, w którym śnią mi się płaczące niemowlęta. Dla jasności, to nie tak, że mam obsesję na punkcie posiadania dziecka. – Ania spurpurowiała. – Normalnie w ogóle o tym nie myślę, nie wiem, czemu to mnie tak nawiedza w nocy.
Krysia kiwnęła głową. Domyślała się, że na wsi presja, jaką wywiera się na kobiecie w związku z urodzeniem dziecka, musiała być jeszcze większa, niż w mieście. Ale czy to przez to Ania miała takie sny?
– Powiem o tym wszystkim babci. Może zostaw mi swój numer telefonu, wyślę ci SMSa, jak coś wymyślimy – zaproponowała Krysia, podając Ani do ręki swój smartfon.
– Jasne. – Ania szybko wstukała numer i oddała jej telefon. – A tak z czystej ciekawości: czemu tu przyjechałaś? Nie nudzi ci się tu po latach szalonego, studenckiego życia w Katowicach?
Krysia z trudem nie wybuchła śmiechem. Przypominała sobie doskonale swoje szalone, studenckie życie: rano uczelnia, wieczorem praca w klubie, dwie-trzy godziny snu i od nowa to samo następnego dnia. Nie tęskniła za tym ani trochę.
– Ani trochę. Cieszę się, że mogę pomóc babci i mieszkać w takim przyjemnym miejscu. Wierz mi, też zatęskniłabyś za świeżym powietrzem, gdybyś powdychała trochę tych spalin na Śląsku.
Ania uśmiechnęła się z powątpiewaniem.
– Wiesz, jak dużo ma do roboty policja na wsi? Jedzie wlepić mandat, gdy ktoś się upije i robi burdę, ewentualnie zajmuje się raz na kilka miesięcy jakąś drobną kradzieżą. I tyle w temacie – westchnęła Ania. – A co ty właściwie studiowałaś?
Krysia mimowolnie uniosła brwi. Była pewna, że całe miasteczko wiedziało już o niej wszystko – nawet te rzeczy, których ona sama o sobie nie wiedziała.
– Sztukę pisania. Czyli jak być pisarzem. – Krysia odwróciła wzrok. Większość osób uważała takie studia za kompletnie bezużyteczne i nie chciała się mierzyć z kolejnym sceptycznym spojrzeniem.
– I napisałaś już coś?
To też było jedno z najczęstszych pytań, na które Krysia musiała odpowiadać podczas rozmowy o studiach.
– Napisałam kilkanaście opowiadań na studia i jedną sztukę, którą wystawiono w teatrze w Katowicach i Krakowie, ale to by było na tyle. – To nie była prawda. Krysia kończyła już pisać książkę, którą zaczęła tworzyć na drugim roku studiów. Bała się o niej komukolwiek powiedzieć. Gdzieś pod skórą czuła, że wszyscy ją wyśmieją, gdy się dowiedzą o książce. – Piszę też felietony do różnych magazynów od jakiegoś roku. Teraz zrobiłam sobie urlop, ale za tydzień muszę już do tego wrócić.
– Brzmi fajnie – uśmiechnęła się Ania, po czym zerknęła na zegarek. – O rany, późno już! Muszę lecieć. Dobrze mi się z tobą gadało. Może wpadłabyś do mnie kiedyś? Rzadko mam okazję porozmawiać z kimś w moim wieku.
– Jasne. – Krysia odwzajemniła uśmiech. – Wyślę ci wiadomość, jak dowiem się czegoś od babci.
Babcia jednak długo nie wracała. Krysia zdążyła skończyć prace ogrodowe, przygotować sobie obiad (którym się, notabene, delektowała – mogła bez zrzędzenia zjeść same warzywa i jajka, co za luksus!) i zabrać za pisanie felietonu do Wróżki. Kiedy babcia wróciła, była już pora kolacji.
– Gdzie ty byłaś? – zapytała Krysia z wyrzutem, podnosząc wzrok znad laptopa.
– Poszłam na pogrzeb starego Grzanki, a potem mnie zaprosili na stypę, to też poszłam. Grzech nie przyjąć zaproszenia na darmowe jedzenie – zaśmiała się babcia. – A ty znowu nad tym komputerem ślęczysz?
– Pracuję. Zarabiam w ten sposób pieniądze.
– A tam, gadanie takie. Za moich czasów…
– Za twoich czasów trzeba było iść do lasu nazbierać żywicy z drzew, jeśli się chciało mieć podeszwy do butów – syknęła Krysia z irytacją. – I też było dobrze. Wiem. Ale teraz są inne czasy.
– Patrzcie państwo jaka mądra – mruknęła babcia z przekąsem. – No dobrze, a obiad zjadłaś?
– Tak. Jestem dorosła, umiem o siebie zadbać – westchnęła Krysia. – Babciu, była tu taka policjantka.
– Ania Jeżowa?
– Tak, właśnie ona. Przyszła z problemem, ale nie było cię, więc wysłuchałam tego, co miała do powiedzenia i obiecałam przekazać twoje zalecenia, jak już wrócisz.
Babcia wysłuchała spokojnie relacji Krysi. Ledwie ta skończyła opowiadać, gdy babcia wydała werdykt.
– Bohynia jak nic – powiedziała z wyraźnym niezadowoleniem. – A mówiłam Tolkowi, żeby chałupy nie obsadzał paprocią. Kto to słyszał, co za głupota! Ale ten stary dureń obsadziłby dom i palmami, gdyby mu żona kazała. No, ale żona dawno nie żyje, paprocie mają się w najlepsze i przyciągnęły bohynię.
Krysia nigdy nie słyszała tego terminu. Może to była jakaś inna nazwa na boginię? Czyżby babci chodziło o rusałkę?
– Nie wiem, czym jest bohynia – powiedziała Krysia.
– A no, możesz nie znać tej nazwy, bośmy jej używali tylko w górach. Tu się na to mówiło mamuna albo dziwożona – westchnęła babcia. – Nie jest ciężko ją od siebie odstraszyć, gorzej, że męczy tą dziewczynę, chociaż nie jest jeszcze matką. Boję się, że jak Ani da spokój, to na ciebie się uweźmie. Nie mamy innych młodych kobiet w wiosce, a już na pewno młodych matek tu nie ma. A bohynię trudno przegonić, jak się uprze na jakąś wieś.
– To co mam napisać Ani?
– Nic jej nie pisz, nie starczy ci już tego pisania? – burknęła babcia. – Zerwij trochę kwiatu dziurawca i każ Ani włożyć pod poduszkę. Bohynia się nie zbliży. Pod swoją poduszkę też włóż, tak w razie czego. Ja pomyślę, co by tu zrobić, żeby ją przegonić.
Krysia kiwnęła głową. Wysłała do Ani wiadomość, uprzedzając ją, że wpadnie do niej jeszcze dziś, po czym poszła do ogrodu zerwać kwiaty. Dla pewności pokazała je jeszcze babci.
– Tak, to jest to – wymamrotała babcia, przeżuwając jagodziankę. Pachniała bardzo apetycznie, ale Krysia, która zawsze się odchudzała, odepchnęła natarczywą myśl, nakazującą jej zjedzenie jagodowego przysmaku.
Nagle Krysi się coś przypomniało.
– A dlaczego paprocie przyciągają dziwożony? To jakaś magiczna właściwość?
– A tam, żadna to magia. Bohynie niczego poza paprocią nie jedzą. Zapamiętaj to sobie, Krysia, paprocie są może i kraśne, ale ich miejsce jest w lesie, a nie w domu. Same są z nich problemy – westchnęła babcia. – Idź już.
֍ ֍ ֍

Dom Ani faktycznie obsadzony był paprociami. Krysia nigdy nie widziała czegoś podobnego na oczy – rosły po prostu wszędzie, pod murami samego domu, pod płotem, przy furtce… i co ciekawe, miały się świetnie. Ze swoich doświadczeń z roślinami doniczkowymi Krysia wiedziała, że paprocie potrafią być kapryśne. Te tutaj miały jednak idealne warunki, bo dom stał na samym końcu ulicy, w środku lasku iglastego, który rzucał na nie cień od świtu do nocy.
Krysia zbliżyła się do paprotek. Niektóre z nich były piękne, a inne może i mogłyby takie być, gdyby jakiś ślimak albo inne zwierzątko nie ponadgryzało liści w wielu miejscach.
– O, cześć. – Głos za plecami Krysi odezwał się nagle, przez co podskoczyła z zaskoczenia.
Odwróciła się, stając twarzą w twarz z Anią, której mina mówiła jednoznacznie, że rzadko widuje ludzi badającej jej dom w ten sposób.
– Wybacz, przyglądałam się paprociom. Ich sława dosięgła nawet moich uszu. – Krysia starała się nadrobić gafę komplementem i uśmiechem, ale czuła, że Ania pozostawała na to obojętna. – Mam dla ciebie coś od babci.
– Czemu po prostu nie wysłałaś wiadomości? – zapytała Ania nieco napastliwym tonem.
To by było na tyle, jeśli chodzi o przyjaciółkę, pomyślała Krysia z rezygnacją.
– Babcia nalegała, żeby ci jak najszybciej dostarczyć to. – Krysia podała jej lniany woreczek, do którego schowała sporą ilość kwiatu dziurawca. – Włóż to pod poduszkę. Powinno pomóc.
Ania zmarszczyła czoło.
– A nie będzie skuteczniej, jeśli to wypiję?
– Nie, tu chodzi raczej o zapach – odparła Krysia odruchowo, po czym zamilkła. Wcale nie była pewna, czy miała rację. Może coś innego w kwiatach dziurawca odganiało mamuny? Ale z drugiej strony, Ania nawet nie wiedziała, co ją prześladowało. Nie musiała jej przecież mówić całej prawdy.
– W porządku. – Ania wzięła woreczek.
– To ja już sobie pójdę – powiedziała szybko Krysia, nie chcąc doprowadzać do kolejnej niekomfortowej sytuacji. – Trzymaj się.
Nie czekając na odpowiedź, ruszyła w stronę furtki. Gdy już kładła na niej rękę, żeby ją pchnąć, Ania zawołała:
– Zaczekaj!
Podbiegła do niej i znowu spojrzała jej w oczy.
– Może jednak zostaniesz. Tata przywiózł z Biedronki z Ozorkowa jakieś francuskie lody.
– Nie jem cukru – westchnęła Krysia z żalem. – Ale chętnie napiję się herbaty.
Ania uśmiechnęła się, ale nie zdążyła nic odpowiedzieć, bo w niedużej odległości zawarczał nagle bardzo głośno motor. Po chwili pojawił się na drodze i podjechał pod furtkę, zatrzymując się przy niej.
Krysia nie znała się na motorach, więc skupiła się na kierowcy – był średniego wzrostu, szeroki i ogólnie wydawał się raczej spory, ale może to była kwestia ubioru (grube dżinsy, obszerna skórzana kurtka i kask). Czy on się nie topi w tej zbroi?, zastanawiała się Krysia, wciąż nieświadomie gapiąc się na przybysza. Zamyślona, nie zwróciła uwagi na to, co mówił do Ani, ani co ona odpowiadała jemu. Wróciła na ziemię dopiero, gdy się do niej zwrócił.
– A ty to kto? – zapytał bezceremonialnie.
– Krystyna Krauze – podała mu rękę, a on zdjął rękawicę i uścisnął jej dłoń swoją niedźwiedzią łapą.
– Dominik Kłoszewicz. Mieszkasz ze starą panią Józią, nie?
– Starą? – Krysia użyła najbardziej lodowatego tonu, na jaki tylko było ją stać.
Chłopak rzucił jej rozbawione spojrzenie, po czym poprawił kask i wrócił na motor.
– Do zobaczenia, Anka – rzucił i z głośnym warkotem odjechał sprzed domu.
Krysia obróciła się do Ani, która miała poirytowaną minę, a w dłoni trzymała trzy spore paczki.
– A co to?
– Dominik jeździ do Ozorkowa do paczkomatu kilka razy w tygodniu i przywozi ludziom ze wsi ich przesyłki. Zamówiłam sobie ubrania… po raz kolejny w tym miesiącu, o czym łaskawie Dominik mi przypomniał. To taki kolega z przymusu. Mieszka dalej na tej ulicy – westchnęła. – To jak będzie z tą herbatą? Wchodzisz czy nie?
Krysia kiwnęła głową, ale przez całą drogę od furtki do drzwi domu Ani odprowadzała jeszcze wzrokiem Dominika. Miała co do niego mieszane uczucia. Ale czy można od razu polubić kogoś, kto nazwie Twoją babcię starą? No właśnie. Krysia westchnęła cicho, starając się wyrzucić chłopaka z myśli i skupić na koleżance.
– Mrożona herbata? – zapytała, gdy Ania podała jej wysoką szklankę z napojem o herbato-podobnym kolorze. Kostki lodu i plasterki cytryny dryfowały spokojnie na jego powierzchni.
– Tak. Domowa. Mój tata bardzo ją lubi, ale ma cukrzycę, więc robię domową z ksylitolem zamiast cukru.
– Czy wszyscy w tym miejscu mają cukrzycę? – zaśmiała się Krysia. – Moja babcia też na to choruje.
– Nie ma tu raczej na pęczki dietetyków, a większość mieszkańców jest na tyle wiekowa, że nie interesuje ich przeglądanie internetu. A już na pewno nie w tym zakresie. – Ania też się w końcu uśmiechnęła. – A ty? Czym się interesujesz poza pisaniem?
– Książkami. – Krysia wyszczerzyła zęby w uśmiechu. – A poza tym bardzo lubię jogę. I, w sumie, słowiańskie klimaty mnie ciekawią. Szkoda, że tak mało wiemy o własnej mitologii.
– No, to prawda. Jakoś mitologie mnie nigdy szczególnie nie interesowały, ale mimo wszystko zauważyłam, że nie uczymy się niczego o mitologii słowiańskiej… zapytałam o to historyczkę, to powiedziała, że prawie nic nie wiadomo o historii Polski sprzed chrztu. A przecież to nieprawda.
Krysia rozłożyła ręce.
– Ciężko walczyć z takim podejściem – westchnęła. – A ty, co robisz poza byciem policjantką?
– Też lubię czytać. Ale głównie pasjonuję się fotografią. Po to też zamawiam te ubrania, do sesji zdjęciowych. To Lena mnie tym zaraziła.
– Lena?
Ania wyglądała na zakłopotaną. Krysia teraz żałowała, że dopytała ją, ale trudno było się spodziewać, że nie chce o niej mówić, skoro ją wspomniała.
– Moja najlepsza przyjaciółka – wymamrotała. Po chwili odchrząknęła. – Trochę już późno.
Krysia odruchowo spojrzała na zegarek. Była tu jakieś dziesięć minut. Ale może takie tu były zwyczaje?
– Będę lecieć wobec tego – uśmiechnęła się uprzejmie. Ania otworzyła jej drzwi i pomachała, gdy Krysia wyszła na drogę.
W drodze do domu miała czas przemyśleć tą całą wizytę i dojść do wniosku, że Ania zachowała się jednak nieco dziwnie. Najpierw ją zaprosiła, potem w zasadzie – wyprosiła. Fakt, że Krysia weszła nieproszona na jej działkę i oglądała jak gdyby nigdy nic jej dom, ale zdawało się, że Ania o tym zapomniała. A jednak po tym pytaniu o przyjaciółkę praktycznie ją wyrzuciła z domu… Musiałam po prostu trafić na bolesny temat, uzmysłowiła sobie Krysia.
Po chwili zaczęła sobie wyrzucać, że znowu za dużo o wszystkim myśli. To było dla niej typowe – przeżywała po kilkanaście razy tą samą sytuację, aż do końca wytłumaczyła sobie motywy i postępowanie każdego z uczestników akcji. Nagle przypomniał jej się Dominik, ale zepchnęła go gdzieś w odmęty świadomości. Nie zrobił na niej najlepszego wrażenia, jednocześnie wzbudzając jakąś irytację.
Przyszło jej do głowy, że skoro babcia i tak się jej nie spodziewa szybko, może równie dobrze zajrzeć nad ten staw, przy którym grasowała mamuna. Mogła przecież znaleźć tam jakieś wskazówki, które pomogłyby jej i babci wymyślić sposób na wygnanie demonicy.
Z racji później godziny nad stawem było już pusto. Z jednej strony otaczała go trawiasta polana, był też kawałek piaszczystej plaży, z drugiej – dostojne brzozy, za którymi rozpościerał się mały las.
Krysia usiadła na trawiastym brzegu i wpatrzyła się w wodę. Była zielona od glonów, ale porzucone na mikroskopijnej plaży wytarte klapki basenowe wskazywały na to, że najwyraźniej tubylcom glony nie przeszkadzały w kąpieli. W drzewach zaszumiał wiatr, przykuwając wzrok Krysi do uginających się brzóz. Coś błysnęło między nimi. Krysia wytężyła wzrok, ale nie mogła niczego dostrzec. Po chwili znowu to dostrzegła – jakby coś wysokiego i białego przesuwało się z nienaturalną prędkością miedzy konarami.
Czy tutaj straszy?, pomyślała Krysia, zrywając się na nogi. Już miała odejść, gdy jej nogi jakby wrosły w ziemię. Otworzyła oczy szerzej, dostrzegając istotę, która wyłoniła się spośród drzew.
Była to dziewczyna o alabastrowej skórze i włosach białych jak śnieg. Była kompletnie naga. Niczego więcej z tej odległości Krysia nie widziała, ale to jej zupełnie wystarczyło. Chciała uciekać, ale wtedy – dziewczyna spojrzała na nią i rzuciła się w jej stronę. W zasadzie nie biegła, zdawała się sunąć w dziwny sposób po ziemi, jakby ziarnka piasku i żwiru przesuwały ją do przodu.
Krysi krzyk uwiązł w gardle. A więc to koniec – tak zginie.
W ostatnim przebłysku zdrowego rozsądku, przypomniało jej się, że przecież jeszcze przed chwilą niosła do Ani ten dziurawiec. Może chociaż trochę zostało go w kieszeni…
Zaczęła energicznie przetrzepywać swoje spodnie, ale nie znalazła ani okruszka kwiatu. Gdy biała kobieta była już tuż przed nią, Krysia odruchowo wyciągnęła ręce.
Kobieta wydała z siebie potworny, wysoki wrzask – jak zabijany dziki ptak – i nagle jej już nie było.
Krysia spojrzała, oszołomiona, na swoje dłonie. Czyżby miała jakieś magiczne moce? Już prawie widziała siebie w kostiumie Wonder Women dostosowanym pod słowiańskie dyktando (czyli, w wyobraźni Krysi, z jeszcze większym dekoltem, łowickimi motywami na biało-czerwonej zbroi i wiankiem zamiast złotej opaski we włosach), gdy uświadomiła sobie, co się stało. Powąchała dłonie. Wydzielały mocny zapach kwiatu dziurawca, który musiał osiąść na jej kieszeni.
Wciąż czując się nieco słabo, Krysia ruszyła do domu. Co chwila oglądała się za siebie i do samych drzwi miała wrażenie, że ktoś ją śledzi. Nie mogę znowu popaść w paranoję, pomyślała nerwowo.
– O, już jesteś. Co się stało? – zapytała babcia, gdy tylko napotkała jej spojrzenie.
– Spotkałam mamunę – wymamrotała Krysia. – Chciała się na mnie rzucić, ale wciąż miałam zapach kwiatów dziurawca na dłoniach, więc nie mogła mi nic zrobić.
Babcia aż usiadła z wrażenia.
– Dobry Boże, co za szczęście, że nic ci nie jest! – wykrzyknęła, nagle pobladła. – Gdzieś ty polazła, że ją spotkałaś?
– Byłam przy stawie. Ona chyba tam mieszka, w tym gaju na brzegu – westchnęła Krysia. – Myślałam, że mamuny to staruchy… a ta wyglądała zupełnie inaczej.
Teraz Krysia przypominała sobie szczegóły jej wyglądu, któremu mogła się przyjrzeć, gdy mamuna była tuż przed nią. Miała czarne oczy i – choć była nienaturalnie biała – była także niesamowicie piękna.
– Bo ogólnie tak wyglądają właśnie bohynie – powiedziała babcia. – Chyba że czerpią z młodej kobiety.
To zabrzmiało wprost potwornie.
– Co masz na myśli?
– A jak myślisz, Krysia?
– To brzmi jakby były jakimiś… wampirami. – Krysia mimowolnie się wzdrygnęła. Miała wielką nadzieję, że źle zrozumiała słowa babci.
– A tam, żadne wampyry! Nie piją krwi. Bohynie odbierają dziewczynie młodość, czasami do tego stopnia, że umiera. Czasami po prostu więdnie jak przejrzały kwiat. Miałaś dziś dużo szczęścia, dziecko – powiedziała z westchnieniem. – Musisz bardziej uważać. Chociaż, zdaje mi się, że do ciebie będzie mniej ją ciągło niż do Anki Jeżowej.
Krysia uniosła brwi. No nie! Nie da się tak obrażać! Jasne, może nie była ładna, ale żeby nawet demony miały od niej stronić…
– Ale masz minę, no nie mogę – zarechotała babcia. – Bohynie wolą zakochane kobiety. Takie, co im się urodziło dziecko i mają w sobie dużo świeżej miłości, albo takie, co się w kimś zakochały, tak po prostu. Ania ma Dominika. A ty nie.
No, to dość jasne, nawet nie raczył się ze mną pożegnać, pomyślała Krysia z przekąsem, po czym uznała, że babcia powinna jednak znać prawdę.
– Anię i Dominika nic nie łączy, to zwykła wiejska plotka. Za bardzo się tu nudzi ludziom i wymyślają – powiedziała. – Dominik nie wydaje się zbyt sympatyczny. Nazwał cię „starą panią Józią”.
Babcia spojrzała na wnuczkę z oburzeniem.
– A to buc ostatni – mruknęła. – Ja mu dam starą panią! Oj, ja już sobie pogadam z jego tatkiem. Ja rozumiem, ciężko synów bez matki wychować, ale mimo wszystko…
– On też się wychował bez matki? – zdziwiła się Krysia. Czy to było jakieś niedobre miejsce dla młodych matek?
– Też? A kto jeszcze się tu wychowywał bez?
– No Ania – odparła Krysia.
– Mama Ani zmarła półtora roku temu w wypadku samochodowym. Bardzo to smutne, ale zdążyła ją raczej wychować. Za to mama Dominika i jego młodszego brata, Benka, to już inna sprawa.
Babcia zamilkła, co wprawiło Krysię w nie lada zdumienie. Pierwszy raz widziała, żeby babcia nabierała wody w usta. Przecież to tyczyło się ludzi z wioski! Babcia uwielbiała o nich mówić!
– Nie możesz tego nikomu powiedzieć. Absolutnie nikomu – podkreśliła, po czym upiła z zaciętą miną łyk herbaty. – Mama Dominika zdradzała jego ojca od chwili, gdy Benek poszedł do przedszkola. Chłop jest grabarzem, i zwykle nie był w najlepszym nastroju po powrocie do domu. Był taki ponury. A jak jej opowiadał kogo dziś grzebał i w jakim stanie rozkładu było to czy tamto ciało… no, trochę się jej nie dziwię, że miała dość. Ale zdradzać nie powinna była. No i z tym drugim zaszła w ciążę. Ojciec Dominika szybko by zwietrzył, że coś tu śmierdzi, bo nie sypiali ze sobą od lat. Uciekła ze wsi któregoś dnia, gdy Dominik był w szkole. Przyprowadziła Benka do mnie i opowiedziała mi wszystko, płacząc strasznie… żal jej było zostawiać dzieci.
– A nie mogła się po prostu przyznać mężowi? – zdumiała się Krysia. – Nie mogła się rozwieść?
– Dwadzieścia lat temu nikt tu się nie rozwodził, Krysia. Poza tym, co miałaby zrobić? Ludzie ze wsi zrobiliby jej z życia piekło. Wcale nie zrobiła tak głupio, że zwiała… ale na pewno tęskni za dziećmi. Skoczyłaby za nimi w ogień i wodę.
Krysia myślała przez chwilę nad babci słowami i nagle ją olśniło. Zerwała się z krzesła kuchennego, które rąbnęło głucho o podłogę.
– Co ci? – zapytała babcia.
– Wiem, jak pokonać mamunę – powiedziała triumfalnie. – One nie umieją pływać, prawda? Ta, która na mnie naskoczyła, musiała iść brzegiem, chociaż przez staw miałaby bliżej.
– No nie pływają. Jak ją wrzucisz do wody, to się utopi. Ale Krysia, tożto kawał diabła jest, wiesz jak to byłoby ciężko…
– A co jeśli ona sama skoczy do wody?
– Ale nie ma jak takiej przymusić, żeby w ogóle wlazła do stawu – upierała się babcia.
– A jeśli wrzucimy płaczące niemowlę w sam środek? Nie wskoczy go wyławiać? – zapytała Krysia, tak dumna z własnego pomysłu, że aż dziw, że nie unosiła się kilka centymetrów nad ziemią, wznoszona na fali swojego ego.
Po twarzy babci przebiegł najpierw wyraz podziwu, ale zaraz potem przerażenia.
– Bój się Boga, Krysia! Dziecko będziesz topić!
Krysia palnęła się w czoło. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak to musiało zabrzmieć.
– Sztuczne dziecko, babciu. Płaczącą jak dziecko lalkę ze sklepu. Biedronka powinna być jeszcze czynna w Ozorkowie – zerknęła na zegarek, na którym dochodziła dziewiąta. – Co o tym sądzisz?
– A jak pojedziesz do Ozorkowa?
– Pójdę na autobus. Dojeżdża pod sam sklep.
Babcia uznała pomysł za godzien wypróbowania. Po zakupieniu lalki i dniu obfitym w wrażenia, Krysi z trudem udało się zasnąć. Babcia doradziła zaatakować mamunę nad rankiem, podczas wschodu słońca – gdzieś koło czwartej. Wtedy prały ubrania ukradzione z wioski w stawie czy jeziorze, nad którym mieszkały.
Gdy tylko o czwartej budzik Krysi zadzwonił, zerwała się z łóżka. Nie miała czasu do stracenia – nad staw nie było daleko, a nikogo raczej nie mogła spotkać tak wcześnie, więc postanowiła przejść się nad staw od razu ubrana w bikini. Nie chciała zamoczyć sobie ubrań, a wiedziała, że raczej bez wchodzenia do wody się nie obędzie. Szybko wyszła z domu, nie budząc babci, która smacznie spała w swoim pokoju. Krysia obiecała, że ją zabierze, ale nie zamierzała obietnicy dotrzymać – nie chciała narażać babci na żadne niebezpieczeństwo. Z konsekwencjami złamanej obietnicy poradzi sobie później.
Mniej więcej sto metrów przed stawem Krysia włączyła lalkę. Owinęła ją ręcznikiem, żeby mamuna nie zauważyła przedwcześnie, że to tylko lalka.
Gdy doszła nad staw, ona już tam stała. Nie wyglądała tak pięknie jak wczoraj – była cała pomarszczona i bardzo stara. Jak to możliwe?, zdziwiła się Krysia, a potem jej się przypomniało, że dała Ani dziurawiec i mamuna pewnie nie mogła jej już napaść tej nocy. Nagle demonica ruszyła w jej stronę. Krysia musiała użyć wszystkich całej swojej siły woli, żeby nie rzucić się do ucieczki. Zacisnęła zęby i wsunęła stopę do wody.
Woda była lodowata. Może nie tak, jak ta pod taflą lodu w zimę, ale niewiele cieplejsza. Krysia zadrżała, ale twardo weszła do wody po łydki. Zaczynały ją boleć stopy. Gdy weszła po pas, nasiliło się szczękanie jej zębów, ale szła dalej.
Mamuna stała na brzegu, po kostki w wodzie i wbijała w nią spojrzenie szeroko otwartych oczu.
– Chcesz moje dziecko?! – ryknęła Krysia na całe gardło.
Mamuna weszła kilka kroków dalej. Woda sięgała jej do połowy uda.
– To je sobie weź! – krzyknęła Krysia i cisnęła lalką w sam środek jeziora.
Zadziałało lepiej, niż Krysia się spodziewała. Mamuna rzuciła się w stronę lalki, potykając o własne nogi i wpadając w całości do wody. Krysia wybiegła ze stawu tak szybko, jak umiała. Cała się trzęsła – i wtedy właśnie spostrzegła, że wrzuciła lalkę do zimnej toni wraz ze swoim ręcznikiem. Nie zamierzała po niego wracać. Gdy mamuna przestała wychylać spanikowany łeb na powierzchnię, Krysia uznała, że może wracać, chociaż z trudem trzymała się jeszcze na nogach.
Ale wtedy rozległ się warkot silnika, tuż za jej plecami. Obróciła się gwałtownie, zasłaniając się niezręcznie rękoma.
– O, nowa – powiedział Dominik, schodząc z motoru. Zlustrował ją pełnym powątpiewania spojrzeniem, w którym błysnęło na chwilę rozbawienie. – Co ty tu robisz?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *