[Odcinek 3] Pogrzeb

Krysia powstrzymała jęk, który cisnął jej się na usta.
– Cześć – wymamrotała. Wciąż się trzęsła. Było jej cholernie zimno, zresztą nic dziwnego. Było może wpół do piątej w ostatni poranek maja… nie mogło być więcej niż trzynaście czy czternaście stopni.
– Widzę, że lubisz poranne kąpiele – powiedział Dominik, siadając na jednej z drewnianych ław.
– Powiedzmy. – Zmuszała się do mówienia, jakby nie szczękała zębami. – Tylko zapomniałam ręcznika.
– I ubrań na zmianę?
– Gapa ze mnie. – Jeszcze sekunda, a zamarznie. A ten skurczybyk miał na sobie bluzę, pod którą miał też pewnie koszulkę! Krysia wyobraziła sobie, że jest ciepło ubrana, ale wbrew swoim nadziejom nie poczuła się lepiej. – Pójdę już, zanim dostanę zapalenia płuc.
Dominik zamachnął się i nagle stał przed nią, podając jej swoją bluzę, pod którą, co teraz widziała, nie miał już niczego. Krysia nie mogła w tej sytuacji przyjąć ubrania.
– Poradzę sobie – mruknęła.
– Masz sine usta. – Nie pytając jej o nic więcej, po prostu założył na nią bluzę, a ona odruchowo wyciągnęła ręce, żeby włożyć je w rękawki. Jego dotyk dziwnie elektryzował jej skórę. – Odwiozę cię pod dom. Nie chcę, żebyś miała zapalenie płuc.
To miłe, pomyślała Krysia z kompletnym mętlikiem w głowie. Dominik wczoraj i Dominik dzisiaj – to byli zupełnie różni ludzie. Ten z dziś był miły i łagodny, i patrzył na nią w taki sposób, którego nie umiała opisać, ale który mrowił ją jak promienie słońca skórę. A ten z wczoraj był złośliwy i mało sympatyczny.
– Właściwie co ty tu robisz? – zapytała, gdy wsiadali na motor.
– Ratuję ludzi przed śmiercią z wyziębienia – parsknął.
Krysia poczuła się, jakby wylano na nią kubeł lodowatej wody. Tyle by było z miłego Dominika, pomyślała poirytowana. Postanowiła już nic więcej nie mówić.
Gdy wjechali na uliczkę Krysi, już z odległości spostrzegła, że babcia stała w furtce. Poczuła, jak jej żołądek zaciska się nieprzyjemnie.
– Może wysadzisz mnie już tu? – zapytała. Nie sądziła, żeby babcia pochwaliła przejażdżkę z jakimś facetem na motorze w samym bikini.
– Chętnie przywitam się z panią Józią – odparł chłopak.
– Ale…
Było już za późno. Dominik zatrzymał motor tuż przed babcią Józią, której twarz ozdabiał bardzo nieprzyjemny grymas.
– Dzień dobry, pani… – odezwał się, ale zanim zdążył skończyć, babcia zdzieliła go po głowie ścierką kuchenną.
Zamarł, najwyraźniej nie spodziewając się takiego powitania. Krysia z trudem powstrzymała śmiech. Gdyby to był ktoś inny, pewnie czułaby się zażenowana. Ale nie zależało jej zbytnio na tym, co pomyśli sobie Dominik. Poczuła nawet jakąś mściwą satysfakcję na widok jego zakłopotanej miny.
– A ty, co się tak śmiejesz, co? Jak mogłaś tam poleźć beze mnie? – krzyknęła babcia drżącymi ustami. Była bardzo zła. Nie było co do tego najmniejszych wątpliwości.
– Przepraszam. Jest zimno i nie chciałam…
– Gadaj komuś innemu. A ty już lepiej idź. – Babcia spojrzała groźnie na Dominika.
Rzucił Krysi ostatnie, zagadkowe spojrzenie, po czym wsiadł na motor i odjechał. Krysia patrzyła za nim tak długo, jak się dało, unikając jednocześnie konieczności spojrzenia na babcię.
W końcu jednak musiała napotkać jej spojrzenie. Było pełne wyrzutów.
– Bardzo głupio zrobiłaś – burknęła babcia. – Udało się przynajmniej?
– Tak! – Krysia uśmiechnęła się mimowolnie i opowiedziała babci o całym zajściu.
Babcia wyglądała na zadowoloną, ale po chwili znowu się skrzywiła.
– A jak to się stało, że wróciłaś – ty bez spodni, on bez koszulki – na motorze z Dominikiem, co? Cała wieś będzie o tym gadać.
Wcześniej nie przyszło jej to do głowy. Poczuła, jak pieką ją policzki. Świetnie, dopiero się wprowadziłam, a już sobie zrujnowałam reputację, pomyślała z zażenowaniem.
– Przyjechał tam. Nie wiem czemu – dodała. – I zabrał mnie, bo nie wzięłam ubrań na zmianę.
– No, to ładnie się urządziłaś – westchnęła babcia. – Chodź już na śniadanie.
Przed domem Krysia pomachała domowikowi, który zamiatał właśnie schody na patio. Ukłonił się jej.
– Zapomniała panienka oddać temu chłopcu bluzę. Bo to chyba nie jest panienki, prawda? – powiedział, wskazując palcem na jej brzuch.
Krysia mimowolnie jęknęła. A więc będzie musiała się z nim spotkać ponownie.
Po śniadaniu napisała do Ani z prośbą o przesłanie numeru do Dominika. Gdy już miała numer, wysłała mu wiadomość z pytaniem o adres, pod który mogłaby odnieść bluzę. Babcia na pewno wiedziała, gdzie mieszkał, ale zdążyła już zrozumieć, że trzymał wszystkich na dystans. Czuła, że przyjście do niego bez zapowiedzi sprawiłoby, że już nigdy nie miałaby okazji porozmawiać z jego miłą wersją. A tego by nie chciała.
Po południu Krysię czekały kolejne nauki związane ze zwalczaniem demonów. Jeszcze miesiąc temu myślała tylko o obronie pracy licencjackiej, a teraz ganiała słowiańskie istoty. Chciałam zmiany i mam zmianę, uświadomiła sobie. Może nie o taką zmianę chodziło, ale lepsze to, niż nic.
– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – Głos babci nagle rozbrzmiał nad jej uchem.
– Przepraszam – wymamrotała.
– Oj, Krysia – westchnęła. Krysi nagle zrobiło się wstyd, że nie miała nawet na tyle przyzwoitości, by posłuchać własnej babci. – No więc, w upiora może przemienić się najczęściej może samobójca albo kobieta zmarła podczas rodzenia dziecka. Czasem to może być też młoda osoba, którą zamordowano. A jeśli człowieka zabije taki wąpierz, to on też się zamieni w wąpierza.
– Musiałaś kiedyś walczyć z upiorem? – zapytała Krysia.
– Tylko raz. Nie jest to takie proste, jak walka z mamuną, bo bardzo trudno takiego ubić, jak już się obudzi. Łatwiej zapobiegać, że tak powiem. Dom obsypać makiem na noc, to upiór będzie wpierw zbierał mak, zanim wejdzie, a nie wyzbiera całego do rana. I tak można się przed nim chronić.
– To nie brzmi jak niezawodna metoda – zauważyła Krysia zaniepokojona.
– Niezawodna metoda? Nie ma takich, kiedy mowa o demonach. Są tylko sprawdzone sposoby, które czasem są czarta warte – westchnęła babcia, po czym obrzuciła wnuczkę krytycznym spojrzeniem. – O czym ty tak gdybasz, co?
– Po prostu jestem trochę… rozproszona – powiedziała. Mimo wszelkich starań, poczuła, jak pieką ją policzki.
– O, ja już widzę, co to za rozproszenie. Nie daj sobie zawrócić w głowie! – powiedziała stanowczo. – Nie wchodź Ance w paradę. Poza tym latawiec z Dominika.
Krysia nadstawiła uszu. Od rana jej ciekawość względem wszystkiego, co się go tyczyło, zmieniła się w chorobliwą fascynację.
– Latawiec? – dopytała od niechcenia.
Babcia uniosła brew. To by było na tyle, jeśli chodzi o ukrywanie zainteresowania.
– No, na początku roku kręcił z taką miastową, ale nie pamiętam imienia – westchnęła babcia. – Pamięć już nie ta. Dwa tygodnie później przywoził już inną dziewczynę… zmienia je jak rękawiczki. Czasami jest ich więcej w tygodniu niż tylko jedna. Ja się dziwię, że ojciec go jeszcze z domu nie wyrzucił. Przecież to nie wypada się tak zachowywać…
Krysia poczuła ukłucie rozczarowania. Nie, żeby robiła sobie jakieś nadzieje. No, bo kto normalny zacząłby na coś liczyć po dwóch – w dodatku tak niezobowiązujących – spotkaniach?
– Dobrze wiedzieć – odparła. – Możemy wrócić do demonów?
– A, tak. – Babcia pokiwała głową. – Wracając do wąpierza…
Krysia słuchała i robiła notatki, ale część jej myśli była zupełnie gdzie indziej, niż w kuchni, w której babcia robiła jej wykład.
Słońce powoli zbliżało się do końca swojej codziennej wędrówki, gdy Krysia dostała SMS-a.
Mogę do ciebie wpaść? Najlepiej tak, żeby nie zobaczyła mnie twoja babcia. Chcę dożyć jutra.
Krysia parsknęła pod nosem. Jej żołądek zacisnął się przyjemnie. Tak, odpisała szybko.
Będę za pięć minut.
Krysia zerwała się z łóżka, robiąc przy tym okropny łomot, bo noga zaplątała jej się w zasilacz do laptopa. Przeklinając, zebrała pospiesznie wszystko z podłogi i w biegu wpadła na domowika.
– Wasili – ucieszyła się. – Co robi babcia?
– Śpi na fotelu w dużym pokoju – uśmiechnął się do niej. – Coś panience pomóc?
– Nie, nie – wymamrotała i wskoczyła na schody.
Tuż przed drzwiami zatrzymała się i spojrzała na siebie krytycznie w lustrze. Ogarnij się, powiedziała sobie w duchu. Nie wyglądaj, jakbyś właśnie oszalała z radości, bo odwiedzi cię jakiś palant.
Lustro bezlitośnie pokazało jej prawdę – zarumienione policzki i błyszczące oczy mówiły same za siebie. Niech to szlag, pomyślała, próbując poprawić potargane włosy.
W oddali dało się słyszeć motor. Krysia szybko wyszła przed dom.
– O, Krauze – rzucił do niej Dominik.
Nikt, kto wyrósł już z wieku szkolnego, nie lubi, jak inni ludzie zwracają się do niego lub niej po nazwisku. Krysia nie była wyjątkiem, ale zmusiła się do zachowania spokoju. Teraz wiedziała już, że Dominik po prostu miał taki styl bycia i nie zachowywał się tak, bo faktycznie jej nie lubił.
– Czyżbyś w jeziorku zgubiła język? – zapytał, biorąc bluzę z jej rąk.
– Nie, nie – zaczerwieniła się. – Po prostu myślałam.
– O mnie? Miło – powiedział, szczerząc zęby. – Ja też o tobie myślałem.
Krysia zrobiła się jeszcze bardziej czerwona. Niech on już nic nie mówi, bo się spalę, pomyślała, przypominając sobie z nagłym przerażeniem teorie o możliwości samozapłonu.
Dominik się zaśmiał.
– Nie tak. Mojemu sąsiadowi zmarła ciotka i szuka kogoś, kto napisałby epitafium. Może ty byś się tego podjęła? Obiło mi się o uszy, że umiesz się posługiwać piórem.
– Czy to jest komplement? – Krysia uniosła brwi. – Chyba niedowierzam temu, co słyszę.
Dominik zmarszczył czoło.
– Uważasz, że nie stać mnie na powiedzenie komuś czegoś miłego? – skrzyżował ramiona na piersi. – Nie wzoruj się na Ance. Zawsze sobie dokuczaliśmy.
– Miałam raczej na myśli, że nie spodziewałam się, że powiesz coś miłego mnie – wyrzuciła z siebie Krysia, natychmiast rozumiejąc, że nie powinna była tego mówić. – Nieważne zresztą. Chętnie podejmę się napisania epitafium. Prześlesz mi więcej informacji?
Chłopak przyglądał jej się przez chwilę z zagadkową miną, w końcu jednak pokiwał głową.
– Jasne. Gotowy tekst możesz przesłać tacie na adres mailowy. Pomaga przy pogrzebie – wyjaśnił. – Przyjdziesz?
– Ja, na pogrzeb? Niby czemu miałabym przyjść? – zdziwiła się Krysia. Co ją interesowała czyjaś ciotka?
– Chciałbym cię po prostu jeszcze zobaczyć. Najlepiej już nie przemarzniętą – powiedział. Nie uśmiechnął się, nie zbliżył i gdyby zamiast tego, rzucił „bo wyglądasz na kogoś, kto lubi oglądać trupy”, to Krysia by się nawet nie zdziwiła.
A teraz zamarła, wpatrując się w niego. Powiedz mu, że może cię gdzieś zaprosić, nakazała sobie w duchu, doskonale wiedząc, że takie słowa nigdy nie przejdą jej przez gardło.
– D-dobrze – wydusiła w końcu. Wzięła wdech, który ukoił nerwy. – Moja babcia na pewno będzie szła, więc przyjdę razem z nią.
– Pewnie będzie zaproszona na stypę. Pani Józia się przyjaźniła ze starą Franiakową – powiedział.
– Co ty z tym nazywaniem ludzi starymi? To niekulturalne, wiesz? – rzuciła, patrząc na niego z politowaniem.
Nie przyznałaby się do tego nikomu, ale w głębi duszy była z siebie bardzo dumna, że tak dobrze panowała nad emocjami. Dominik nie mógł wiedzieć, że serce biło jej teraz jak oszalałe, a żołądek zacisnął się w skomplikowaną konstelację supłów.
– Tak się po prostu mówi – wzruszył ramionami. – Pamiętaj o epitafium. I… do zobaczenia.
Po tym, jak odjechał, Krysia stała jeszcze przez chwilę i wpatrywała się w znikający w chmurze z pyłu motor. Analizowała po raz kolejny całą rozmowę, ale zmusiła się do niewyciągania żadnych wniosków. Przyjechałaś tu zaznać spokoju, przypomniała sobie. Nie ładuj się w to.
Każdy czasami się oszukuje, żeby poczuć się lepiej, więc wmawiała sobie, że da sobie spokój z Dominikiem, gdy tylko skończy pisać epitafium.

***

– Nadal nie rozumiem, po co chcesz tam iść – westchnęła babcia. – Nie znałaś Franiakowej, no i nie masz się w co ubrać.
– Przecież ta sukienka jest zupełnie w porządku – oburzyła się Krysia. – Jest tylko trochę za ciasna. Założę marynarkę i nikt nie zauważy…
-…że świecisz gołymi nogami? – Babcia uniosła brwi. – Nie możesz nosić takich rzeczy. Masz na to za masywne uda.
Krysia poczuła, jak narasta w niej żądza mordu. Każdy sąd by ją uniewinnił, skoro musi się mierzyć z taką prowokacją.
– Nikt nie będzie patrzył na moje nogi – zmusiła się do zachowania spokoju. – Idziemy na pogrzeb, nie na pokaz mody. Ludzie będą płakać nad nieboszczką.
Babcia nie powiedziała już nic więcej, ale po jej zaciętej minie, Krysia wiedziała doskonale, że wciąż się na nią gniewała.
Przez cztery dni Krysia co kwadrans zmieniała zdanie co do tego, czy pójdzie na pogrzeb. Raz wydawało jej się, że to nic takiego – pójdzie, bo umarł ktoś z wioski, a skoro babcia się wybierała, jej też wypadało dołączyć. Innym razem sądziła, że w ten sposób wysłałaby Dominikowi jednoznaczny sygnał, że była na każde jego skinienie, a tego za wszelką cenę wolała uniknąć.
Ostatecznie w poranek pogrzebu napisał do niej on sam, dopytując się, czy na pewno będzie. Uznała, że można to nazwać spotkaniem i nie pozostało jej nic innego, jak się na nie udać.
Z każdym krokiem w stronę cmentarza owiewały ją kolejne wątpliwości, ale było już za późno. Minęły furtkę, babcia zaczęła się witać z pozostałymi żałobnikami, z których każdy chciał poznać także jej wnuczkę. Nie mogła już uciec.
Dostrzegła w końcu Dominika. Stał w pewnej odległości, rozglądając się, a gdy wyłapał jej spojrzenie, posłał jej uśmiech. Ona także się uśmiechnęła, ale szybko spoważniała. Nie chciała, żeby któraś z tych wścibskich staruszek ze wsi zaczęła coś podejrzewać.
Zaczynało już zmierzchać. Pogrzeb był tak późno, bo opóźnił się transport trumny z Łodzi. Krysia uświadomiła sobie nagle, że pewnie będzie wychodzić stąd po ciemku i zrobiło jej się nieprzyjemnie. Nie bała się cmentarza nocą, ale kto normalny lubiłby tam przebywać po zmroku?
– Zebraliśmy się tutaj, by pożegnać… – usłyszała Krysia głos dobiegający z małej kapliczki, przed którą stała.
Rozejrzała się z zaskoczeniem po pozostałych obecnych, którzy głównie rozmawiali szeptem między sobą, nie zwracając uwagi na toczącą się ceremonię. Pogrzeb jej się strasznie dłużył. W międzyczasie zrobiło się zupełnie ciemno. Gdy w końcu ksiądz zakończył modlitwę, a żałobnicy zaczęli zbierać się w osobne grupki, odeszła nieco na bok, planując poszukać Dominika.
– Cześć – odezwał się za jej plecami. W mroku, słabo oświetlanym przez latarnie przy drodze, ledwo go widziała, ale mimo wszystko uśmiechnęła się szeroko. Mrok dawał jej komfort czerwienienia się i uśmiechania do woli, bo on i tak nie mógł tego zobaczyć.
– Co u ciebie słychać? – zapytała najswobodniejszym tonem, jakim tylko dysponowała.
– Cieszę się, że cię widzę – odparł. – Chodźmy stąd. I tak nie zamierzałem iść na kolację.
– Czemu nie – rzuciła Krysia od niechcenia. Obejrzała się na babcię, ale tej już nie było – musiała pójść z częścią gości na stypę.
Na drodze było trochę przyjemniej niż na cmentarzu. Zewsząd otaczały ich drzewa, spomiędzy których sączyła się ciemność, ale przynajmniej je widziała dzięki latarniom.
– Czym się zajmujesz? – zapytała Krysia, chcąc przełamać ciszę. Bała się zapytać go o coś bardziej osobistego.
– Jestem grafikiem komputerowym. W okres wakacji jest zazwyczaj mniej zleceń, więc mam trochę więcej czasu.
– Ciekawa praca – bąknęła.
– Pisanie książek musi być ciekawsze – uśmiechnął się.
Gdy szli ramię w ramię drogą, ich dłonie stykały się co jakiś czas, przez co czuła teraz mrowienie w palcach. Muszę się uspokoić, powiedziała sobie stanowczo, co ani trochę jej nie pomogło.
– Na razie piszę głównie felietony – odparła z nutką niezadowolenia. – Napisałam książkę, ale nikomu jej jeszcze nie pokazałam. Grzeje miejsce w szufladzie.
Zasłoniła usta. Czemu mu o tym powiedziała? Nigdy wcześniej się nikomu do tego nie przyznała.
– Na pewno uważasz, że wciąż nie jest wystarczająco dobra. Jeszcze kilka poprawek i już skończysz, ale za każdym razem jest coś jeszcze do poprawienia – powiedział i uśmiechnął się ciepło.
Tak, to było dokładnie to uczucie. Wiedziała, że zawsze będzie ją prześladować, bo nie istnieją dzieła doskonałe. Ale… nie czuła się jeszcze gotowa, żeby się rozstać ze swoją książką.
– W pracy grafika też się tak zdarza? – zapytała i zatrzymała się, żeby poprawić sukienkę.
– Mam tak za każdym razem, gdy muszę oddać projekt. – Dominik stanął przed nią, więc podniosła twarz, żeby móc mu spojrzeć w oczy. Po chwili milczenia zasunął jej kosmyk włosów za ucho. Z trudem zmusiła się, żeby się nie zaczerwienić i chyba się udało, bo uśmiechnął się tylko.
– Cieszę się, że zdecydowałaś się tu zamieszkać – powiedział cicho. Krysia przybliżyła się odruchowo, co okazało się kiepskim pomysłem, bo Dominik tylko odchrząknął. – Wcześniej mieszkałaś w Łodzi?
Krysia odsunęła się i ruszyła powoli przed siebie. Nie chciała, żeby widział jej twarzy, która z pewnością powiedziałaby mu za dużo o jej aktualnym stanie uczuć.
– Nie, w Katowicach. A wcześniej w Gliwicach – odparła, siląc się na swobodny ton. – Mama wyjechała z Łodzi do Gliwic zaraz po skończeniu szkoły. A ty? – Była na niego trochę zła. Po co się tak zachowywał, skoro docelowo zamierzał ją odrzucić? Nie zamierzała się z nim dłużej cackać. Jak znowu przestanie być dla niej miły, to definitywnie da sobie z nim spokój. Nikt nie był wart takiego zachodu.
– Studiowałem w Łodzi na Politechnice, ale skoro i tak pracuję zdalnie, to wolę mieszkać w domu z tatą. Miał zawał rok temu. Wtedy zdecydowałem się wrócić – powiedział spokojnie.
– Postąpiłeś słusznie – skwitowała. Miała ochotę się rozpłakać. To nawet nie była randka – nie wiedziała teraz, czemu sobie to wmówiła – a i tak jedyne o czym mogła myśleć, to jej własny ojciec.
– Wszystko dobrze?
Zadrżały jej usta, ale łzy nie wypłynęły z jej oczu.
– Mój tata zmarł na zawał serca przed Bożym Narodzeniem – szepnęła. Czasami nie było już trudno mówić o ojcu, ale czasem to było wciąż zbyt bolesne.
– Bardzo mi przykro. – Nagle była w jego objęciach, gdzie było ciepło, ale to trwało zbyt krótko. Znów zrobiło jej się zimno, a Dominik odsunął się już od niej.
– Dziękuję – powiedziała. Trzeba było szybko zmienić temat. – Zastanawiałam się, skąd twoja sympatia do przywożenia ludziom różnych rzeczy. Jesteś z pasji filantropem?
Chciała, żeby zabrzmiało to zabawnie, ale przez zapłakany głos można było odnieść wrażenie, że raczej robi mu wyrzuty. Przygryzła wargę.
– Nieszczególnie – zaśmiał się. – Po prostu dla wielu ludzi to jednak spory kłopot, wybrać się do miasta po paczkę… a kurierom nie zawsze chce się dowozić. Ja i tak często jestem w Łodzi, czy w innych miastach w okolicy, bo wożę tatę do lekarza i sam zamawiam mnóstwo nowych rzeczy do komputera.
Mimo wszystko Krysia była pewna, że często jeździł po paczki z bezinteresownej chęci niesienia pomocy.
Nogi zaniosły ich na ulicę, przy której stał dom Dominika. Gdy minęli pustą działkę, jakiś szelest rozległ się pomiędzy drzewami w lasku – ktoś tam był. Krysia wytężyła wzrok, ale dostrzegła tylko połysk długich, jasnych włosów w świetle księżyca.
Bez słowa wyjaśnienia Dominik przyspieszył kroku, zaczął wręcz gnać przed siebie. Krysia szybko go dogoniła i stanęła tuż za nim przed furtką do jego domu.
– Czemu tak biegniemy?
– Nie widziałaś, kto tam był w tych krzakach?
Krysia spojrzała w stronę opuszczonej działki.
– Jakieś dziewczyny – odparła, i nagle skojarzyła kolor włosów z właścicielką. – Jedna z nich to Anka. Ale nie wiem, kim była ta druga…
Dominik spojrzał na nią niepewnie. Otworzył usta, jakby miał coś powiedzieć.
– Czemu Ania spotyka się z koleżanką w takim miejscu? – zdziwiła się Krysia, a jej umysł już zaczął wymyślać najgorsze scenariusze. – Dobry Boże, czy ona handluje narkotykami?!
– No co ty, Anka? Ona jest policjantką!
– No tak – zreflektowała się. – Co my tu właściwie robimy?
Dominik patrzył na nią przez chwilę w milczeniu, jakby zbierał się w sobie.
– Chciałem cię zaprosić na coś do picia, ale…
Krysi coś przeskoczyło w żołądku.
– Ale?
– Ale nic. Chcesz się czegoś napić?
Kiwnęła głową. Wiedziała, że popełnia błąd, ale czy przeświadczenie o popełnianym błędzie powstrzyma kogoś, kto bardzo, ale to bardzo chce go popełnić? No właśnie. Wzruszyła lekko ramionami. Trudno, będzie potem płakać i żałować, ale żyło się raz.
W domu Dominika było zupełnie zwyczajnie – podobnie jak u babci, ale więcej tu było nowych mebli z IKEI.  Poszła za nim do kuchni, gdzie chłopak wyciągnął z lodówki butelkę z mętnym, bezbarwnym trunkiem i nalał do dwóch szklanek. Podał jej jedną z nich. Krysia obejrzała ją i powąchała napój z powątpiewaniem.
– To lemoniada domowa – uśmiechnął się i wypił swoją na raz. – Nic ci nie będzie.
– Z cukrem? – zapytała Krysia, czując, że wybuchnie płaczem, jeśli nie będzie mogła tego wypić.
– Nie, bez cukru. Nie lubię słodkich napojów. W zasadzie to woda z cytryną i miętą – dodał, a Krysia opróżniła swoją szklankę w błyskawicznym tempie.
– Mogłaś powiedzieć, że jesteś spragniona – powiedział, pochodząc bliżej. Odstawił jej szklankę na stół i nagle był bardzo blisko – tak blisko, że widziała dokładnie tęczówki jego oczu. Były zielone, nakrapiane srebrnymi plamkami.
Był jeszcze bliżej. Ich usta już niemal się stykały.
Wtedy rozległ się wrzask, kobiecy wrzask przeszywający człowieka do szpiku kości.
Krysia otworzyła szerzej oczy i od razu zobaczyła w spojrzeniu Dominika, że pomyślał o tym samym.
Rzucili się do drzwi.
– Ty tu zostań – powiedział. – Nie może ci się nic stać.
– Daj spokój. Umiem o siebie zadbać – odparła, podchodząc do drzwi, ale on zastawił jej drogę.
– Słuchaj – dodała. – Ja i tak tam pójdę. Wyjdę oknem, balkonem albo i dachem, ale tam pójdę.
Dominik nie wyglądał na zadowolonego z tej odpowiedzi, ale w końcu się poddał.
– Bądź zawsze za mną, dobrze?
– Okej – westchnęła Krysia.
Nie chciała się już z nim więcej kłócić, tym bardziej, że gdy przechodzili przez drzwi, złapał ją za rękę i nie puszczał. Wyszli na ulicę, na której w oddali było widać dwie postacie. Pobiegli w ich kierunku.
To faktycznie była Anka, a obok niej – Lena, ta dziewczyna ze zdjęcia. Wyglądały na mocno wystraszone.
– Co się stało? – zapytał Dominik. – Nic wam nie jest?
– N-nie – wymamrotała Anka. – Ktoś wbiegł w nas, jak tam stałyśmy.
Dominik nie pytał, co tam robiły, więc Krysia też uznała, że nie będzie dociekać. Na razie.
– Pobiegł tam. – Lena pokazała dłonią na las.
– Może ty tu zostań… z Krysią – zmarszczyła brwi i odwróciła się do niej. – Co ty robiłaś u Dominika?
– Ja… eee…
– Weszliśmy napić się wody… odprowadzałem Krysię do domu po pogrzebie. Pomyślałem, że nie powinna iść sama. Najwyraźniej całkiem słusznie, bo chyba nie jest tu zbyt bezpiecznie – zerknął w stronę lasu.
Ania uniosła brwi i spojrzała na nią z powątpiewaniem, ale nic nie powiedziała.
– Idę śledzić tego człowieka – powiedziała Anka. – Strasznie rzęził, jakby nie mógł oddychać i rzucał się jak w amoku. Może to jakiś pijany gość ze stypy. W każdym razie, nie powinien biegać w takim stanie po wsi.
– Idę z tobą – powiedzieli jednocześnie Krysia i Dominik.
– Jestem policjantką, poradzę sobie – odparła.
Krysia miała dziwne przeczucie – jakby coś jej podpowiadało, że Ania nie powinna iść sama.
– To i tak jest w stronę mojego domu – powiedziała Krysia.
Ania wahała się jeszcze przez chwilę, ale w końcu się poddała.
– Lepiej, żebyście poszli ze mną niż sami – mruknęła i odwróciła się do Leny. – Zaczekasz na mnie? – zapytała zaskakująco miękkim głosem.
– Jasne. Będę w ogrodzie – cmoknęła ją w policzek i odeszła.
Krysia uznała to za nieco kuriozalne, ale nie skomentowała tego, bo z lasu dało się słyszeć pisk jakiegoś zwierzęcia. Było to coś pomiędzy bolesnym skomleniem a wyciem zarzynanego stworzenia. Zjeżyły jej się włosy na karku. Zaczynała sądzić, że to nie był człowiek. Przeglądała w pamięci wszystkie nocne istoty, o jakich wspominała jej babcia: zmora, mamuna, upiór, strzyga… ale czy cokolwiek pasowało do tego zachowania? Ta istota nie zatrzymała się, by zaatakować Ankę i Lenę, co oznaczało, że mogła to być zmora, bo te atakowały tylko śpiących ludzi. W teorii w ogóle nie powinny go zobaczyć, bo przecież nie miały daru widzenia…
– Będę szła przodem – powiedziała Anka. – Jakby coś uciekajcie i nie czekajcie na nikogo. Okej?
Nie odpowiedzieli. Krysia była zbyt przerażona, żeby wydobyć głos z gardła, a Dominik patrzył na nią lekceważąco.
– Uznam to za zgodę – warknęła i ruszyła przed siebie prosto w ciemny las.
Krysia odruchowo złapała Dominika za dłoń. Chciała go puścić – zrobiło jej się głupio – ale nie pozwolił jej na to.
– Boję się – wyznała. Doszła do wniosku, że lepiej wyjść na tchórza, niż na kochliwą desperatkę.
– Wszystko będzie dobrze, zobaczysz – powiedział ciepło.
Las był tak przepełniony mrokiem, że musieli świecić telefonami, by widzieć cokolwiek. Łomot i zwierzęce popiskiwanie zawiodły ich prosto na polanę, na której stał stary, drewniany dom. Połamane schody i wybite szyby w oknach wskazywały na to, że jest opuszczony.
– Co to za miejsce? – szepnęła Krysia.
– Ten dom stoi pusty od zawsze – powiedziała Ania. – Czasem jakiś włóczęga się tu pojawi, ale sołtys go szybko wypędza.
Z wnętrza domu dobiegł ich okropny hałas. Stanęli przed zniszczonymi schodkami. Drzwi były lekko uchylone i chwiały się na zawiasach, skrzypiąc niemiłosiernie.
– Dobra, wy tu zostaniecie, a ja…
– Nie pójdziesz tam sama. Nawet najlepsi potrzebują wsparcia – powiedział. – Krysia natomiast…
– Wejdę z wami – powiedziała, starając się nadać swojemu głosowi siłę, jakiej nie czuła.
Najchętniej uciekłaby stąd biegiem, ale była pewna, że to co tam zobaczy, nie będzie człowiekiem. Nie mogła zostawić Anki i Dominika na pewną śmierć. Wiedziała, jak walczyć z demonami. Oni nie wiedzieli.
Spodziewała się, że była to zmora. Raczej mała szansa, że w tak krótkim okresie czasu spotkałaby dwie mamuny w tak małej wsi. Gdyby po okolicy z kolei grasował upiór, wiedziałaby już o tym. To nie mogła być także strzyga – inaczej Anka i Lena byłyby już martwe. Zostawała więc zmora.
– Nie – powiedziała Anka stanowczo.
– Tak. – Nie czekając na więcej, złapała za zardzewiałą siekierkę, którą uchwyciła wcześniej spojrzeniem i minęła ich.
W domku panowały nieprzeniknione ciemności. Na podłodze walały się kawałki desek, jakieś szmaty i butelki po piwie.
– Krysia, co do cholery… – Anka weszła tuż za nią.
– Nie! – Krysia chciała ją pchnąć na podłogę, ale nie wyszło jej i uderzyła dziewczynę łokciem w nos. Anka wpadła na drzwi i wyleciała wraz z nimi na schodki.
– Co jest?! – krzyknął Dominik, ale Krysia rzuciła się już z siekierką przed siebie.
Zaraz po tym jak weszła, zobaczyła demona. To nie była zmora ani mamuna.
To był jednak upiór. A konkretnie, stara Franiakowa, która przemieniła się w upiora. Wyglądała zatrważająco: miała szarą skórę i krew rozmazaną na twarzy. Bił od niej mocny fetor rozkładającego się ciała.
Teraz z rzężącym oddechem rzuciła się w stronę Krysi i Dominika.
– Uciekaj! – krzyknęła Krysia.
Nie miała czasu na wahanie. Zamachnęła się siekierką z całej siły i rąbnęła upiorzycę prosto w szyję. Łupnęło głucho.
Krysia jęknęła. Nie udało jej się odrąbać całej szyi na raz, więc musiała poprawić cios. Za drugim razem głowa upiorzycy spadła na ziemię. Wszędzie była krew.
– Czy to… Franiakowa?! – wydyszał Dominik.
Krysia jęknęła w duchu. Zapomniała już, że tu był.
– Nie do końca. To była kiedyś Franiakowa – odpowiedziała, wycierając z obrzydzeniem krew upiora z twarzy. – Zmieniła się w coś w rodzaju wampira po śmierci.
Dominik wytrzeszczył oczy.
– Co ty wygadujesz?! Zwariowałaś chyba!
– Nie – westchnęła Krysia. – Zobacz na jej usta – pokazała na twarz upiorzycy. Spomiędzy jej warg wystawały długie, ostro zakończone kły.
Podeszła do kąta izby, w której się znajdywali. Leżał tam rozszarpany lis. Najwyraźniej to zwierzę wcześniej tak żałośnie piszczało.
– To jego zabiła – westchnęła.
Dominik wciąż stał osłupiały. Wyglądał, jakby zamierzał zaprotestować, ale nic nie mówił.
– Wiem, że proszę o wiele, ale czy pomógłbyś mi zabrać ją do trumny? Musimy ją tam włożyć z głową w nogach zanim zacznie wschodzić słońce. To najskuteczniejsza metoda uniemożliwienia jej powrotu – powiedziała.
Długo nic nie mówił. W końcu jednak nieznacznie kiwnął głową.
Gdy wychodzili z domu, Anka wciąż leżała nieprzytomna na drzwiach. Krysia pochyliła się nad nią.
– Oddycha – stwierdziła. – Poza tym, nie uderzyłam jej zbyt mocno. Tak pechowo wyszło, że trafiłam ją w nos.
– Pechowo? Raczej szczęśliwie. Jestem pewien, że nie uwierzyłaby w gadkę o upiorach – mruknął Dominik, przyspieszając kroku.
Krysia go szybko dogoniła. Szli lasem, tuż przy drodze, w zupełnym milczeniu. Tworzyli dość przerażający orszak – ona niosła odrąbaną głowę, on bezgłowe ciało. Mieli szczęście, że cmentarza nikt nie zamknął – z pewnością klucznik poszedł się napić na stypę i nie wrócił na czas, żeby zamknąć bramę.
Wślizgnęli się do kaplicy. Po środku leżała trumna, w której wcześniej znajdowała się Franiakowa. Wieko leżało teraz na ziemi, a wnętrze było puste.
Dominik wypuścił z siebie głośno powietrze, gdy włożyli upiorzycę z powrotem do trumny i zatrzasnęli wieko.
– Oby nikt tego nie otworzył – szepnęła Krysia.
– Raczej nie ma takiego ryzyka… gdyby nie to, że zobaczyłem na własne oczy pustą trumnę, nie uwierzyłbym.
Wyszli na zewnątrz. Oboje byli uwalani w brudzie i krwi, a jej sukienka miała spore rozdarcie na udzie, ale musieli wrócić po Ankę. W drodze powrotnej także ze sobą nie rozmawiali. Krysia już zaczynała sądzić, że po tym wszystkim chyba nie będą umieli wrócić do tego, co było wcześniej. Wspólna walka z demonem nie należała do wydarzeń, które łączą ludzi.
Przed ruderą Ania zdążyła się już obudzić. Stała, wyprostowana, ocierając krew spod nosa i trzymając telefon przy uchu. Gdy tylko ich dostrzegła, ruszyła w ich kierunku.
– Gdzie byliście, do cholery?! – krzyknęła. – Myślałam, że wam się coś stało! A ty… – wycelowała palcem w Krysię. – Jak mogłaś mnie uderzyć!
– To było niechcący! – Krysia uniosła ręce w obronnym geście. – Chciałam cię osłonić…
– To policja osłania cywili, nie odwrotnie – warknęła Anka. – Był tam w ogóle ktoś?
– Nie – skłamał Dominik. – To znaczy, tak, był tam lis. Musiało go coś zaatakować, bo był cały poharatany i miotał się z bólu. Zdechł, zanim zdążyliśmy mu pomóc.
Ania westchnęła z ulgą.
– Wyglądacie strasznie – powiedziała, obrzucając ich krytycznym spojrzeniem. – Ja wracam do domu. Nie musicie mnie odprowadzać – mruknęła.
I zniknęła w lesie. Zostali sami.
– Chcesz o tym pogadać? – zapytała Dominika. Wszystko działo się tak szybko, że na pewno nie miał czasu oswoić się z tą sytuacją.
Spojrzał w bok, zaciskając usta.
– Na razie jeszcze nie. Ale niedługo… tak – odparł.
Zapadła cisza, która – o dziwo – nie była niekomfortowa. Krysia wbiła wzrok w ziemię, ale podniosła go, gdy Dominik się zaśmiał.
– Z czego się śmiejesz?
– Myślę, że to była najgorsza randka w historii świata… zabiliśmy w końcu potwora. Ale z drugiej strony, jakie szanse na powodzenie miała randka, która zaczęła się od pogrzebu?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *