[Odcinek 4] Sąsiadka

Babcia wyszła na podwórko z zaskakująco przyjemnym wyrazem twarzy. Zazwyczaj obrzucała Krysię krytycznym lub badawczym spojrzeniem, ale tym razem jej buzię rozświetlał lekki, jakby wycofany uśmiech. Obok niej szedł pan Jacek, sąsiad z drugiego końca ulicy. Krysia zdążyła się już przyzwyczaić do jego częstych wizyt. Tuż po pogrzebie starej Franiakowej wrócił z sanatorium i od tego czasu przychodził niemal codziennie, zajmując babci długie godziny. Co ciekawe, babcia nie narzekała, chociaż zwykle denerwowała się, jeśli jakaś sąsiadka zagadała ją na dłużej niż dziesięć minut.
– To do zobaczenia – powiedział pan Jacek, mijając Krysię, która stała przy furtce.
– Do widzenia – odparła. Babcia tylko pomachała z uśmiechem, po czym odwróciła się i ruszyła z powrotem do domu.
Krysię kusiło, żeby pójść za nią, ale Dominik miał jej coś przywieźć z paczkomatu, więc musiała czekać przy siatce. Muszę kupić sobie chociażby rower, westchnęła w duchu. Nie podobało jej się to, że usychała tak w oczekiwaniu na Dominika, jak jakaś zakochana małolata. Mogła oczywiście pojechać autobusem do Ozorkowa, ale to byłoby dziwne, szczególnie po tym, jak chłopak sam zaproponował, że przywiezie paczkę.
W końcu się pojawił. Miał na sobie tą bluzę, którą jej kiedyś pożyczył. Krysia uśmiechnęła się mimowolnie, gdy zobaczyła jego twarz.
– Cześć – odwzajemnił uśmiech. – Mam dla ciebie przesyłkę. Ciężka jak diabli. Coś ty zamówiła?
– Książki, a co myślałeś? – odparła oburzona, starając się ukryć jakoś rumieniec.
– Nic nie myślałem – wyszczerzył zęby. – Jak twoja książka? Nadal zwiedza szufladę?
– Już nie, bo mi się popsuła. Szuflada, nie książka – dodała pospiesznie. – Poza tym to była metaforyczna szuflada. Książka jest na moim laptopie.
– Mogę naprawić szufladę, jeśli chcesz – wzruszył ramionami od niechcenia. – Mam w sumie chwilę.
Tego było za wiele. Co on sobie myślał? Że nawet szuflady nie umie sama naprawić? Dobre sobie!
– Poradzę sobie, nie trzeba – odparła hardo.
Od razu, gdy zobaczyła jego minę, pożałowała tych słów. Grymas na jego twarzy wyraźnie wskazywał na to, że bardzo chciał tą szufladę naprawić.
– No, ale może tobie pójdzie szybciej. Nie jestem złotą rączką – siliła się na swobodny ton. – Chcesz wejść?
– Czemu nie – mruknął i rzucił jej przelotne spojrzenie. – Ładnie ci w tym… no… w ogóle wyglądasz… no, po prostu w porządku.
Komplement o takim wydźwięku nie mógł zwalić jej z nóg, więc uśmiechnęła się tylko.
– Pokój jest na górze – powiedziała, po czym ruszyła schodami, a Dominik poszedł za nią. W połowie schodów przyłapała się na tym, że zastanawia się nad własnymi plecami (czy nie są na pewno zbyt odsłonięte? czy ja nie mam przypadkiem krzywych łopatek?). Prychnęła, zirytowana własną głupotą.
– Coś cię rozbawiło? – zapytał Dominik, wchodząc za nią do pokoju.
– Śmieję się do moich myśli – wzruszyła ramionami, nie zastanawiając się nad tym, co mówi. – Czasami opowiadam sobie dowcipy w głowie.
Dominik parsknął śmiechem.
– Lubię cię między innymi za takie komentarze. A twój pokój – rozejrzał się po meblach – jest uroczy. Pasuje do ciebie.
No, to już było bliżej prawdziwego komplementu. Poczuła, jak rumieniec zakrada się na jej twarz. Szybko odwróciła się do sekretarzyka i pociągnęła za największą szufladę, bezpiecznie schylając głowę do cienia. Szuflada wysunęła się kawałek i utknęła.
– Nie da się jej bardziej wyciągnąć, nie wiem czemu – westchnęła. – Próbowałam tam zajrzeć, ale nic nie widać, a szuflada jest tak zablokowana, że nie da się jej wyjąć.
Dominik kiwnął głową, po czym przysunął się do niej.
– Mogę? – zapytał.
Dopiero wtedy Krysia otrzeźwiała, uświadamiając sobie, że zablokowała dojście do szuflady. Odsunęła się pospiesznie.
– Wybacz, czasem się zamyślę… i wychodzi dziwnie – zaśmiała się nerwowo. – Widzisz tam coś?
Dominik ukląkł i poświecił telefonem na szynę. Potrząsnął kilka razy szufladą, a po chwili zmarszczył czoło.
– Kurczę, widzę jakiś materiał. Biały. Trzymałaś tu ubrania?
– Nie, zeszyty – zdziwiła się Krysia. – Co to jest?
Chłopak wsunął dłoń, a gdy ją wyciągnął, spomiędzy jego palców wystawała staromodna koronka.
– To chyba… ramiączko od stanika – powiedział zmienionym głosem. Krysia bała się na niego spojrzeć. Zabrała po prostu materiał z jego dłoni.
– Faktycznie – przyjrzała się pożółkłej koronce. – Ale to nie moje… musiało należeć do poprzedniej właścicielki sekretarzyka. Do mamy albo do babci.
– Jasne – odparł Dominik bez przekonania. – Lepsze to, niż gdybyś trzymała tam jakiegoś upiora.
Nie rozmawiali o Franiakowej od dnia pogrzebu – jakby nigdy nie było ani spotkania po pochówku, ani walki z demonem. Krysia w zasadzie przestała już liczyć na to, żeby ich koleżeństwo – bo nie była to przyjaźń – zamieniło się jeszcze kiedyś w coś innego. Wmawiała sobie, że wcale nie jest jej przykro i póki co nawet nieźle jej szło, a przynajmniej nieźle jej szło do teraz.
Trudno powiedzieć, jak długo staliby tak, uciekając od siebie wzrokiem, gdyby do pokoju nie wparowała babcia.
– A ty, co tu robisz? – zdzieliła go ścierką po głowie. – Moją wnuczkę na manowce sprowadzasz!
Dominik się zaśmiał i, ku zaskoczeniu Krysi, babcia Józia też się roześmiała.
– Zejdźcie na dół. Jest herbata – powiedziała. – A ty, Krysia, musisz jeszcze raz poskładać firanki z prania. Wyglądają jak psu z gardła wyjęte.
Krysia przełknęła ślinę, skupiając myśli na biciu serca. Wszystko byle tylko nie zarumienić się ze wstydu.
Chwilę później babcia wyszła, a zaraz za nią Dominik. Krysia ruszyła już w stronę drzwi, ale ktoś zagrodził jej drogę.
– Cześć – rzuciła Krysia do domowika. – Co tam?
– To ramiączko… jest moje – wymamrotał.
Krysia wyprostowała się, zaskoczona.
– Nosisz biustonosz?
– Nie! – oburzył się. – To… dla kogoś. Czy mogę prosić, żebyś mi to oddała?
Krysia kiwnęła głową. Była bardzo ciekawa, po co było domowikowi ramiączko od starego, pewnie już nieistniejącego biustonosza, ale nie zapytała – czuła, że i tak wymigałby się od odpowiedzi.
– Jasne – podała mu koronkowy pasek.
Zabrał ramiączko z jej dłoni z taką miną, jakby brał do niej najcenniejszy skarb, więc uśmiechnęła się, ale gdy mrugnęła, już go nie było.

*

Babcia przysnęła na fotelu. Czytane przez nią „Życie na gorąco” leżało oparte na jej piersi. Taką właśnie zastała ją Krysia, gdy wróciła z ogrodu. Nie planowała jej budzić – wiedziała, że kiepsko sypia w nocy – ale zadzwonił domofon, więc babcia i tak otworzyła oczy.
– Kto to?
Krysia wyjrzała szybko przez okno.
– Chyba pan Jacek – odparła.
Babcia wstała z fotela i podeszła do lusterka, poprawiając włosy.
– No, odjąć zmarszczki i siwe włosy… wyglądam prawie jak Pola Negri – ryknęła śmiechem.
Z uśmiechem odwróciła się do pana Jacka, który właśnie pojawił się w progu.
– Cieszę się, że zastaję cię w dobrym nastroju – powiedział, wycierając buty. – Dzień dobry, Krysiu.
– Dzień dobry – mruknęła Krysia. Planowała zmyć się do pokoju jak najszybciej, ale babci wzrok przykuł ją do podłogi.
– Zrób nam herbaty, i poczęstuj pana Jacka ciastkami – powiedziała.
„Proszę” by nie zabolało, pomyślała Krysia z irytacją. Mimo wszystko poszła do kuchni i nastawiła wodę. Babcia nie miała wielu przyjaciół – pan Jacek był jedną z niewielu osób, które naprawdę ją lubiły. Kłótliwa wnuczka mogłaby negatywnie wpłynąć na tą relację.
-…nie daje spać – dosłyszała Krysia. Pan Jacek brzmiał na poddenerwowanego.
– To dziwne – odparła babcia. – I nic nie pomaga? A herbatkę z kopru może dawała?
– Tak, i to też nic nie dało. Pani Marcelina prawie…
Czajnik zaczął gwizdać. Krysia z niezadowoleniem porzuciła podsłuchiwanie rozmowy toczącej się w dużym pokoju i zajęła się herbatą.
Gdy przyszła z tacą, rozmawiali już o czymś innym.
– A czym ty się zajmujesz? – zapytał pan Jacek.
Krysia odwróciła się z zakłopotaną miną. Dla starszych ludzi jej praca nie była często prawdziwą pracą.
– Piszę felietony. Do gazet i magazynów – dodała. – Babcia nie wspominała, że skończyłam studia z…
-…pisania, tak – uśmiechnął się pan Jacek. – Czego to już ludzie dziś nie wymyślą!
Krysia zacisnęła usta. Takie komentarze lubiła najmniej. Szybko wysiorbała łyk swojej herbaty, żeby uniknąć konieczności odpowiedzi.
– Słyszałem, że zaprzyjaźniłaś się z Anią i Dominikiem. To dobrze. Za mało mamy tu młodzieży – skomentował pan Jacek. – Mogłabyś może porozmawiać z panią Marceliną. Jest kilka lat od ciebie starsza, ale przyjechała tu na lato i nie zna nikogo.
Krysi przypomniało się, że wcześniej wspominał już o tej kobiecie, więc nadstawiła uszu.
– A czemu akurat tu przyjechała? – zapytała Krysia od niechcenia.
– Jest z Łodzi i ma półrocznego synka. Jej mąż nie mógł wziąć więcej urlopu w tym roku, więc postanowiła poszukać pokoju do wynajęcia na wsi pod Łodzią. Padło na mnie – uśmiechnął się. – Jest naprawdę bardzo miła, tylko trochę zmęczona. Gniewko nie daje jej spać.
– Gniewko? Tak się nazywa jej syn?
– Tak. Ma straszne kolki, co noc. Kilku lekarzy już go oglądało i nic mu nie pomaga – westchnął pan Jacek.
– Mówiłam właśnie, że to dziwne. Sześć miesięcy to już nie noworodek przecież – powiedziała babcia. – Przyniosłabyś może te owsiane ciasteczka z szafki? Te, które upiekłaś wczoraj zdążyły już się zrobić za twarde.
Krysia kiwnęła głową, a gdy wychodziła, babcia posłała jej piorunujące spojrzenie. Tego już było trochę za wiele, więc po przyniesieniu ciastek do dużego pokoju wyszła z domu bez słowa wyjaśnienia.
Po chwilowym wahaniu ruszyła piaszczystą drogą, przy której mieszkała. Zamierzała odwiedzić tą młodą matkę, która zamieszkała u pana Jacka. Babcia na pewno nie bez powodu zadawała te wszystkie pytania. Krysia czuła, że w sprawę z płaczącym dzieckiem musi być zaplątany jakiś słowiański demon. Czyżby znowu mamuna? Młoda matka w okolicy mogła przyciągnąć tu jedną z nich.
Krysia poczuła się nieco pewniej. Już raz poradziła sobie z mamuną.
Dom pana Jacka był okazalszy od domu babci, ale mniej zadbany. Widać było, że sprzątanie i ogród nie należały do pasji gospodarza.
Krysia stanęła doszła pod same drzwi i delikatnie zapukała. Bała się zadzwonić domofonem, żeby nie obudzić dziecka. Nikt jej jednak nie otworzył.
– Halo? – powiedziała głośno, zerkając do wnętrza przez najbliższe okno.
Po chwili zza domu wyłoniła się kobieta. Na jednym ręku kołysała dziecko, drugą dłoń zwinęła, przykładając palec do ust. Krysia uśmiechnęła się i kiwnęła głową.
– Jestem Krysia. A ty? – zapytała szeptem, chociaż znała odpowiedź.
– Marcela – odszepnęła. – Pana Jacka nie ma. Wyszedł gdzieś, chyba do tej dziwnej sąsiadki z drugiego końca ulicy.
Krysia drgnęła. Co proszę?
– Czemu dziwnej?
Marcelina gestem wskazała na ogród. Przeszły za dom, gdzie znajdował się leżak oraz śliczny i z pewnością horrendalnie drogi wózek dziecięcy. Marcelina odłożyła chłopca do środka i odetchnęła z ulgą. Odeszły kawałek, siadając na ławce pod płotem.
– Zasypia w zasadzie tylko na dworze. Jak idę z nim na spacer, albo jak wyjdziemy na ogród… – powiedziała z westchnieniem, po czym zerknęła na Krysię badawczo. – A ta sąsiadka to taka siwa babcia, niby nic szczególnego, ale ma coś takiego w oczach… jakby o tobie wszystko wiedziała. To jest takie creepy.
Krysia kiwnęła głową. Tak, babcia miała takie spojrzenie, które potrafiło przyprawić o dreszcze.
– To moja babcia – powiedziała Krysia.
Kobieta spojrzała na nią ze zdumieniem.
– Przepraszam. Nie wiedziałam. Nie jesteś do niej podobna – stwierdziła, jakby to ją jakkolwiek usprawiedliwiało, po czym rzuciła jej spojrzenie pełne niedowierzania. – Pewnie pan Jacek kazał ci tu przyjść i mnie rozerwać?
Krysia z trudem powstrzymała prychnięcie. Jednego była pewna – nie polubiła Marceliny, a współczucie, jakie poczuła, słysząc o trudach jej macierzyństwa, wyparowało z niej jak woda z prania schnącego na pełnym, czerwcowym słońcu.
– Nie do końca, ale tak wyszło – powiedziała Krysia, zmuszając się do spokojnego tonu. – Raczej chciałam ci zaproponować, że popilnuję twojego synka, a ty możesz się przejść do kawiarni… czy gdzie tam chcesz.
To był jedyny sposób, żeby na spokojnie sprawdzić, czy w tą sprawę zamieszany była jakaś nieludzka istota. Z Marceliną i jej krytycznym spojrzeniem Krysia nie miała szans przegonić demona niezauważenie.
– Naprawdę? – Marcelina wydała się szczerze zdumiona. – Zrobiłabyś to dla mnie?
– Jasne. Umiem zajmować się małymi dziećmi, opiekowałam się takimi bobasami w liceum – powiedziała Krysia, zerkając wymownie na zegarek. – Wiesz, nawet teraz mogłabym wygospodarować jakąś godzinę albo dwie. Chcesz iść?
Marcelina zerknęła tęsknię w stronę furtki, ale niemal natychmiast się opamiętała.
– Wolałabym zaczekać, aż wróci pan Jacek…
– Jestem – krzyknął nagle od furtki, po czym przyłożył dłoń do ust. Oczy Krysi i Marceliny odruchowo powędrowały do wózka, z którego rozległ się rozdzierający wrzask.
– To by było na tyle z mojej wycieczki – westchnęła kobieta.
– No co ty, umiem się zająć płaczącym dzieckiem – oburzyła się Krysia.
– Na pewno umie piec ciasteczka – potwierdził z uśmiechem pan Jacek, podchodząc do nich.
– A więc zna ją pan? – zapytała Marcelina podejrzliwie.
Krysia powstrzymała się przed przewróceniem oczami.
– Tak, to wnuczka Józi, mieszka na końcu drogi – odparł pan Jacek.
Gdy już pan Jacek i Krysia wytłumaczyli młodej mamie, gdzie ma iść i jak, Krysia postanowiła odprowadzić ją pod furtkę z Gniewoszem w wózku. Na tą chwilę przestał płakać, ale w każdej chwili mógł znowu zalać się łzami, więc mówiły po cichu.
– Trochę daleko do centrum wsi… – narzekała Marcelina.
W oddali rozległ się charakterystyczny warkot motoru, którego nie dało się z niczym pomylić. Krysia podeszła bliżej do furtki, ale Dominik jej nie zauważył. Przejechał przed bramą nie zatrzymawszy się. Dopiero po chwili zawrócił i stanął niemal tuż przed nosem Krysi.
– Cześć – powiedział, zdejmując kask. – Twoja babcia mi powiedziała, że tu jesteś. A i przekazuję, że masz zakaz wsiadania na motor. Mówię, żeby mieć czyste sumienie.
– Dzięki. – Krysia uśmiechnęła się szeroko. – To gdzie jedziesz?
– Do kina w Łęczycy. Z tobą. Grają ten film, o którym mi ostatnio opowiadałaś, że chcesz zobaczyć – powiedział, energicznie szukając biletów w plecaku. Gdy je wyciągnął, wciąż miał zakłopotaną minę. – Seans się zaczyna za pół godziny, więc musimy ruszać.
– A co jeśli miałabym plany? – zapytała Krysia zaskoczona.
– Pytałem jakieś dwa tygodnie temu, czy dziś będziesz coś robić. Nie pamiętasz?
Faktycznie, pomyślała Krysia, przypominając sobie wymianę SMSów na ten temat. Wiedziała, co musiała mu odpowiedzieć i na samą myśl skręcały jej się kiszki.
– Nie mogę jechać. Przepraszam, oddam ci kasę za bilety – mruknęła. – Obiecałam popilnować synka Marceliny.
Gdyby tu chodziło o synka Krysi, nie pozwoliłaby nikomu zrezygnować z wcześniej ułożonych planów – sama zostałaby ze swoim dzieckiem. Ale Marcelina nie miała tego problemu, a nawet poszła o krok dalej.
– Skoro ty nie jedziesz, ja chętnie pójdę – powiedziała i posłała Dominikowi olśniewający uśmiech. – Bardzo dawno nie byłam w kinie! To będzie atrakcja.
Dominik wytrzeszczył oczy, ale szybko przykrył to sztucznym uśmiechem.
– Oczywiście – powiedział, zerkając pospiesznie na Krysię.
Sposób, w jaki Marcelina zwracała się do niego i obrzucała go wzrokiem, sprawiał, że Krysia z trudem skupiała myśli na czekającym polowaniu na demona. Fakt, postąpiła słusznie, w końcu każdemu należał się odpoczynek, ale nigdy jeszcze żaden dobry uczynek jej tyle nie kosztował.
Jest ode mnie ładniejsza. Natrętne myśli przychodziły jej do głowy, gdy uspokajała płaczącego Gniewka. Wiedziała, że są absurdalne, bo Marcelina była mężatką, ale nie mogła się ich pozbyć.
Chłopiec w wózku w końcu zasnął, pan Jacek był w swoim pokoju, a Dominik z Marceliną – pewnie już w kinie. Krysia już miała przyjrzeć się z bliska ogrodowi (a nuż rosły tu paprocie), gdy usłyszała dziwny dźwięk. Z czymś jakby jej się kojarzył… może z jakimś filmem? Z jakąś bajką Disneya chyba. Wyraźnie widziała charakterystyczne dla Disneya postacie w pamięci, ale nie umiała ich nigdzie umiejscowić.
Hałas dochodził z szopy, która była wciśnięta w róg ogrodu pomiędzy płot a gigantyczny dąb. Podeszła bliżej, czując, jak strach zaciska się na jej gardle coraz mocniej. Wszystko będzie dobrze, powtarzała sobie.
Otworzyła drzwi szopy, ale zanim weszła – hałas ustał.
Rozejrzała się po zakurzonym pomieszczeniu. Niepomalowane ściany z desek były pełne zacieków i plam, na posadzce kurz zdążył utworzyć imponujące kołtuny, a powietrze było przesycone zapachem stęchlizny. Wszystko zdawało się nieruchome poza dziwnym kołem na stojaku, które kręciło się, jakby ktoś przed chwilą wprawił w ruch.
– Kto tu jest? – zapytała Krysia odruchowo, chociaż nie spodziewała odpowiedzi.
Przyjrzała się bliżej kołu – było drewniane i wraz ze stojakiem wyglądało jak wybrakowany rower. Wtedy dopiero skojarzyła, gdzie je widziała – w bajce o śpiącej królewnie. To był kołowrotek.
Odetchnęła z ulgą.
– Możesz już wyjść, nic ci nie zrobię! – powiedziała.
Nikt się nie pojawił.
– No chodź. Proszę. Muszę z tobą porozmawiać – dodała łagodnie, ale znowu bez efektu.
Najwyraźniej przeciwniczka nie zamierzała się poddać tak łatwo. Trzeba było zastosować przynętę.
Wróciła się do ogrodu, gdzie zostawiła dziecko w wózku.
A teraz był tylko wózek. Pusty.
– Nie – wykrztusiła z zaciśniętym żołądkiem.
Rozejrzała się spanikowana, ale oczywiście, dziecka nigdzie nie było. Ciężko przecież, żeby sześciomiesięczne niemowlę samo wyskoczyło z wózka!
Zerknęła przez okno do wnętrza domu – pan Jacek spał, chrapiąc głośno, z głową opartą na siedzeniu fotela. Chwyciła więc za wózek i energicznie ruszyła w stronę drogi, co rusz oglądając się za siebie. Nie mogła sobie wbić do głowy, że dziecko nie mogło wypaść z wózka.
To musiała być ona. Ukradła dziecko. Nie było innego wyjaśnienia. Tylko czemu ukradła je teraz, a nie gdy opiekowała się nim Marcelina?
Zdyszana, Krysia dotarła w końcu pod swój dom. Babcia podniosła głowę znad przycinanego krzewu róż.
– A co ty tu robisz? Dopiero co widziałam, jak gnasz na tym okropnym motorze z Dominikiem – burknęła babcia.
– To była ta letniczka od pana Jacka. Ja zostałam z jej dzieckiem…
– Kto to słyszał! Żeby dziecko zostawiać komuś i iść z chłopem w tango! – krzyknęła babcia z oburzeniem.
– Mniejsza o to – wydukała Krysia roztrzęsionym głosem – kikomora dręczyła dziecko, a teraz zabrała je z wózka!
Babcia otworzyła szerzej oczy, zerkając w głąb wózka.
– No to pięknie. W coś ty się wpakowała! – Zamachnęła się na Krysię rękawiczką trzymaną w dłoni, ale uniknęła ciosu. – Jak mogłaś się za to zabrać bez mojej wiedzy! Za mało jeszcze umiesz!
– Myślałam, że dam radę – wymamrotała Krysia.
Przez chwilę babcia wpatrywała się w nią z gniewem iskrzącym w oczach, ale zaraz westchnęła ciężko i znowu się odezwała.
– Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Trzeba ją czymś przywołać. Najlepsza byłaby żywa kura, bo to kikimory najbardziej lubią jeść – westchnęła babcia. – Tylko nie wiem, gdzie ona może być. Raczej już nie jest w ogrodzie pana Jacka, na pewno uciekła w te pędy.
– Może wezmę tą kurę i przejdę się z nią drogą?
– Zgłupiałaś? Przecież ona od razu zrozumie, że to zasadzka. Trzeba by puścić ją po drodze i z oddali pilnować…
Dopiero teraz Krysia to usłyszała – płacz małego dziecka, dobiegający jakby z oddali. Włosy zjeżyły jej się na karku. Kikimora musiała być gdzieś blisko.
– Słyszysz to? – zapytała babcia.
Krysia kiwnęła głową i rozejrzała się po ogrodzie. Płacz dobiegał gdzieś z góry.
Wtedy zobaczyła otwarte okno na strychu. Nikt tam nie wchodził od lat – poddasze, na które trzeba było się wspiąć przy pomocy chybotliwiej drabiny, było niemal zupełnie puste. I na pewno nikt tam nie otwierał okna.
– Jest na strychu. Ale czemu nasz dom? – powiedziała Krysia.
Nie czekając na odpowiedź skonsternowanej babci, rzuciła się biegiem w stronę domu. Dopiero na drabinie ogarnęło ją wahanie. Jak zamierzała pokonać kikimorę? Nie wzięła ze sobą żadnej broni!
Otworzyła klapę strychu i ze zdumieniem odkryła, że nie zleciała na nią chmara kurzu.
Na strychu nie było kurzu ani rupieci. Stały tam stare meble, ale ustawione były w taki sposób, jakby ktoś chciał urządzić nimi pomieszczenie. Było nawet bardzo staroświeckie w lakierowanej ramie.
To na nim leżało dziecko, krzycząc, ile sił w płucach.
A nad nim pochylała się kikimora. Była malutka i odziana w różne szmaty i chusty, których nawet babcia już nie założyłaby na siebie. Jej buzia była wyciągnięta jak dziób, a palce zakończone szpiczasto. Zamiast nóg miała ogromne kurze łapy.
– Stój – powiedziała Krysia.
– Nie odbierzesz mi go – powiedziała kikimora. – Tak długo chcieliśmy mieć dziecko!
– Chcieliście? – zdumiała się Krysia.
– Tak. Ja i Wasili.
Krysia uniosła brwi, nie wierząc w to, co słyszała.
– Wasili? Nasz domowik?
– Mój mąż – warknęła.
Klapa w podłodze zaskrzypiała. W dziurze pojawiła się głowa Wasiliego, który zamarł, gdy zobaczył Krysię.
– Co się dzieje? – zapytał.
– Twoja żona ukradła dziecko naszej sąsiadki! – krzyknęła Krysia, już kompletnie wytrącona z równowagi. –
– Nie! Taszka, jak mogłaś? – złapał się za głowę.
W oczach kikomory pojawiły się łzy.
– Ja tylko… chcieliśmy dziecko przecież…
– Ale nie tak. Nie możemy porywać ich sąsiadom. Pani Józia nam ufa.
Łzy spłynęły po wklęsłych policzkach demonicy. Po chwili milczenia odsunęła się od łóżka. Krysia czym prędzej zabrała z niego dziecko.
– Dziękuję – powiedziała do kikimory.
Nic jej nie odpowiedziała, za to Wasili przybliżył się do żony i ją objął. Gdy uspokoiła się, wyciągnął coś białawego z kieszeni i podał jej.
– Proszę, z koronką – powiedział, uśmiechając się czule.
Krysia nie musiała patrzeć, żeby wiedzieć, co to było. Widziała już przecież tą koronkę.

*
– Jestem w szoku, że tak spokojnie śpi – powiedziała Marcelina do Krysi kilka godzin później. – I w ogóle nie płakał?
– Trochę jak poszłaś, potem wcale. Jest całkowicie spokojny – uśmiechnęła się Krysia nie do końca szczerze.
Nie podobało jej się to, że Dominik wrócił taki zadowolony, ani to, że Marcelina ciągle coś do niego szczebiotała, wybuchając śmiechem. Trzeba było jednak robić dobrą minę do złej gry.
– Jestem ci bardzo wdzięczna. Może dziś będzie już grzecznie spał – westchnęła, zerkając na synka.
– Myślę, że będzie już spał znacznie lepiej. Rozłąka czasem dobrze robi. – Krysia nie lubiła wygłaszać mądrości życiowych w tym stylu, ale nic lepszego nie przyszło jej do głowy. Spojrzała kątem oka na Dominika, zastanawiając się, czy aby właśnie nie uznał, że powiedziała coś przemądrzałego, ale on uparcie wpatrywał się w las za jej plecami.
– Obyś miała rację. To ja już sobie pójdę. Jeszcze raz dziękuję ci za wieczór. – Marcelina rzuciła Dominikowi przelotne spojrzenie spod opuszczonych rzęs, po czym wyszła za furtkę, pchając przed sobą wózek.
Zapadła w końcu prawdziwa leśna cisza: cisza przerywana tysiącem drobnych hałasów. Cykanie świerszczy, szum wiatru pieszczącego liście, sporadyczne poćwierkiwanie ptaków, stukanie dzięcioła, hukanie sowy… Krysia już sama nie była pewna, czy była to raczej piękna cisza, czy muzyka, gdy nagle Dominik stanął przed nią i ot tak, bez żadnego słowa wyjaśnienia, przyciągnął ją do siebie i pocałował w usta.
Być może ta leśna melodia nocy była preludium do czegoś, co od dawna chowało się – pełne obaw i nadziei – w cieniu drzew.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *