[Odcinek 6] Kwiat paproci

Dwudziestego czerwca Krysię obudziła głośna burza. Z ulgą otworzyła oczy. Od czasu, gdy tydzień wcześniej jej młodszą siostrę zaatakowała południca, nie mogła spokojnie spać.
– Wszystko w porządku? – mruknął Dominik, wystawiając głowę spod kołdry.
– Zły sen – odparła, opadając z powrotem na poduszki. – W końcu to się uspokoi, ale na razie wciąż jest zbyt świeże.
– Bardzo mi przykro. – Otoczył ją ramieniem, po czym usiadł, przecierając twarz. – Powinienem się zbierać. Przez ciebie jestem w plecy ze wszystkimi projektami.
Krysia uniosła brwi, zwalczając ochotę wybuchnięcia śmiechem.
– Przeze mnie? – prychnęła. – Nie zmuszam cię, żebyś tu był.
– Jak mnie tu nie ma, to i tak myślę tylko o tobie – uśmiechnął się. – A właśnie, jutro jest ognisko z okazji nocy świętojańskiej. Chcesz przyjść? Będzie też Ania – zachęcał ją.
– Chcę, ale nie wiem, czy babcia się zgodzi. Wiem, że wolisz o tym nie gadać, ale nie chcę cię oszukiwać – powiedziała powoli. – W najdłuższą i najkrótszą noc w roku demony mają większą moc, a przynajmniej tak mówiła babcia. Być może będę musiała coś zrobić, jakoś jej pomóc.
Na jego twarzy odmalowało się zaskoczenie, ale szybko to przykrył uśmiechem.
– Jasne, rozumiem. To daj mi znać – powiedział.
Przy śniadaniu Krysia postanowiła podpytać babcię o noc świętojańską. Trochę bała się tego, co może usłyszeć, ale z drugiej strony, czy mogło ją spotkać coś gorszego niż walka z upiorem? Oby nie, modliła się w duchu, bo chyba był mój górny limit.
– Babciu, jutro jest noc świętojańska – zaczęła. – Wiem, że to wyjątkowa noc.
– A i owszem – odparła babcia, zerkając na wnuczkę znad okularów. – Jutro trzeba będzie uważać. Pewnie chcesz iść ognisko z resztą dzieciaków?
Krysia kiwnęła głową, uśmiechając się lekko.
– No dobrze, po prostu miej oczy dookoła głowy. Szczególnie, jeśli zapuszczałabyś się w las.
– Po co miałabym zapuszczać się w las po ciemku? – zdziwiła się Krysia. – Po tej walce z upiorem…
– To dobrze, że nie będziesz, że tak to powiem, szukać kwiatu paproci.
Krysia oniemiała. Kwiat paproci? Czyżby się przesłyszała?                                                                                                                                                                                           
– Przecież to mit. Paproć nie kwitnie – odparła. – Podobne rośliny kwitną, ale sama paproć…
– Po pierwsze, nie to miałam na myśli – zaśmiała się babcia. – Za moich czasów mówiło się tak na…
– Wiem – przerwała jej Krysia, czując jak się czerwieni. Babcia rzuciła jej rozbawione spojrzenie.
– A po drugie, znalazłam kiedyś kwiat paproci. Zwykły człowiek go nie zobaczy, trzeba mieć dar widzenia. Kwiat jest taką częścią rośliny, którą może posłużyć tylko demonom, więc ludzie zwykle jej nie widzą. Ty masz jednak dar, więc go zobaczysz.
Krysi trudno było w to uwierzyć, ale elastyczność jej umysłu przez poprzednie tygodnie znacząco wzrosła, więc po chwili spytała:
– I co ten kwiat daje? Warto go zrywać?
– Och, tak, o ile oczywiście zbierasz go nie na własny użytek. Kto zje płatek kwiatu paproci, ten będzie miał szczęście przez jeden dzień. Ale nie wolno go zrywać dla własnej korzyści. Tych, którzy tak zrobili, opętała jego moc i…
Krysia przestała słuchać babci, powstrzymując głośne westchnienie. Przypomniał jej się eliksir szczęścia z Harrego Pottera. Istnienie demonów to jedna sprawa – w końcu mogły istnieć inne wymiary czy prawa fizyki, których świat jeszcze nie poznał. Ale kwiat, który gwarantuje szczęście i powodzenie? To brzmiało jak czysta magia, a w to Krysia nie wierzyła.
– I co tobie dał ten kwiat?
Babcia spojrzała na nią ze smutkiem.
– Znalazłam go jako dziewczynka i dałam mamie. Każdy z nas dostał płatek w dniu, w którym do naszej wsi weszło wojsko. Byliśmy jedyną rodziną, w której nikt nie zginął, nie licząc Oleny. Ona zmarła wcześniej  – odparła cicho. – Ten kwiat ocalił nam życie. Ale ty go nie szukaj, to niebezpieczne. Ja chciałam ratować życie swojej rodziny, ty nie musisz robić niczego takiego.
Krysia uniosła brwi, ale postanowiła nie protestować. Teraz już bardzo chciała znaleźć ten kwiat. W końcu, co jej szkodziło poszukać? Nikomu krzywda się nie stanie, a będzie mogła sama sprawdzić, czy babcia miała rację.
– A demony? Po co im ten kwiat? – zapytała jeszcze Krysia.
– Zjedzenie kwiatu daje im ogromną moc na cały następny rok. Jak go szukałam, to musiałam bardzo uważać, bo rusałka czy inne stworzenie nie oddałoby go bez walki – odrzekła babcia. – Miałam sporo szczęścia, że nic mi nie stanęło wówczas na drodze. Leśne demony, które co roku walczą o ten kwiat, nie krzywdzą ludzi, jeśli nie muszą. Ale jeśli ktoś próbuje zabrać im coś tak cennego…
Krysia kiwnęła głową. Zamierzała tylko poszukać kwiatu, ale nie planowała walczyć o coś, czego przydatności nie była nawet pewna.
Następnego dnia cudem zdążyła na ognisko. Zbliżał się koniec miesiąca, a wraz z nim – termin, w którym musiała wysłać felietony do magazynów. Wykonanie pracy zajęło jej więcej czasu, niż się spodziewała, głównie dlatego, że w międzyczasie wpadł jej do głowy świetny pomysł na poprawienie ostatniej sceny w książce. Otworzyła plik z książką i od razu zaczęła wprowadzać poprawki, co ją tak wciągnęło, że gdy przyszedł po nią Dominik, nawet go nie zauważyła.
– Cześć. – Podskoczyła na krześle, gdy się odezwał.
– Och, to ty! Wybacz, praca mnie trochę wciągnęła i…
– Zaczekam na dole, nie ma pośpiechu – uśmiechnął się, po czym zerknął na ekran komputera. – To twoja książka?
Krysia musiała zwalczyć pokusę zatrzaśnięcia klapy laptopa. Pokazywanie komuś po raz pierwszy swojego dzieła przypominało pokazanie się tej osobie nago – było to doświadczenie trudne, stresujące, w którym odsłania się wszystkie słabości, w nadziei, że ta druga osoba ich nie wyśmieje. Być może nawet było to gorsze od nagości, bo nie można było w żaden sposób odeprzeć potencjalnego ataku.
Komuś jednak trzeba było w końcu pokazać książkę.
– Tak – odparła cicho. – Właśnie skończyłam pisać ostatnią scenę… a raczej ją poprawiać.
– Ekstra! To będę mógł teraz przeczytać?
Krysia przygryzła wargę, ale po chwili kiwnęła głową.
Dominik rozpromienił się w uśmiechu.
– Nie spodziewałem się, że się zgodzisz, ale tym lepiej. – Wyciągnął z kieszeni pendrive’a i jej podał. – Zgrasz mi?
I tak oto Krysia zyskała pierwszego czytelnika.
Myślała o tym przez następną godzinę, w końcu to był dla niej duży krok do przodu. Cały czas powtarzała sobie, że w najgorszym wypadku Dominikowi książka się nie spodoba. Miała jednak świadomość, że ta opinia była jej potrzebna – trudno obiektywnie ocenić własne dzieło, a jeśli miała je wysłać do wydawcy, musiała wiedzieć, czy podobało się także komuś poza nią.
– Jesteś tam?
Zamrugała, zdezorientowana. Tuż przed nią stał Dominik, szczerząc zęby w uśmiechu.
– Odpływasz co chwila myślami – zauważył.
– To wciąż przez książkę. Muszę się ogarnąć – mruknęła, po czym uśmiechnęła się, gdy podeszła do niej Ania.
– Cześć! – wypaliła, ale Ania posłała jej nieco ponury uśmiech.
– Wciąż się trochę gniewam za tamtą akcję na pogrzebie – odparła Ania. – Chciałam o coś poprosić Dominika.
Po sposobie, w jaki Ania to powiedziała, Krysia zrozumiała, że ma ich zostawić samych.
– No dobra, to ja pospaceruję – wymamrotała.
To była świetna okazja, żeby poszukać kwiatu paproci.
Las nie wyglądał niepokojąco. Ot – zwykły las nocą. Sosny, świerki i jodły, które gęsto rosły w okolicy, rozpraszały intensywny, świeży zapach, który sprawiał, że spacer nocą w tym miejscu stanowił intensywne doświadczenie.
Krysia próbowała wmówić sobie, że ma ciarki z zimna, a nie ze strachu, ale zdradliwe bicie serca nie pozwalało jej się okłamywać.
Po chwili ognisko zniknęło jej z oczu, a las pochłonął ją całkowicie. Oświetlała sobie drogę latarką w komórce, ale i tak widziała tylko to, co było na kilka kroków przed nią. Krew głośno szumiała jej w uszach. Nie bała się ciemności, tylko tych, którzy się w niej skrywali, i tak jak ona dzisiejszej nocy pragnęli zdobyć kwiat paproci.
Coś zaszeleściło po prawo. Krysia podskoczyła, wydając z siebie zduszony okrzyk. Przepłoszyła przy okazji wszystkie ptaki w okolicy, które z dzikim skrzekiem uleciały ku nocnemu niebu. Brawo ja, pomyślała z ironią.
– Krysia? – szepnął ktoś za jej plecami. – To ja, Ania.
Krysia odwróciła się, świecąc dziewczynie latarką prosto w twarz.
– Ej, wyluzuj, bo mnie oślepisz – burknęła Ania. – Po co tu wlazłaś?
– A co miałam, stać i czekać aż przestaniecie gadać? – odparła Krysia. – Słuchaj, to co się stało po pogrzebie, to nie moja wina. Wiesz o tym. Nie ma o co się gniewać, serio.
Ania przygryzła wargę.
– Widziałaś coś, czego nie powinnaś była zobaczyć – mruknęła i wbiła w Krysię wyczekujące spojrzenie.
Krysia zamarła. Czyżby Ania też wiedziała o demonach? Ale nie, to nie było możliwe.
Przekopując wspomnienia z tamtego wieczoru, Krysia w końcu natrafiła na to, o czym mówiła Ania. A przynajmniej tak jej się zdawało.
– O to chodzi – odparła najswobodniejszym tonem, jaki miała w arsenale. – Jeśli myślisz, że będę chodzić i opowiadać ludziom o tym, że jesteś les…
– Ciiicho, na Boga! – syknęła.
Krysia uniosła brwi.
– Nie jestem głupia. Nikomu nie powiedziałam, nawet Dominikowi, a jestem pewna, że on wie – mruknęła. – Wiem, że to mała wieś i łatwo o skandal. Też mnie to wkurza. Rzeczy, które są normalne, trzeba ukrywać, bo inaczej Świerkowa obrobi ci tyłek.
Ania parsknęła śmiechem. Krysia też się uśmiechnęła, ale po chwili spoważaniała. Coś szło w ich stronę.
– Można tu spotkać dzika? – zapytała cicho, mając nadzieję, że nie słychać, jak bardzo się bała.
– Raczej Dominika – odpowiedział rozbawiony głos. – Czemu tu stoicie?
Krysia jęknęła cicho. Nie mogła przecież zabrać ich wszystkich na szukanie kwiatu paproci.
– Tak wyszło – westchnęła. – Wracamy na ognisko?
*
Niebo nad głową Krysi zaczynało szarzeć. Zbliżał się wschód słońca. Ledwo trzymała się jeszcze na nogach, ale jakoś dawała radę, cały czas mając na uwadze, że wciąż nie znalazła kwiatu.
Ognisko zgasło jakiś czas temu i już niemal wszyscy się rozeszli. Została ona, Dominik i kilku pijanych studentów, którzy wrócili tu do domu na wakacje.
Nie chciała zabierać na poszukiwanie Dominika. Przede wszystkim dlatego, że nie chciała go niepotrzebnie narażać. Poza tym sądziła, że pomysł łażenia po lesie w nocy nie wywoła w nim entuzjazmu.
– Nad czym tak się głowisz? – zapytał, chowając kosmyk jej włosów za ucho.
Czy mogła mu powiedzieć prawdę? Nie była tego pewna, ale nie chciała go też oszukiwać.
– To zabrzmi źle, ale nie będę kłamać. Zamierzałam poszukać kwiatu paproci. Wyobraź sobie, że on kwitnie. – Dominik zacisnął usta. Na jego czole pojawiła się pojedyncza zmarszczka.
– Tylko że demony leśne również będą chciały go zdobyć, więc wolałabym iść sama – dodała szybko.
– No chyba sobie żartujesz – prychnął. – To tym bardziej muszę iść z tobą.
– Że sobie niby sama nie dam rady?
– Oczywiście, że dasz – szepnął jej do ucha. – Po prostu chcę iść z tobą.
Gdyby motylki w brzuchu były dosłownym zjawiskiem, unosiłaby się teraz kilka metrów nad ziemią. Jaśniejące niebo przypominało jej jednak o tym, że najkrótsza noc w roku się kończyła. Jeśli chciała szukać kwiatu paproci, to musiała się za to zabrać teraz.
– Chodźmy – powiedziała.
I weszli do lasu, który znikał coraz bardziej w porannej mgle.
Wyglądał inaczej niż wieczorem. Drzewa zdawały się coś do niej szeptać, chociaż wiatr ledwo muskał ich liście. Otoczenie było jednocześnie nieruchome i ożywione, jakby tętniące w lesie życie wyciekało przez pęknięcia w korze drzew.
To wszystko upewniało Krysię, że jeśli miała gdzieś znaleźć kwiat – to właśnie tu, gdzie las zdawał się wprost przesiąknięty magią. Miała wrażenie, że magia wrzała tuż pod ściółką i wystarczyło sięgnąć dłonią przez zasłonę wymiarów, żeby jej dotknąć.
– To gdzieś tu, jestem tego pewna – mruknęła, gdy po krótkim spacerze szepty drzew stały się tak głośne, że z trudem słyszała własne myśli.
– Wygląda jak kawałek lasu, z którego dopiero wyszliśmy – odparł Dominik.
– Wiem, co mówię. Jakbyś zobaczył gdzieś paproć, to daj mi…
Przerwała, gdy tuż obok nich rozległ się niski warkot. Serce podskoczyło jej do gardła, mimo tego jednak obróciła się i spojrzała prosto w oczy wilka.
Może mogłaby docenić piękno jego lśniącego futra, gdyby nie to, że ją przerażał. Drżała na całym ciele. Jeden fałszywy ruch i mógł się na nią rzucić. No i miał w oczach coś takiego, coś strasznego… jakby polował właśnie na nią.
– Spokojnie – powiedziała łagodnie, on jednak nie drgnął nawet. Jakakolwiek istota wykorzystywała to zwierzę, by ją wystraszyć, nie zamierzała się tak łatwo poddać.
Nie warczał już, ale Krysia wiedziała jedno – lepiej nie wchodzić na terytorium bronione przez wilka. Z rozżaleniem pomyślała, że chyba trzeba się będzie wycofać, gdy to zobaczyła.
Kwiat paproci.
Paproć rosła na odcinku lasu, który dzielił ją od wilka. Była niesamowicie bujna i soczyście zielona. Pojedynczy kwiat wychylał się spomiędzy liści na cienkiej łodydze. Pierwsze promienie słońca rozświetliły go, dodając mu jeszcze urody.
Był to zdecydowanie najdziwniejszy kwiat, jaki Krysia widziała: miał pięć bardzo długich płatków, jak lilia, tylko o wiele węższych, w kształcie wydłużonej łzy. Biel kwiata była wprost nienaturalnie czysta – tej samej barwy co świeży śnieg. Po środku koszyczka znajdował się gęsty, czarny jak atrament kwiatostan.
– Nie wkurzajmy lepiej tego wilka – szepnął Dominik. – Chodź, poszukamy gdzie indziej.
– Nie, widzę go – wymamrotała Krysia, robiąc krok w stronę wilka.
– Wracaj tu!
Ale Krysia go nie słuchała. Kwiat paproci zdawał się ją wzywać słodką melodią, która trafiała prosto do jej serca, wzbudzając dziwną, głęboką tęsknotę. Oczarowana wyciągnęła dłoń w jego stronę. Wilk znowu zawarczał. Zanim jednak zdążył do niej doskoczyć, pochyliła się i szybko zerwała kwiat.
O dziwo, wilk się na nią nie rzucił. Zawarczał tylko głośniej, więc szybko się wycofali i ruszyli z powrotem w stronę ogniska. Najgorsze było już za nimi, a przynajmniej tak Krysia sądziła.
Myliła się.
– Nie byliśmy już tu przed chwilą? – zapytała, gdy minęli charakterystycznie uformowany mech na korzeniach jednej z sosen.
– Nie wiem. – Dominik rozglądał się pospiesznie po okolicy. – Może. Myślisz, że się zgubiliśmy?
– Nie no, przecież nie weszliśmy tak głęboko w las…
Dopiero, gdy słońce wstało na dobre, a od ich wejścia do lasu minęła godzina, Krysia przyznała, że się zgubili.
– Niepokoi mnie to, że ciągle mijamy to drzewo. Przecież to niemożliwe, żebyśmy chodzili w kółko od godziny – mruknął Dominik, zerkając na mech.
– Obawiam się, że to przez kwiat – odparła Krysia niechętnie. Odkąd miała go w dłoni, czuła się z nim dziwnie związana, jakby jego utrata miała ją fizycznie zaboleć. – Jakaś leśna istota próbuje mi go odebrać.
– Zapętlając nas w miejscu?
– Tak. W końcu byśmy zasnęli albo… umarli z głodu. O to na pewno chodzi.
Dominik załapał ją za ramię z bardzo wymowną miną.
– Zostaw ten kwiat. Nie zamierzam umrzeć z jego powodu – powiedział stanowczo. – Po co ci on w ogóle? Przywraca życia czy coś?
Krysia spojrzała na niego wściekle. Co on sobie myślał? Nie po to zdobyła kwiat, żeby go teraz zostawić!
– Nie, nie przywraca, ale jest mi bardzo potrzebny. Bardzo – podkreśliła. – Jak chcesz, to możesz sobie wracać sam. Ja się zmierzę z tym demonem, cokolwiek to jest.
– Nie ma mowy, żebym cię zostawił samą – odparł gniewnie. – Jak niby chcesz się zmierzyć z tym czymś, co? Nawet nie chce się nam pokazać!
– To na pewno przez ciebie. Jesteś tylko zwykłym człowiekiem – burknęła wściekle.
Dominik cofnął się o krok.
– Przepraszam, zapomniałem, jaka jesteś wyjątkowa – syknął.
– Wiesz, że nie o to mi chodziło – jęknęła. – Jeśli już koniecznie musisz wiedzieć, to potrzebuję go, bo chcę wysłać książkę do wydawcy. I chcę, żeby ją przyjął i wydał, a ten kwiat gwarantuje powodzenie w różnych przedsiewzięciach.
– Serio, chcesz, żeby wydawca przyjął twoją książkę przez kwiat? To chyba niezbyt uczciwe, co?
Miała ochotę uderzyć go w twarz.
– Nic nie rozumiesz! Uczciwość nie ma tu nic do rzeczy! Powodzenie jest mi potrzebne tylko po to, żeby wydawca w ogóle przeczytał moją książkę, rozumiesz? Tak to nawet nie otworzy maila!
Jego twarz trochę złagodniała. Przysunął się i złapał ją za rękę.
– Choćby nawet ten kwiat miał ci przynieść sławę i bogactwo, to nie warto przecież dla niego umrzeć. Proszę, zostaw go. Nie jesteś sobą, kiedy go trzymasz – powiedział powoli.
– Daj mi spokój! – krzyknęła Krysia, odsuwając się od niego. – Mówisz tak, bo chcesz go dla siebie!
– On ma rację. Odłóż kwiat – odezwał się ochrypły głos. Krysia podskoczyła z zaskoczenia, rozglądając się pospiesznie po otoczeniu. Nikogo jednak nie widziała.
– Pokaż się – szepnęła. Była pewna, że demon ją słyszał.
– Krysia, nie. – Dominik próbował ją odciągnąć za rękę, ale zaparła się nogami.
Coś mignęło między drzewami, a po chwili przed jej oczami pojawił się przeciwnik, z którym walczyła od chwili wejścia do lasu.
Miał wzrost drzewa i poroże jelenia na głowie, którą przykrywała zwierzęca czaszka. Długa, splątana broda była pełna liści i małych gałązek. Chude, patykowate ciało miał osłonięte szatą z mchu.
Krysia przełknęła ślinę. Wiedziała, z kim miała doczynienia.
– Oddaj kwiat, dziewczyno – powiedział leszy. Jego głos przypominał niski pomruk dzikiego zwierzęcia szykującego się do ataku.
– Nie – wydusiła Krysia. – Zdobyłam go uczciwie. Potrzebuję go.
– Z kim ty gadasz? – zapytał Dominik.
– Nie bardziej niż ja. Co roku spożywam kwiat, żeby chronić las przed ludźmi – odparł. – Urządzacie ogniska, próbujecie spalić te drzewa, które rosły tu zanim wasze prababki przyszły na świat. Bez kwiatu nie będę miał wystarczającej mocy. Zostaw go. Należy do lasu, nie do ludzi.
Krysia odniosła dziwne wrażenie ogłuszenia, jakby słowa leszego przebijały się do jej umysłu przez grubą warstwę mgły.
Wiatr zaczął dmuchać mocniej – po chwili wiał już tak mocno, że Krysia z trudem stała w miejscu. Wir powietrza wzbił się wokół niej, mierzwiąc jej włosy i utrudniając oddychanie.
– Zostaw kwiat! – zabrzmiał głos zza wiru.
Krysia usłyszała jak z jej gardła wydobywa się głośny krzyk. Wiatr oplótł jej dłoń, próbując otworzyć zaciśniętą pięść.
Krzyknęła głośniej, gdy z dłoni w końcu wypadł kwiat na ziemię i wszystko ustało, jakby nigdy się nie wydarzyło. Nie było leszego, wiru powietrza, a ona i Dominik znajdywali się na progu lasu.
– Jak my się tu znaleźliśmy? – zapytał, oszołomiony.
– Przeniosło nas. Chyba – westchnęła Krysia.
– Dobrze się czujesz? Stałaś tam, po środku lasu… do kogoś mówiłaś, a potem krzyczałaś, ale nie mogłem do ciebie podejść. Jakby mi nogi wrosły w ziemię – skrzywił się.
– To wina leszego – odparła Krysia, siadając na polanie. Nogi wciąż miała rozedrgane, a w głowie trochę jej się kręciło. – To pan lasu. Bardzo potężny demon. Niektórzy znawcy historii uważali go nawet za boga.
Dominik pokręcił głową z niezadowoloną miną.
– Dlaczego nie zostawiłaś kwiatu jak prosiłem? Nic z tego by się nie wydarzyło.
Krysia poczuła, że robi się czerwona. Wiedziała przecież, że kwiat uderzał do głowy temu, kto go zdobył. Była taka pewna, że oprze się jego magii. A jednak kwiat zrobił jej wodę z mózgu i prawie przez niego zginęła. Nie miała wątpliwości, że leszy zabiłby ją w końcu, aby tylko zdobyć kwiat.
Nie mogła być nawet na niego zła. Próbował tylko bronić siebie i las przed takimi jak ona.
– Opętał mnie. Kwiat, mam na myśli – powiedziała cicho. Uciekła wzrokiem przed Dominikiem. – Przepraszam. Myślałam, że dam radę wygrać walkę z jego złą magią, ale… no, co tu dużo gadać, nie popisałam się.
– Nie rób tak więcej. Naprawdę się bałem o ciebie. I o siebie też, ale mniej – uśmiechnął się lekko. – Nie wiem, czy nie wolałbym, gdybyś była jednak tylko pisarką.
– Zamiast tego jestem stukniętą wiedźmą. Take it or leave it – parsknęła Krysia.
Przypomniały jej się słowa leszego o pożarach i ogniskach. Skrzywiła się.
– Czy to prawda, że urządzacie w lesie ogniska?
– Dzieciaki czasem tak robią, pomimo zakazu. Nie mają gdzie pić piwa, żeby rodzice ich nie zobaczyli – uniósł brwi.
– Kilkukrotnie prawie wywołały pożar, jeśli wierzyć temu, co mówił leszy – westchnęła. – Trzeba coś z tym zrobić. Zagrażają nie tylko drzewom, ale całej wsi. Masa ludzi ma dom w lesie.
– Możemy pogadać z nauczycielami w szkole, ale nie sądzę, żeby to coś dało. To nastolatki. Nie mają czegoś takiego jak rozsądek czy rozwaga.
Ale mimo tego Krysia wiedziała, że przynajmniej spróbuje. Nie mogła tak po prostu o tym zapomnieć.

*

– Wiesz, co robiła moja matka, gdy byłam nieposłuszna?
Krysia rzuciła babci spojrzenie pełne zwątpienia. Opowiedziała jej o wszystkim, co wydarzyło się podczas poszukiwania kwiatu paproci. Babcia była tak daleka od wyrażenia swojego zachwytu, jak to było tylko możliwe.
– Nie mam bladego pojęcia – odparła Krysia posłusznie. Była zbyt zmęczona, żeby się kłócić, no i czuła – gdzieś w zakamarku sumienia – że należało jej się to, co miała usłyszeć.
– Lała mnie ścierką! – Babcia zamachnęła się, wywijając kawałkiem szmatki w ręku. – Coś ty sobie myślała?! Czy nie wystarczająco cię przestrzegłam?!
Krysia wzruszyła ramionami. Nie byłaby w stanie wyjaśnić babci, co miała w głowie, gdy weszła do lasu i chwyciła kwiat w dłoń.
– Ty przecież zdobyłaś raz kwiat i dałaś go mamie, nie?
– Tak, bo poszłam go zerwać dla niej! – krzyknęła. – A ty żeś szukała kwiatu dla siebie, cud, że cię nie opętało!
– Myślałam, że się oprę jego mocy. Myślałam, że mam do tego siłę – mruknęła Krysia, odwracając wzrok. Była sobą rozczarowana tak bardzo, że oczy zaszły jej łzami.
– Oj, Krystyna – westchnęła babcia, siadając na ławie. – To i tak robi wrażenie, że prawie go wyniosłaś z lasu. Gdyby nie leszy… no, ale dobrze się stało. Oszalałabyś od tego kwiatu.
– Dobrze, że był ze mną Dominik – westchnęła Krysia.
Zamarła. Czy powiedziała to na głos? Mrożące krew w żyłach spojrzenie babci potwierdzało to przypuszczenie.
– Ja… on tam po prostu… – wymamrotała, nie mogąc wymyśleć na poczekaniu żadnego kłamstwa.
– Poszłaś sama do lasu z Dominikiem?
Spojrzenie babci świdrowało ją jak wiertarka o mocy miliona watów.
– Tak… wyszło. Też był na ognisku, a jak weszłam do lasu, zaczął mnie szukać…
Babcia złapała się za głowę.
– Czy on wie o… tym wszystkim? – zapytała cicho, jakby się bała, że ktoś ich podsłucha.
Krysia z trudem powstrzymała westchnienie ulgi. Babcia nie nabrała podejrzeń, tylko wystraszyła się, że Dominik wszystkim opowie o walce z leszym.
– Nie jest głupi. Nikomu nie powie. Przecież i tak nikt by mu nie uwierzył – odparła Krysia pospiesznie. – Spokojnie. Nie masz się o co martwić.
Babcia odetchnęła z ulgą.
– No dobrze. Zaproś go na jakąś herbatę i ciasto, trzeba podziękować, że ci życie uratował. – Stęknęła, gdy wstawała z krzesła.
– Sama się uratowałam, on tam tylko… był – burknęła Krysia.
Babcia zaśmiała się, rzucając jej spojrzenie pełne niedowierzania.
– Jesteś magnesem na kłopoty, Krysieńko.
Krysia tylko się uśmiechnęła. Kłopoty to przecież świetna rozrywka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *