[Odcinek 8] Pogrzebane

– Co ja wyrabiam… – wymamrotała babcia, poprawiając biały żakiet. Krysia rzuciła jej ostrzegawcze spojrzenie. Obie miały nerwy w strzępach, a Krysia była pewna, że babcia tak samo jak i ona pragnęła już tylko jednego – żeby to się skończyło.
Krysia nie wyspała się tej nocy – być może uniemożliwiła jej to właśnie desperacka chęć zaśnięcia. Za każdym razem jak zamykała powieki, przypominała jej się szklana butelka leżąca na dnie stawu w Sokolnikach. Może i była to standardowa metoda pozbywania się zmory – zamknąć ją w butelce, którą się wrzuca do stawu – ale fakt, że butelka tam była, nie dawał Krysi spokoju. Zmora wciąż istniała, a więzienie, w którym została zamknięta, było wyjątkowo kruche.
– Krysia, czy ja dobrze robię? – W babci oczach było morze lęku.
Krysia uśmiechnęła się do niej pocieszająco.
– Już to kiedyś robiłaś, nie? Tylko teraz podjęłaś tą decyzję z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem życiowym. Według mnie to gwarantuje powodzenie – wyszczerzyła zęby. – Wyglądasz bardzo ładnie. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
– Obyś się nie myliła – westchnęła babcia. – Dominik na pewno nie chce przyjść na obiad?
Krysia skrzywiła się. Odkąd zmarł jego tata ich relacja była nieco wyboista – raz byli blisko, raz znowu daleko, ale być może tego Dominik właśnie potrzebował w tym czasie. Nie chciał przyjść na obiad, uważając, że to naruszyłoby jego żałobę, ale obiecał przyjść do kościoła na ślub.
– Na pewno – odparła. – Wyglądasz blado. Dobrze się czujesz?
– Tak, tak – mruknęła babcia, po czym posłała wnuczce wątły uśmiech. – To już mój drugi ślub. Jako dziewczynka marzyłam o pięknej koronie, którą założę w dniu ślubu, a tu… nawet welonu nie mam…
– O koronie? – zdumiała się Krysia. – Chciałaś iść do ślubu w koronie? A mnie wyśmiałaś, jak powiedziałam, że podoba mi się wianek ze zboża!
– Po pierwsze, jak to wygląda, iść do ślubu w słomie? A po drugie, prawosławne pary są koronowane w czasie zaślubin. Nie wiedziałaś?
Krysia wytrzeszczyła oczy.
– Nie wiedziałam, że byłaś kiedyś prawosławna. Czasami mam wrażenie, że twoja przeszłość to studnia bez dna – odparła Krysia, po czym zerknęła na zegarek. – Już czas.
Syn sołtysa, Błażej, zgodził się zawieźć babcię, pana Jacka i Krysię do kościoła. Większość gości już tam była – głównie byli to mieszkańcy wsi, ale na samym przedzie Krysia dojrzała także mamę i siostrę, obie odświętnie ubrane. Tuż obok nich siedział Dominik. Patrzył na nią z lekkim uśmiechem błąkającym się na ustach.
– Wyglądasz jak marzenie – szepnął jej do ucha, gdy siadała koło niego.
Wieczorem, po ceremonii i obiedzie, Krysia wróciła do pustego domu. Czuła się dziwnie wyobcowana, jakby była tu po raz pierwszy. Wcześniej dom przepełniony był babcią – jej głosem, jej obecnością, jej bibelotami – a teraz tego wszystkiego nie było. Zabrała ze sobą coś więcej niż tylko swoje rzeczy, zabrała stąd wszystko, co czyniło to miejsce domem, a nie tylko budynkiem, w którym we dwie mieszkały.
Krysia westchnęła cicho i sięgnęła po telefon. Co szkodziło zapytać?
– Cześć – odezwała się, gdy Dominik odebrał jej połączenie. – Może przyszedłbyś dziś do mnie? Trochę mi smutno tu samej.
Przez chwilę nic nie odpowiedział, jakby próbował znaleźć właściwe słowa.
– Może przyjechałbym na dłużej? Ty siedzisz sama, ja też. Mógłbym zostać do następnej niedzieli – powiedział. Starał się brzmieć pewnie, ale Krysia go już zbyt dobrze znała, by dać się na to nabrać. – Co o tym sądzisz?
– Ja… Jasne. Jeśli naprawdę tego chcesz – wymamrotała. Nie spodziewała się takiej propozycji i z trudem powstrzymywała się przed szukaniem w niej drugiego dna.
– Nie proponowałbym, gdybym nie chciał – odparł. – Będę za godzinę, spakowanie komputera trochę mi zajmie.
Krysia rozłączyła się i rozejrzała po domu. Miała jakieś dziwne, złe przeczucie. Jakby był tu oprócz niej ktoś, kogo być nie powinno. Nikogo jednak nie widziała.
Wtedy uświadomiła sobie coś jeszcze.
– Wasili? – rzuciła w powietrze, nie spodziewając się odpowiedzi.
A jednak domowik zmaterializował się przed nią niemal natychmiast.
– Pani Krysiu?
Krysia uniosła brwi.
Pani Krysiu? Od kiedy mówisz do mnie per pani? – zapytała zaskoczona.
– Teraz pani jest tu gospodynią. Pani Józia powiedziała, że będę tu bardziej potrzebny niż u niej, więc zostałem – posłał jej uprzejmy uśmiech.
– Babcia nic nie mówiła… ale cieszę się, rzecz jasna – odwzajemniła uśmiech. – Dam ci znać, jak będziesz potrzebny.
– Oczywiście. – Jego głos rozmył się wraz z nim w powietrzu.
Pani domu! Krysia dopiero teraz uświadomiła sobie, że sama będzie musiała pamiętać o wszystkim, co trzeba było robić w takim dużym domu. To na nią spadła odpowiedzialność za ogród. Czuła się przytłoczona, ale nie bała się – wiedziała, że babcia przygotowała ją wystarczająco dobrze do tej roli.
Czuła się już prawie podniesiona na duchu, gdy nagle – jakby w oddali – dało się słyszeć płacz małego dziecka, który przeszył ją dreszczem. Ponownie nawiedziło ją uczucie niepokoju, ale o co miała się martwić? Zmora nie wydawała z siebie takich dźwięków. Jednak, pomimo racjonalnych kontrargumentów, Krysia nie pozbyła się już tego przeczucia aż do chwili, gdy zapadła w sen.
*

– Musimy porozmawiać – powiedziała babcia w progu, nie witając się nawet z wnuczką. Minę miała zmartwioną. – Bez ciebie – rzuciła do Dominika, który siedział przy kuchennym stole. Uniósł brwi, ale wstał i wyszedł bez słowa.
– Dobra – mruknęła babcia. – Posłuchaj, nie chcę cię straszyć, ale boję się, że możesz mieć problem z pewnym demonem.
– To chyba nic nowego. – Krysia wzruszyła ramionami. Już chyba tylko sam bies był w stanie ją wstraszyć.
– Czy zawracałabym ci głowę, gdybym tak sądziła? – Babcia nie była w nastroju na słowne przekomarzanki. – Mówię ci, że to niebezpieczny demon. Rano się obudziłam i mnie olśniło, że nie powiedziałam ci o nim. To poroniec dokładnie. Przepędziłam go z tego domu, jak się wprowadziłam, ale teraz mnie tu nie ma. Ciebie się nie boi. Może ci narobić niezłego bigosu.
Krysi przypomniało się echo dziecięcego płaczu, który słyszała kilka dni wcześniej. Czy to mógł być poroniec?
– On jest pochowany w naszym ogrodzie, prawda? – Krysia poczuła lekką grozę, jak to mówiła, ale wiedziała, że ma rację. W innym razie nie usłyszałaby płaczu dziecka w domu. – Nie wystarczyłoby go przenieść w inne miejsce?
– Tak, to właśnie miałam ci zaproponować – przyznała babcia. – Ja nie mogłam się na to zdobyć. Wprowadziłam się tu krótko po straceniu dziecka… na myśl o tym, że miałabym przenosić szczątki innego robiło mi się słabo. Wiele razy myślałam, czy by tego nie zrobić, ale zawsze odkładałam to na później, ale teraz… no cóż, nie ma zbytnio wyjścia. Musisz to zrobić, zanim demon zatruje ci życie.    
– Dobrze – odparła cicho. Nie chciała przyznawać przed babcią, że wizja wykopywania z ogrodu rozkładającej się trumienki i dziecięcych kości wywoływała u niej mdłości. – Zajmę się tym.
– No – westchnęła babcia, a jej oblicznie nieco złagodniało. – Jak ci się tu żyje? Samej to nie, jak widać, ale beze mnie?
Krysia powstrzymała się przed przewróceniem oczami. Czy babcia naprawdę zamierzała robić jej wymówki, bo Dominik tu przebywał?
– Dominik jest tu tylko tymczasowo, żeby mi nie było smutno.
– No, nie wmawiaj mi, że się ciężko poświęca, śpiąc w twoim łóżku – prychnęła babcia.
– Nie wmawiam wcale. – Krysia zaczerwieniła się mimowolnie. – W każdym razie, było mi smutno bez ciebie. To nie to samo, gdy tu nie mieszkasz.
– E tam. – Babcia wzruszyła ramionami, ale Krysia wiedziała po iskierce w jej oczach, że babcia też za nią tęskniła. – Młodzi powinni się trzymać razem, a nie z takimi staruchami jak ja.
– Babciu!
– No, nie babciuj mi tu. – Stęknęła podnosząc się z krzesła. – Pamiętaj, że od piątku do niedzieli jesz obiad u nas. I możesz przyjść z Dominikiem.
Krysia pokiwała głową. Wciąż trudno było jej myśleć o czymś innym niż bliska perspektywa przenoszenia szczątek porońca w inne miejsce. Przygryzła wargę. Nawet nie zapytała babci, w którym miejscu ogrodu powinna szukać. Przecież nie przekopie całej działki!
– Wszystko dobrze? – zapytał Dominik, pojawiając się w progu.
– No, powiedzmy – skłamała.
Uniósł brwi. Wiedziała, że nie powinna go okłamywać, ale czuła, że jeszcze jeden demon i Dominik ją rzuci. Kto nie miałby dosyć?
– Prawie w to uwierzyłem – uśmiechnął się, siadając koło niej. – Chodzi o jakieś… potwory? – zbladł, wypowiadając te słowa. Wiedział, że jego ojca zabiła zmora – Krysia mu wszystko opowiedziała. Na jego miejscu też by się źle czuła, wracając do tego tematu.
– Tak. Babcia mówi, że w ogrodzie jest pochowany poroniec, i że niedługo zacznie nam dokuczać, bo ona tu już nie mieszka – westchnęła. Dominik starał się wyglądać na niezaskoczonego, ale nie udało mu się to ani trochę. – Poroniec to dziecko, które urodziło się martwe… Widocznie osoba, która mieszkała tu wcześniej pochowała w ogrodzie takie dziecko. Wiem, że on tu jest, niedawno słyszałam jego płacz. Nie wiem tylko, gdzie dokładnie jest pochowany…
– Czekaj, czekaj… – Jego głos brzmiał dziwnie, jakby miał zaraz krzyknąć. – Czy ty chcesz wykopać z ogrodu trupa?
Krysia skrzywiła się. No tak, to nie brzmiało najlepiej, musiała to przyznać.
– Ja wiem, jak to wygląda, ale musimy przenieść to ciało gdzie indziej – powiedziała, spuszczając wzrok. – Poza tym, mogę to zrobić sama…
– A nie lepiej spalić szczątki? – zapytał cicho. – Pozbędziesz się problemu.
Że też sama na to nie wpadła!
– Masz rację. Tak zrobię – oznajmiła.
– A wiesz, gdzie kopać w ogóle?
Pokręciła głową, ale wtedy ją olśniło.
– Wasili? – rzuciła w powietrze.
– Wasili? Kto to jest Wasili? – powtórzył zaskoczony Dominik.
Domowik zmaterializował się przed Krysią niemal od razu, spoglądając z zaciekawieniem na Dominika.
– Czy mam mu się pokazać, pani Krysiu? – zapytał Wasili.
– Prosiłabym – odparła Krysia.
– Z kim ty rozmawiasz? – Dominik zamrugał, zdezorientowany, po czym rozejrzał się po pomieszczeniu.
Nagle drgnął. Wbił zdumiony wzrok w Wasiliego, który patrzył na niego w niezbyt przychylny sposób.
– Co to jest? – syknął chłopak.
– Raczej kto – poprawiła go Krysia, posyłając uśmiech domowikowi. – To nasz domowik. Pomaga w prowadzeniu domu.
Dominik przyglądał się w milczeniu Wasiliemu, który najwyraźniej stracił już cierpliwość do tego przedstawienia.
– Pani mnie wzywała – zwrócił się do Krysi.
– Tak, babcia mi mówiła, że w ogrodzie pochowane jest niemowlę. Chcę pozbyć się porońca – sprecyzowała. – Ale nie wiem, gdzie kopać.
Wasili pokiwał głową.
– Mogę pokazać – odparł i ruszył w stronę drzwi. Przez chwilę Krysia myślała, że Dominik do nich nie dołączy, ale jednak się przełamał i do ogrodu wyszedł tuż za nimi.
– Nie będzie pani się to podobać – westchnął i machnął ręką w stronę starej, małej szopy.
Krysia mimowolnie jęknęła.
– Pod szopą?!
– Nie wiem, czy to coś zmienia, ale myślę, że wystarczy zdjąć podłogę w szopie i wykopać dziurę. Chyba rozkładanie całej konstrukcji nie jest konieczne – dodał cicho. – Będzie pani chciała, żebym przy tym pomógł?
– Być może – westchnęła Krysia. – Ale to już nie dzisiaj. Jutro wyciągniemy wszystko z szopy i się tym zajmiemy.
Wasili kiwnął głową i zniknął, a Dominik wydał z siebie dziwny dźwięk.
– Jak ty z tym wszystkim wytrzymujesz?
Krysia odwróciła się do niego. Nie rozumiała, co tu było do wytrzymywania. Może i obcowanie na codzień z istotami nadnaturalnymi było trochę męczące – mogła to zrozumieć – ale bez przesady. Wasili był całkiem przydatny i trudno było powiedzieć, żeby komuś zawadzał.
– Nie muszę wytrzymywać. To jest część mnie i po prostu ją akceptuję – odparła spokojnie. – Rozumiem, że dla kogoś z zewnątrz to trudne. Ale powinieneś wiedzieć, że zawsze będę taka. To się nie zmieni z czasem.
– Wiem – uśmiechnął się lekko. – To mi nie przeszkadza. Czasem tylko jestem przytłoczony, ale… nie kocham cię przez to mniej.
*

Następnego dnia Krysia żałowała, że odłożyła kopanie pod szopą na później. Inaczej dziś byłoby to już zrobione.
Szopa była niemal pusta, więc przynajmniej przy jej opróżnianiu nie musiała się namęczyć. Kiedy doszło jednak do zrywania podłogi, Krysia zrozumiała, że chyba oszukiwała samą siebie myśląc, że nie będzie potrzebować pomocy.
– Dominik? – zawołała z szopy. – Jednak musisz jeszcze mi pomóc.
Gdy pojawił się w wejściu do szopy miał minę, która krzyczała wprost „a nie mówiłem?”, ale Krysia tylko uniosła brwi. Nie było szans, żeby zerwała tę podłogę sama.
– Dobra, jak razem pociągiemy, to zejdzie – powiedział, chwytając za odchodzący od ziemi kawałek płyty. – Na trzy… raz, dwa…
Odskoczyli, gdy tylko zobaczyli, co było pod płytą – po całej szopie rozbiegły się czarne robaki, szurając małymi odnóżami o pozostałość podłogi. Krysia z trudem powstrzymała pisk. Nie miała nic przeciwko insektom, ale każdy miał jakieś granice.
Gdy zagęszczenie robaków zmalało – część wyszła z szopy na podwórko – Krysia dostrzegła, że z uklepanej ziemi coś wystaje, jakby biały kamyk.
– Widzisz to? – zapytała Dominika, pokazując biały urywek.
– Widzę  – przytaknął. – Kopiemy?
– Spróbujmy – mruknęła Krysia i wbiła łopatę w ziemię.
Jak się okazało, nie musieli zbyt długo kopać – ktokolwiek pochował w tej ziemi dziecko, nie zrobił tego bardzo starannie. Mała, niegdyś biała trumienka, była częściowo rozwalona. Krysia bardzo się bała tego, co zobaczy w środku, ale na szczęście było tam tylko kilka malutkich kości.
– Makabryczne – szepnął Dominik, gdy oszczyściła do końca trumnę z ziemi.
– Wiem – westchnęła cicho.
Przez chwilę patrzyli w milczeniu na dół i białą trumnę. Krysia nie wiedziała, co powiedzieć – sytuacja była prawdopodobnie bez precedensu.
– Spakuję to do kartonu i pójdziemy z tym na pole. Tam, gdzie ludzie czasem liście palą – odezwał się Dominik nieco ochrypłym głosem. – Co o tym sądzisz?
Krysia kiwnęła głową. Tak, to był dobry pomysł, poza tym miała przeczucie, że dawny sposób pożegnania ciała – czyli właśnie spalenie – sprawi, że duch dziecka nie będzie już mógł kogokolwiek nękać.
– Myślisz, że nikt się nie przyczepi, że palimy cały karton? – zapytała z niepokojem.
– Wątpię. Zdziwiłabyś się, co ludzie tam palą – mruknął z wyraźnym zdegustowaniem. – Kiedyś ktoś tam się pozbywał starych opon. Okropny fetor, cała wieś cuchnęła tym przez kilka godzin…
Gdy Dominik wrócił z kartonem, Krysia schyliła się, żeby podnieść szczątki. Pozostałości trumny i kości nie wydawały się szczególnie ciężkie, a jednak ze zdumieniem zauważyła, że nie mogła tego nawet ruszyć. Jakby ktoś to klejem przykleił do ziemi!
– Nie mogę tego w ogóle podnieść – sapnęła, prostując się. – Nie wiem, czy to aż takie ciężkie?
Dominik spojrzał z niedowierzaniem na trumienkę.
– Czasami pomagałem dźwigać trumy i zgodzę się, że są ciężkie, ale to nie powinno prawie nic ważyć – mruknął.
Przez chwilę próbował ruszyć trumienkę z różnych stron, ale bez żadnego efektu. Ani drgnęła. W końcu podniósł się, czerwony na twarzy.
– Coś jest nie tak. Czy ten… duch… nie czaruje tego jakoś? Może wie, że chcemy to wywalić i próbuje nas powstrzymać?
To miało pewien sens, ale nie dało się słyszeć dziecięcego śmiechu ani płaczu – nic nie wskazywało na to, żeby poroniec w ogóle był w pobliżu.
– Być może, ale nie wiem tego na pewno. Normalnie go słychać, a teraz nic nie słyszę – odparła. – Jest na pewno jakiś sposób, żeby wywabić porońca, ale nie wiem, jaki… Musiałabym zapytać babci. Wiesz co – wyprostowała się. – Ja może do niej skoczę, a ty tu zaczekaj.
– No chyba żartujesz – burknął. – Chcesz mnie zostawić samego z jakimiś demonicznymi szczątkami? A co jak ktoś tu przyjdzie i to zobaczy?
Krysia uśmiechnęła się mimowolnie.
– No to będzie niezły ubaw – wyszczerzyła zęby. – Spokojnie. Nic się nie wydarzy. Jakby coś, dzwoń do mnie. Ale nie sądzę, żeby poroniec cię zaatakował. Porońce są groźne raczej dla kobiet niż mężczyzn, a ten tu nęka tylko właścicielkę domu, z tego co mi babcia mówiła – dodała.
Dominik przewrócił oczami, ale w końcu kiwnął głową.
Krysia nie czekała na nic więcej. Może i babcia wyniosła się z tego domu, ale on nadal jej potrzebował.
*
Gdy wróciła, zastała szopę otwartą, a w niej – wciąż nietkniętą trumienkę. Dominika jednak nigdzie nie było. Szybko zabrała to, po co przyszła i cofnęła się przed wejście. Dreszcz grozy mimowolnie przeszył jej ciało.
Mimo tego, co mu wcześniej powiedziała, wcale nie była taka pewna, czy poroniec go nie zaatakuje. To był demon z kategorii tych wyjątkowo złośliwych i okrutnych – a Dominik stał nad jego miejscem pochówku. Kto wie, czy to go nie rozeźliło.
– Dominik? – krzyknęła, a jej głos potoczył się echem po drzewach otaczających dom.
Nie odpowiedział jej żaden choćby szmer. Przełknęła głośno ślinę. Nie wybaczy sobie tego, jeśli coś mu się stanie przez jej lekkomyślność.
Weszła do domu. Drzwi były zamknięte, co znaczyło, że Dominik musiał je zamknąć, o ile był w środku. Niby niczego to nie gwarantowało, ale wiedziała, że gdyby zastała otwarte drzwi, to wpadłaby w panikę.
– Dominik? – rzuciła w przestrzeń.
W kuchni zaskrzypiało krzesło. Nikt jednak się nie odezwał.
Krysia dostała gęsiej skróki, a bicie serca słyszała tak głośno, że chyba nie zauważyłaby koncertu kapeli rockowej nawet, gdyby miał miejsce w pokoju obok.
Musiała wejść do kuchni, ale nic jej tak nie przerażało, jak zrobienie tych dodatkowych kilku kroków.
Raz, dwa, trzy. Wzięła głęboki wdech i przestąpiła próg kuchni.
Dominik siedział przy stole, odwrócony do niej plecami. Czy… czy poroniec mógł go skrzywidzić?
– Dominik? – wykrztusiła w końcu, ale nic jej nie odpowiedział.
Zmusiła się do wyciągnięcia ręki i dotknięcia dłonią jego ramienia. Może po prostu zasnął?
Coś jej jednak podpowiadało, że wcale nie.
Potrząsnęła nim.
– Dominik? – powiedziała już nieco głośniej, ignorując szumienie krwi w uszach.
Złapała go mocniej i obróciła na krześle. Odsunęła się, wydając z siebie zduszony okrzyk.
Miał otwarte oczy, ale jego spojrzenie było mgliste i błędne – jakby niczego w rzeczywistości nie widział.
Usta miał lekko rozchylone, jakby zamierzał coś powiedzieć.
– Dominik?! – krzyknęła, potrząsając nim, jakby się spodziewała, że to mogło mu pomóc. Co poroniec mu zrobił?!
I wtedy stało się coś, co zjeżyło jej włosy na karku. Z ust chłopaka wydobył się dziecięcy śmiech.
Strach sparaliżował ją całą. Gdy udało jej się otrząsnąć, z oczu popłynęły jej łzy.
– Zostaw go! – zawyła, potrząsając Dominikiem. – To ja tu mieszkam, nie on!
Znowu śmiech wydobył się z jego ust. To było tak groteskowe, że aż przerażające.
Dopiero wtedy przypomniało jej się, co zabrała z szopy zgodnie z zaleceniami babci. Szybko sięgnęła do kieszeni, natrafiając dłonią na coś cienkiego i chłodnego.
Babcia powiedziała, że najłatwiej będzie wywołać porońca jakimś obiektem, który do niego należał w czasie jego krótkiego pobytu na ziemi. Twierdziła, że pamiętała, że w szopie leży stara, PRL-owska grzechotka, która prawdopodobnie należała do świeżo narodzonego dziecka lub miała do niego należeć.
Krysia potrząsnęła lekko grzechotką, wydobywając z niej charakterystyczny dźwięk.
Głowa Dominika odwróciła się lekko, a jego pusty wzrok skierował się na zabawkę. To była najbardziej makabryczna rzecz, jaką Krysia dotychczas zobaczyła w życiu.
Potrząsnęła jeszcze raz grzechotką.
– Dam ci ją – szepnęła. – Jest twoja. Ale zostaw go.
Krysia nie wiedziała, co zrobiłaby w sytuacji, gdzie demon nie opuściłby Dominika. Może wezwałaby księdza? W końcu tak się robi w przypadku opętanych osób. Z drugej strony wątpiła w to, że ksiądz będzie wiedział, czym jest poroniec.
Nagle Dominik odetchnął głębiej, a jego wzrok z błędnego zmienił się w przerażony. Tuż obok niego, Krysia dostrzegła małe, skrzydlate ciałko o zbyt dużej głowie i wystających kłach.
– Proszę – powiedziała, wyciągając w stronę porońca grzechotkę. Wyciągnął po nią łapczywie rękę, a gdy tylko zabawka znalazła się w jego dłoni – zniknął.
– Jesteś cały?
Włosy przykleiły mu się do czoła, a koszulka do torsu. Wyglądał bardzo źle. Krysi to nie dziwiło – przed chwilą opętał go demon – ale i tak najbardziej martwiła się o jego stan psychiczny.
– Już jest wszystko dobrze – szepnęła, obejmując go. – Zaraz ci przyniosę koc.
Kiwnął tylko głową, wciąż nic nie mówiąc. Krysia wiedziała, że wyrzuty sumienia będą ją zżerać do końca życia, bez względu na to, jak odniesie się do tej całej sytuacji Dominik. Wcale nie zdziwiłaby się, gdyby jednak odszedł. W końcu – każdy miał swoje granice.
Gdy wróciła, siedział już na krześle, a spojrzenie miał nieco spokojniejsze.
– Jezu – wymamrotał. – Myślałem już, że tego nie przeżyję.
Krysia skrzywiła się. Nie chciała wspominać nawet tej sceny, która miała miejsce przed chwilą. Wciąż miała gęsią skórkę.
– Bardzo mi przykro, że cię naraziłam – powiedziała cicho. Musiała zamilknąć na chwilę, bo nie chciała się rozpłakać.
– No już trudno – mruknął. Jego głos był już nieco pewniejszy. – Wiedziałem, na co się piszę.
Krysia pokręciła głową. To nie mogło tak dalej trwać – miała zbyt niebiezpieczne życie, żeby ktoś jeszcze się w nie angażował. Nie mogła ryzykować, że ktoś przez to zginie.
– Nie możesz tak mówić – odparła. – To zbyt ryzykowne. Nie umiałabym żyć ze sobą, gdyby przez to przekleństwo coś ci się stało. Nie możesz się tak narażać.
– Nie gadaj już tak – sapnął. – Chyba się położę.
Krysia pomogła mu wejść na górę i położyć się do łóżka, a gdy zeszła na dół, postanowiła zabrać się za przygotowanie kartonu do spalenia. W czasie pracy jej myśli podryfowały gdzieś daleko, do czasów, gdy wszystko było prostsze. Nie spodziewała się, że jej życie tak się zmieni, gdy przyjedzie do babci. Pół roku temu nie przyszłoby jej do głowy, że zamieszka sama w tym domu, że będzie Dominik – a już bycia lokalną wiedźmą i łapaczką demonów na pewno nie mogła przewidzieć.
Westchnęła cicho. Może nawet trochę tęskniła do tamtego życia, ale chyba tylko trochę. Teraz w końcu jej życie miało barwy. Może nie do końca te, o których marzyła, ale i tak jej się podobały.
Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk syreny strażackiego wozu i – niemal jednocześnie – dzwonek telefonu Dominika, który dopływał gdzieś z domu. Podniosła się, otrzepując ręce i ruszyła do kuchni.
Na telefonie wyświetlało się połączenie od „Anki”, więc Krysia szybko odebrała.
– Cześć, tu Krysia – powiedziała od razu. – Wszystko w porządku?
– Czy Dominik jest u ciebie? – Głos Ani drżał, jakby miała się zaraz rozpłakać.
– No tak, ale zdrzemnął się. Czy coś się stało?
– Jego dom płonie – szepnęła do słuchawki Ania.
Krysia zamarła, niedowierzając w to, co słyszała.
– Zaraz go obudzę i tam będziemy – wydusiła w końcu. – Co się stało?
– Jeszcze tego nie wiemy… Dobrze, że straż była na miejscu, wyciągali dzisiaj ciało ze stawu…
– Co takiego? – Krysi zrobiło się słabo.
– No, nie wiedziałaś? Dzieciaki się wczoraj upiły nad jeziorem. Jedno się utopiło… straszna tragedia dla rodziców…
Ania mówiła coś dalej, ale Krysia jej już nie słyszała. Wiedziała, że jeśli strażacy wyławiali coś ze stawu, prawdopodobnie potłukli butelkę, w której uwięziła zmorę.
A zmora szukała zemsty – i ją dostała. Podpaliła Dominikowi dom.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *