[Odcinek 9] Poświęcenie

W przedpokoju ilość kartonów była już tak duża, że Krysia nie widziała zza niej wejścia do łazienki na dole. Drzwi były całkowicie zastawione pudłami.
– Nie chcę być niemiła, ale masz bardzo dużo rzeczy – powiedziała, gdy Dominik minął ją z załadowanymi rękami.
– To nie ja mam ich dużo, tylko ty masz ich mało – wysapał, odstawiając karton na ziemię. – No, jeszcze trzy i koniec. Dzięki Bogu.
– Minimalizm jest bardziej praktyczny, niż posiadanie takiej ilości gratów…
– Jeśli jesteś nomadem, to tak – prychnął. – Rozumiem to podejście, gdy mieszka się w innym pokoju akademika co semestr, ale teraz? Jest szansa, że już nigdy nie wyprowadzisz się z tego domu.
Krysia na pewno nie chciałaby wyprowadzać się z domu babci, chociaż w zasadzie teraz był to już tylko jej dom. Babcia ostatnio nawet napomknęła, że w testamencie jest zapisany na nią i Marysię, przez co tym bardziej wolałaby go nie opuszczać. Ale czy to oznaczało, że mogła tak naprawdę osiąść? Jakoś jej to nie przekonywało.
– Jestem po prostu zaskoczona, że tak mało rzeczy się spaliło – bąknęła.
– Większość ludzi się cieszy, gdy się okaże, że pożar nie zniszczył wszystkiego, co mają – burknął Dominik. – Obiecuję, że nie zajmę ci zbyt dużo miejsca.
– Możesz wziąć ten pusty pokój na gabinet, przecież mówiłam. Cały twój – uśmiechnęła się. – Po prostu nie wiem, czy się tam zmieścisz.
Dominik jednak się zmieścił i to dość łatwo – Krysia wyciągnęła ze strychu stary, ale dobrze zachowany stół z okresu wczesnego PRL-u, który posłużył mu za biurko, a pozostałe potrzebne meble udało mu się przetransportować z własnego domu.
– To tylko do czasu, aż uzbieram kasę na remont. Dużo mi nie brakuje – powiedział, gdy wieczorem usiedli przy kubku herbaty w kuchni. – Nie będę ci siedział na głowie wiecznie, nie martw się.
– Nie martwi mnie to w ogóle – posłała mu uśmiech. – Nadal nie ma poszlak, co do tego, kto wzniecił pożar?
– Niestety nic. Nie ulega wątpliwości tylko, że ktoś to naprawdę zrobił. Na ścianach technicy znaleźli ślady benzyny – westchnął. – Ktoś mógł ją nawet zabrać z naszej szopy w ogrodzie.
Krysia kiwnęła głową. Wiedziała dokładnie, kto podpalił dom Dominika, ale nie zamierzała mu o tym mówić. Nie wiedział, że zmora, która zabiła jego ojca, była w rzeczywistości demonem, w którego zamieniła się jego zmarła mama. Z tego co Krysia się orientowała, Dominik nie wiedział nawet, że jego mama zmarła. Poza tym to wszystko było przypuszczeniem – równie dobrze zmora mogła być kimś innym, kto miał za życia z ojcem Dominika porachunki do wyrównania.
– Nie cieszę się, że twój dom się palił, ale będzie mi raźniej, gdy nie będę tu sama. Nawet jeśli będziesz pracował w pokoju obok, to zawsze coś. Ja sobie będę pisać swoją książkę, a ty będziesz…
– O właśnie, dobrze, że o tym wspominasz. Skończyłem czytać twoją książkę, w sumie już jakiś czas temu – powiedział. Krysia uciekła wzrokiem, gdy krew zaszumiała jej w uszach. – Wysłałaś ją już do wydawnictwa jakiegoś?
– Nie, jeszcze nie – odpowiedziała cicho, przyglądając się swoim kapciom. – Nie wiem, czy jest wystarczająco dobra.
– No pewnie, że jest – prychnął Dominik. – Pytałem, bo moja koleżanka ze studiów projektuje właśnie stronę internetową dla wydawnictwa Wspak. Chcesz, żebym dał jej cynk? Możesz wysłać książkę standardową drogą, a ona się upewni, żeby nie zginęła pod stosem innych propozycji.
Krysia otworzyła szerzej oczy, nie mogąc znaleźć słów, które wyraziłyby choć ułamek tego, co czuła.
– Ja… nie wiem nawet, co powiedzieć – wymamrotała w końcu.
– Może: super, już lecę słać książkę? – uśmiechnął się. – Oczywiście, to jeszcze nie znaczy, że ją przyjmą, ale szanse są znacznie większe.
– Wiem – szepnęła.
Nie mogła uwierzyć, że w ogóle rozważała wydanie książki w tak ogromnym wydawnictwie jak Wspak! Mogła się tylko domyślać, jak trudno było przebić się tam przez konkurencję – a ona właśnie zyskała na to jedyną w życiu szansę.
– Zaraz ją wyślę. Ciekawa jestem, czy się uda…
– Jestem tego pewien – odparł.
I Krysia uwierzyła jakimś cudem w to, że miał rację.

*

Następnego dnia obudziła ją przedziwna mieszanka zapachów – czuła w powietrzu swąd spalenizny oraz mokrą, leśną ziemię. Gdy wyjrzała przez okno, zobaczyła ciężkie chmury przykrywające niebo. Przynajmniej już nie padało. Zmrużyła jeszcze oczy – w oddali widziała jakby czarną smugę na niebie, unoszącą się nad lasem.
– Las się palił – mruknęła sama do siebie.
Nie słyszała w nocy straży pożarnej, więc widocznie deszcz wystarczył, żeby ugasić pożar, zanim ktokolwiek zdołał wezwać wsparcie. Dla pewności jednak Krysia uznała, że przejdzie się w tamto miejsce – pamiętała, że leszy nie był zadowolony z ognisk urządzanych w lesie. Bała się, co może zrobić ludziom z zemsty.
– Hej, ja wychodzę – rzuciła przelotnie do Dominika, który mruknął coś niewyraźnie, po czym przewrócił się na drugi bok.
Droga do lasu była bardzo orzeźwiająca. Chłód potęgowany był przez wilgoć. Na ulicach było bardzo cicho, chociaż – jak to zwykle wczesnym rankiem na wsi – w wielu gospodarstwach przy drodze był już ruch. Krysia musiała kłaniać się przed każdą bramą, bo wszyscy znali babcię. Gdy w końcu dotarła do lasu, poczuła niemal ulgę, że tu czeka ją co najwyżej leszy. Wolę niebezpieczne demony od ludzi, pomyślała z rozbawieniem.
Rozbawienie jednak wyparowało z niej, gdy tylko ujrzała pogorzelisko.
Niewielka część drzew była spalona lub nadpalona, a ziemia usłana była resztkami zwęglonych roślin. Krysia ostrożnie podeszła do pogorzeliska i z ukłuciem rozczarowania odkryła, że na jego brzegu znajdowało się coś, co bez dwóch zdań musiało być stosem z drewienek. Dookoła leżała masa butelek po piwie i opakowania po chipsach. Czy te dzieciaki się nigdy nie nauczą? Nie wystarczyło już, że jedno z nich utopiło się w stawie? Pokręciła głową. Było gorzej, niż się spodziewała.
Spojrzała niepewnie w stronę lasu. Wejść czy nie wejść? Z jednej strony, leszy nie zrobi jej krzywdy, jeśli sama będzie szanować las, z drugiej – mógł być już mocno rozwścieczony i wtedy nie należało liczyć na jego łaskę. Poza tym, gdy się ostatnio spotkali, raczej nie zapałał do niej wielką sympatią. Nie mogła jednak liczyć na to, że ktoś inny pójdzie z nim porozmawiać. Z tego co się orientowała, we wsi nie było innych „widzących”, bo babcia na pewno by o tym wspomniała. Jeśli chciała coś zdziałać, musiała się tym zająć sama.
Wzięła głęboki wdech i weszła do lasu.
Las otulił ją swoją ciemnością. Słabe światło szarego poranka nie przebijało się przez korony drzew, a zieleń iglastych gałęzi była jakby przytłumiona. Szelest wiewiórek i lisów przemieszczających się po wilgotnej ściółce był ledwo słyszalny. Jedyną wyraźną, rytmiczną melodię grały krople deszczu uciekając z nieba. Rześki, ale ciężki zapach, w którym nuty świerku i sosny przełamywały ziemistość, owionął ją i przeszył do szpiku kości.
– Chcę porozmawiać – powiedziała Krysia na głos. Wiedziała, że leszy ją słyszał – że jeśli też będzie chciał porozmawiać, to się zjawi.
Ruszyła przed siebie, oddalając się coraz bardziej od pogorzeliska. Cisza zakradała się po jej skórze do serca, powoli wypierając z niego niepokój. Oddychała głęboko leśnym powietrzem, starając skupić się na nim, zamiast zaglądać w kłębisko uczuć i obaw, które oplatały jej umysł jak spragnione uścisku ramiona.
Las był nienaturalnie nieruchomy. Krysia mogłaby przysiąc, że szmaragdowe od igieł gałęzie drżały lekko na wierze, gdy do niego wchodziła – a teraz wiatr ustał, a wraz z nim cały ruch. Trochę, jakby była jedynym ruchomym elementem bardzo realistycznego obrazu – jakby utknęła w sztucznym świecie, w którym tylko ona była prawdziwa.
– Porozmawiajmy – rzuciła cicho, ale jej słowa i tak odbiły się echem po otoczeniu.
Rozejrzała się, uświadamiając sobie, że nie rozpoznawała już pobliskich drzew. Nie była pewna, skąd przyszła. Las z każdej strony wyglądał teraz tak samo obco.
Wtedy właśnie go zobaczyła. Nie leszego, którego się spodziewała, tylko Błażeja, syna sołtysa.
Nie wyglądał tak, jak gdy go widziała ostatnim razem, to jest – na ślubie. Z trudem go w ogóle poznała, ale jego tyczkowata sylwetka zakończona na górze chaotyczną, jasną czupryną była bardzo charakterystyczna.
Był nieprzytomny, a gałęzie wielkiego dębu oplatały jego ciało, jakby drzewo próbowało go wcielić w swój trzon.
Krysia powstrzymała okrzyk. To był makabryczny widok – chłopak miał głowę mokrą od krwi i brudną od ziemi, która mieszała się z krwią w brudno-brązowe strużki cieknące po jego ciele.
– Błażej? – pisnęła, chociaż nie spodziewała się, żeby miał jej coś odpowiedzieć.
Przerażenie ściskało jej gardło, ale opanowała drżenie ciała i zrobiła krok do przodu. Była jedyną osobą, która mogła ocalić chłopaka – nikt inny go tu nie znajdzie. Wyciągnęła rękę, muskając dłonią gałęzie dębu, które wżynały się w jego brzuch. Ich faktura była zaskakująca – jakby kora tego drzewa była zrobiona z czegoś innego – bardziej aksamitnego niż zwykła kora. Dęby bywały bardzo potężne, i ten nie stanowił wyjątku – jego gałęzie były ciężkie i grube. Krysia pociągnęła za jedną z nich, ale gałąź nawet nie drgnęła. Będzie musiała spróbować je przeciąć.
Wyciągnęła scyzoryk z kieszeni, ale zawahała się, zanim go otworzyła. Leszy prawdopodobnie nie wypuści ich żywych z lasu, jeśli naruszą jego święte drzewo – ten dąb niewątpliwie nim był. Ale co miała za wybór? Nie mogła zostawić tu Błażeja na pewną śmierć, tym bardziej, że przeczuwała, że to miejsce nie do końca można było znaleźć w lesie – nawet jeśli by się go przeszło kawałek po kawałku. Byli gdzieś… indziej. W miejscu, w którym nie było dźwięku i zapachu, a zmysł dotyku wyczuwał wszystko inaczej niż zwykle. Nie była nawet pewna, czy to co widzi to prawda, czy jednak złudzenie.
Nagle coś jej przyszło do głowy. Skoro była w rzeczywistości ukształtowanej na cudzą wolę, czy sama nie mogłaby spróbować zrobić tego samego?
Wytężyła umysł, chociaż znajdował się w stanie dziwnego otępienia. Zdyscyplinowała myśli w głowie – wyobraziła sobie, że widzi, jak gałęzie się ruszają. Patrzyła się na nie, skupiając całą swoją wolę wyłącznie na tym.
I nagle gałęzie drgnęły. Nie zaczęły się wić jak węże, jak w jej wyobrażeniu, ale nie były już nieruchome. Poruszały się bardziej gwałtownie, niż się spodziewała. Z wrażenia wydała z siebie zduszony okrzyk.
Wysiliła się jeszcze bardziej. Gałęzie musiały się oddalić od Błażeja. Muszą się odpleść
– Po raz kolejny zwiodła mnie twoja śmiertelna powłoka – odezwał się głos.
Krysia z trudem powstrzymała się przed zasłonięciem uszu. Niby głos nie był zbyt głośny, ale w kontraście do absolutnej ciszy wręcz ranił bębenki uszne.
– Leszy? – rzuciła w przestrzeń. Otoczenie pociemniało jeszcze bardziej.
– Tak jest – odparł. Jego głos rozbrzmiał tak blisko jej głowy, że podskoczyła z piskiem.
– Pokaż się – szepnęła.
– Może tak, może nie. – Jego przeszywający głos świsnął tuż obok jej ucha, ale tym razem udało jej się tylko drgnąć. – Wchodzisz mi często w drogę. Nie jestem łaskawy dla takich osób.
Krysia zacisnęła pięści.
– Próbujesz zabić mojego kolegę! Nie mogę na to pozwolić. Musisz go wypuścić – krzyknęła, nie panując nad drżeniem głosu.
– Czy wiesz, dlaczego twój kolega tu jest? Myślisz, że sam go tu zwabiłem, żeby go torturować?
Krysia przygryzła wargę. To nie było w stylu leszego – wiedziała, że nigdy sam nie zaczynał walki z ludźmi, co najwyżej mścił się, albo odpowiadał atakiem na atak. Bronił lasu i jego życia.
– Chłopak próbował się popisać przed koleżanką i chciał udowodnić, że potrafi zerwać dla niej żołądź z najwyższej gałęzi dębu… pomijam już to, że wchodząc na drzewo, połamał mnóstwo gałęzi, ale gdy wszedł na górę… drzewo się pod nim ugięło. Gdyby spadł, złamałby sobie kark, więc zaplątałem go w gałęzie. Jeśli to tak zostawimy, cóż, drzewo wkrótce zupełnie go pochłonie – powiedział spokojnie, jakby mówił o pogodzie, a nie o makabrycznej scenie pożarcia człowieka przez wielkie drzewo.
Krysia przełknęła ślinę. Była pewna, że w innej sytuacji usłyszałaby to bardzo głośno.
– Jak ty to robisz, że nic nie słyszę poza naszą rozmową? – wymamrotała. Gorączkowo próbowała coś wymyśleć i uznała, że gra na zwłokę może się przynajmniej na razie dobrze sprawdzić.
– To nic trudnego. Sama zauważyłaś, że też to możesz. Masz wielką moc jak na zwykłego człowieka – powiedział. – Nie jesteśmy w innym świecie. To co widzisz, to raczej… nakładka na rzeczywistość. Podobnie było, gdy trzymałaś kwiat paproci.
Kiwnęła głową. Aż zbyt dobrze pamiętała tamtą noc.
– Czy mogę cokolwiek zrobić, żebyś wypuścił kolegę? Błagam – powiedziała cicho, chwytając się ostatniej deski ratunku. – Cokolwiek. Nie mogę go tak zostawić.
Nagle go zobaczyła – w końcu jej się ukazał. Nie wyglądał jednak tak, jak go zapamiętała – teraz był barczystym młodzieńcem o białej skórze i czarnych jak noc włosach, a w oczach o kolorze oceanu drzemał żal. Był zupełnie inny, niż wtedy, gdy widziała go po raz pierwszy.
– Nie sądzę – odparł. Chociaż stał kilka kroków przed nią, jego szept wdzierał się do jej mózgu, jakby miał usta tuż przy jej uchu. – Kiedyś ludzie składali mi ofiary… kiedyś nie byłem samotny. Kiedyś nie sprowadzałem się do bycia mścicielem lasu. Byłem jego władcą.
Krysia zadrżała mimowolnie.
– Gdybym go tu sobie zostawił, nie byłbym już sam – mruknął niskim głosem, po czym spojrzał na Krysię, która odruchowo cofnęła się o krok.
Walczyli tak na spojrzenia, aż w jego oczach pojawiło się coś innego – coś łagodniejszego niż dotąd.
Odwrócił wzrok.
– Możesz go zabrać, ale nie licz na to, że uda ci się go ocucić. Nawet jeśli weźmiesz jego ciało, ja nie uwolnię jego umysłu. Kto raz się gubi w tym lesie, ten z niego nie wychodzi… Ale być może kiedyś znajdziesz jakiś sposób na przerwanie tej więzi. Albo zaproponujesz mi coś w zamian – powiedział, podchodząc bliżej.
Krysia nie bała się go już i o dziwo, nie miała ochoty się odsunąć. W przypływie odwagi podniosła głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.
– Mogę ci przynieść ofiary – odparła.
– Nie interesują mnie już zwykłe ofiary – usłysza jeszcze zanim ciemność ogarnęła jej pole widzenia.
Na plecach poczuła ogromny ciężar, aż kolana się pod nią ugięły, ale udało jej się ustać. Zamrugała kilka razy i nagle…
Była na skraju lasu. Nie mogła się obejrzeć do tyłu, ale rozpoznawała drogę przed sobą.
Sięgnęła dłonią na plecy. Tak, to był Błażej. Powoli uklękła na ziemi i zdjęła go z kręgosłupa. Wyglądał zatrważająco, cały uwalany we krwi i błocie, z rozdartymi przez gałęzie ubraniami. Jego twarz wyglądała groteskowo biało.
Gdyby Krysia minęła go w samochodzie, pomyślałaby, że potrącił go samochód i umarł na miejscu. Ledwo dało się dostrzec, że wciąż oddychał – jego klatka piersiowa unosiła się minimalnie przy każdym oddechu.
Wyciągnęła z kieszeni komórkę. Drżącymi dłońmi wybrała właściwe imię z listy kontaktów.
– Dominik? – szepnęła do słuchawki słabszym głosem, niż planowała. – Twoja pomoc będzie potrzebna. I to bardzo.
– Gdzie ty w ogóle jesteś? – syknął. – Dzwoniłem do ciebie jakieś piętnaście razy! Wyszłaś o szóstej, a jest dwunasta!
Krysia zerknęła na zegarek na nadgarstku, ale wiedziała, że Dominik musiał mieć rację. Widocznie rzeczywistość, którą wytworzył leszy, rozmywała czas. W swoim odczuciu była w niej może dziesięć minut, a nie kilka godzin.
– Przepraszam. Wyjaśnię to, jak wrócę, ale teraz potrzebuję twojej pomocy. Możesz mi pomóc czy nie? – odparła twardo. – Znalazłam Błażeja… rannego. W lesie.
– Wzywam karetkę… – odpowiedział.
– Nie! – przerwała mu Krysia. – Muszę… podać mu coś specyficznego. To nie są żadne zwykłe obrażenia.
Dominik parsknął w słuchawkę.
– Czy ty naprawdę wciągnęłaś w to kogoś jeszcze?
– Oszalałeś? Oczywiście, że nie! – oburzyła się Krysia. – Sam się w to władował! Ja go próbuję uratować, ale sama nie dam rady!
Przez chwilę nic nie mówił, aż w końcu westchnął.
– Dobra – mruknął. – Gdzie dokładnie jesteś?
– Blisko skrzyżowania Akacjowej z Malczewskiego. Pospiesz się. On… ja nie wiem, ile mu się jeszcze zostało czasu.
*
Dominik ułożył Błażeja na kanapie w salonie. Lewa ręka nieprzytomnego chłopaka opadła na podłogę z cichym plaśnięciem.
– Wygląda jakby już był…
– Nie mów tak. – Krysia pogroziła mu palcem. – Jeszcze mogę mu pomóc. Muszę tylko skonsultować się z babcią.
Zanim Dominik zdążył zaprotestować, wybrała jej numer i kliknęła zieloną słuchawkę.
– Cześć babciu, mam pilną sprawę – powiedziała szybko.
– No dobrze, mów – odparła babcia.
– Leszy zrobił krzywdę Błażejowi, dokładnie – próbował w jakiś dziwny sposób wcielić go… w drzewo – wydusiła, przypominając sobie widok chłopaka wplecionego w gałęzie drzew.
Babcia się aż zchłysnęła powietrzem.
– Jezu, to straszne! – krzyknęła, ale zaraz odchrząknęła. – Przepraszam. Więc… cóż, nie za bardzo da się mu pomóc. Chyba… będziesz musiała go tak zostawić.
– Ale ja go uwolniłam i przyniosłam do domu, tylko jest nieprzytomny – odparla Krysia. – Jak mam go obudzić?
– Nie mam bladego pojęcia – powiedziała babcia po chwili ciszy. – Nigdy nie miałam do czynienia z taką ofiarą. Zwykle, gdy ktoś ginął w tym lesie to już…
– …z niego nie wychodził – dokończyła Krysia, przypominając sobie słowa leszego. – Czyli nie da sie nic zrobić? Nie znasz żadnego sposobu na leszego?
– Znam jeden: nie zadzierać z nim – westchnęła babcia. – Przykro mi. Leszy to bardzo potężny demon. Kiedyś, żeby go udobruchać, ludzie składali mu różne ofiary… oddawali przysługi…
Krysia zdębiała. Słowa leszego, które usłyszała dziś w lesie, wróciły do niech jak bumerang.
Wiedziała już, czego chciał. Wiedziała, że miała kartę przetargową.
– No dobrze, dziękuję – odparła i nie czekając nawet na słowa babci, rozłączyła się.
Spojrzała na Dominika. Jeśli zamierzała naprawdę zrobić to, co przyszło jej do głowy, to nie czekała ich jednak żadna wspólna przyszłość.
Ale czy miała prawo ratować swój związek kosztem czyjegoś życia?
Nie. Nie miała. Wiedziała, że nie miała, a jednak… a jednak przez chwilę to rozważała. Rzuciła okiem na Błażeja – bladego jak trup, z włosami sklejonymi krwią – i wiedziała już, że musi to zrobić.
– Posłuchaj, umówmy się tak – powiedziała, siląc się na spokój. – Ja muszę teraz wyjść, żeby przynieść co trzeba do odratowania Błażeja. To może potrwać… znowu kilka godzin. Muszę wrócić do lasu.
– Nie! To niebe…
– Tak, ale nie uratujemy go bez tego. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, on się obudzi zanim zdążę wrócić – dodała.
Dominik spojrzał na nią podejrzliwie.
– Nie zamierzasz ofiarować swojego życia zamiast jego, prawda?
– Nie – pokręciła głową.
To nie była do końca prawda, ale nie było to też kłamstwo. Zanim wyszła z domu, pocałowała go mocno. Chciała zapamiętać ten pocałunek na trudne chwile, na chwile zwątpienia i upadku ducha.
Idąc do lasu, czuła coraz większe przerażenie. Każdy krok wymagał więcej odwagi i siły niż poprzedni, ale wciąż je stawiała.
Wiedziała, że wybrała tą łatwiejszą opcję. Dużo łatwiej było poświęcić własne życie niż cudze. To pierwsze wymaga odwagi tylko przez chwilę, to drugie – do końca życia.
Chociaż może nie w tym wypadku. Leszy przecież nie chciał zabijać nikogo. Tylko czy nie lepiej byłoby umrzeć, zamiast żyć tam, w więzieniu jego wyobraźni?
Stanęła na progu lasu. Szarzyzna popołudnia nie dodawała jej otuchy, ale gdyby świeciło słońce, czułaby jeszcze większy żal.
Nie pożegnała się z Marysią.
A jednak weszła do lasu z klarownym spojrzeniem. Żadna łza nie mąciła jej widzenia.
Wzięła głęboki wdech. Ostatni raz czuła świeży zapach sosen i jodeł.
– Przyszłam do ciebie – powiedziała głośno i dobitnie, dumna z tego, że jej głos się nie złamał, chociaż w środku wszystko się sypało.
Ruszyła przed siebie pierwszą lepszą ścieżką, ze świadomością, że to nie miało znaczenia, gdzie poszła. Każda droga miała doprowadzić ją do niego.
Po chwili spaceru odwróciła się – i nie widziała już drogi za sobą. Jedynie gęsty, nieprzenikiniony las.
– Zrozumiałaś, o co mi chodziło. – Szept rozbrzmiał gdzieś tuż nad nią.
– Nie było trudno zrozumieć. – Starała się uśmiechnąć, ale wyszedł tylko grymas.
– Jesteś bardzo odważna – powiedział.
Coś zaszeleściło pomiędzy drzewami, i po chwili, leszy pojawił się tuż przed nią. Wciąż miał kształt czarnowłosego chłopaka. Pamiętaj, jak wygląda naprawdę, upomniała się w duchu.
Stanął tak blisko, że mogła policzyć piegi na jego nosie. Włosy jej się zjeżyły, ale nie spuściła wzroku. Zamierzała jak najdłużej robić dobrą minę do złej gry.
– Pewnie się zastanawiasz, co zamierzam z tobą zrobić – mruknął jej do ucha, nachylając się nad nią.
Kiwnęła głową, z trudem pokonując paraliż ciała. Najchętnie wyparowałaby, albo przynajmniej uciekła stąd biegiem. Czy naprawdę mogła być tak naiwna, żeby sądzić, że łatwiej będzie jej poświęcić własne życie? Może tak by było, gdyby leszy zamierzał ją po prostu zabić – gdyby złamał jej teraz kark albo rozszarpał gardło. Ale w tym wydaniu, gdzie stała i czekała, nie wiedząc co się może wydarzyć – w tym wydaniu bała się, że nie znajdzie wystarczającej odwagi.
– Nawet nie drżysz. Jestem pod wrażeniem i rozczarowany. Wydawało mi się, że przybrałem przyjemną, wręcz pociągającą postać, a ty… jesteś odporna – parsknął cicho. – Trzeba było może wybrać kogoś innego niż wiedźmę. Z wami zawsze był problem. Ale dzięki temu jesteście interesujące.
– Nie jestem wiedźmą – wydusiła Krysia.
– Och, oczywiście, że jesteś. Wiesz więcej, widzisz więcej – powiedział, odsuwając się, żeby móc się jej lepiej przyjrzeć. – Potrafisz więcej niż przeciętny człowiek. Nie twierdzę, że umiesz uprawiać magię, ale sądzę, że mogłabyś się tego nauczyć, gdybyś żyła w innych czasach. Kiedyś to była sztuka przekazywana z matki na córkę.
Krysia nie umiałaby się z nim zgodzić. Wiedziała, że demony istnieją, ale nie wierzyła, że sama umiałaby coś zaczarować. To brzmiało absurdalnie.
– Nie chcesz tu być, prawda? – zapytał jej.
Zanim Krysia zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, przysunął się i przycisnął swoje usta do jej warg. Na sekundę zamarła, zbyt zszokowana, żeby zadziałać, ale już w następnej chwili odepchnęła go z całą siłą, jaką miała.
– Co ty wyrabiasz?!
– Dobrze wiedziałaś, po co tu przychodzisz – powiedział cierpko.
Serce Krysi zacisnęło się w piersi ze strachu. Tak, wiedziała, po co tu przychodzi, ale czy nadzieja nie umiera ostatnia?
Skinęła głową.
– Przepraszam – wymamrotała. Zamknęła oczy. Wolała go nie widzieć, wolała nie patrzeć.
Nic się jednak nie wydarzyło.
– Otwórz oczy – westchnął. – Możesz przestać się tak poświęcać. To takie mało w stylu wiedźmy. Pamiętaj na przyszłość: wiedźmy nie dają się wykorzystywać. Twój kolega sam tu przyszedł i powinien ponieść odpowiedzialność za swoje czyny.
– Ale ja…
– Po prostu zapamiętaj to na przyszłość. Uwolnię go, a ty możesz odejść, ale uprzedzam – nadal cię pragnę… drugi raz cię nie puszczę i nie będzie mnie interesowało to, czego ty chcesz – szepnął. – Następnym razem nie będę pytał.
Krysia zmrużyła oczy.
– Tacy jak ty z łatwością nadziewają się na kolce. Nie będziesz mi groził – warknęła.
Leszy odsunął głowę, a na jego twarzy – po raz pierwszy odkąd go poznała – zagościł uśmiech.
– Będę za tobą tęsknił – usłyszała jeszcze, zanim ciemność znowu pożarła las dookoła niej.
Wracając do domu przeczuwała, że ich drogi nigdy więcej się nie przetną… i też poczuła jakąś dziwną tęsknotę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *