Wspomnienia bibliotekarki – część III

Pamiętam wciąż ten poranek, kiedy po raz pierwszy poszłam do pracy w bibliotece – było to kilkanaście lat temu, w pewien dżdżysty, lipcowy dzień.
Wtedy jeszcze na półkach stały książki w języku polskim, ale były to już ich ostatnie dni. W Warszawie miało wówczas miejsce powstanie i domyślałam się, że to tylko kwestia czasu, kiedy polskie książki znikną z półek.
Widocznie nie tylko ja tak pomyślałam, bo tego dnia przychodziła masa ludzi, żeby wypożyczać te książki. Nie włączyłam w ogóle komputera, żeby zapisywać ich nazwiska – spisywałam je na kartce. Gdy dwa dni później przyszedł przełożony zapytać, gdzie się podziały te wszystkie książki, powiedziałam, że je wypożyczyłam, ale nie wpisywałam nazwisk do komputera, bo nie chciał się uruchomić. Za to kartka z nazwiskami magicznie zaginęła i tak oto uratowałam kilkadziesiąt powieści. To był mój jeden życiowy bohaterski czyn… ale nie o tym chcę wam dziś opowiedzieć. Opowiem wam o dniu, w którym Helena po raz pierwszy przyszła do biblioteki.
Tego dnia było tak tłoczno, że prawie nie zauważyłam dziwnego zdarzenia, które miało wówczas miejsce. Jeden z klientów poprosił mnie o egzemplarz „Znachora”, a ja nie mogłam go znaleźć nigdzie na regale. Dla pewności postanowiłam jeszcze sprawdzić na zapleczu.
Koło zaplecza był taki mały, ciemny kąt, który – czego dowiedziałam się na przestrzeni wielu późniejszych lat – był szczególnie lubiany przez pary. Tego dnia schowały się tam dwie kobiety. Jedna trzymała za rękę małą dziewczynkę – mogła mieć może cztery albo trzy lata – a druga, bardzo młoda, właściwie nastolatka jeszcze, stała przed nią z twarzą lśniącą od łez.
– … chciałam z nią spędzić trochę czasu – powiedziała ta starsza, chyba matka dziewczynki – ale możesz ją zabrać z powrotem na Ciosny, jak chcesz.
– Nie mogę tak ryzykować. To kwestia czasu, zanim zaczną mnie szukać. Zresztą, po co miałabym narażać Helenkę na podróż kradzionym autem?
Zesztywniałam. Kradzione auto?
– Dobrze, wsiądę z nią jeszcze dziś w pociąg i pojedziemy.
– Dziękuję ci – westchnęła nastolatka.
– Jedno popołudnie to wszystko, co mogę ci zaoferować – odparła surowo matka dziewczynki – ona nie może ciebie pamiętać. Dla swojego dobra.
– Wiem o tym. Ale ja chcę pamiętać ją. Dla swojego.
Nagle Helenka rozpłakała się. Obie kobiety próbowały ją uciszyć, ale na marne. Nie było jasne, co się stało – może znudziło jej się grzeczne stanie u boku matki, albo przebywanie w ciemności.
Uznałam, że przyjdę z odsieczą. Wyciągnęłam naszą najładniejszą książkę dla dzieci – taką z obrazkami ze zwierzętami – i podeszłam do kąta.
– Przepraszam, ale usłyszałam dziecięcy płacz – uśmiechnęłam się do kobiet, które teraz widziałam lepiej. Jedna z nich była niepozorną, drobną osobą, ale trzymana za rączkę dziewczynka dodawała jej jestestwu jakiegoś charakteru godności. Ta druga nie potrzebowała nikogo trzymać za rękę – była wysoka, postawna, smukła i bardzo ładna. Miała związane w warkocze blond włosy i męski strój, który był mocno zużyty, w niektórych miejscach nawet popalony.
– Pani jest bibliotekarką? – zapytała z podejrzliwą miną.
– Tak. Przyniosłam dla małej książeczkę – uśmiechnęłam się do Helenki, której oczy zaświeciły się wręcz na widok kolorowej okładki.
– Dziękujemy – odparła szeptem jej mama.
Nie wiem, co mnie wówczas podkusiło, ale dodałam szeptem:
– Zabierzcie książkę i nie odnoście jej. Jest wasza.
Mama dziewczynki zdawała się zdumiona, ale kiwnęła głową. Ta druga spojrzała na mnie z aprobatą.
Dopiero później dowiedziałam się, kim była ta druga kobieta. Do dziś przechodzą mnie ciarki na myśl o tym spotkaniu.
W każdym razie, tak poznałam Helenę. Podobno od książek zaczynają się najtrwalsze przyjaźnie.
Trudno się z tym nie zgodzić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *